Nie ma przypadków, są tylko znaki.
Zakładki:
Moja książka, bo sam ją napisałem.

Jak zostac milionerem w 24 godziny
Zaglądam
Locations of visitors to this page Pagerank dla www.lonegunman.blox.pl
Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
View blog authority
visited 28 states (12.4%)
Create your own visited map of The World or website vertaling duits?
piątek, 15 stycznia 2010
Papież wie!

Jego Świątobliwość nawołuje, żeby nie wierzyć astrologom i wróżbitom. Zapewne w kwestii daty końca świata. A skoro Papież tak mówi, to wie. Gdyby nie miał pewności, że przepowiadacze się mylą, to nie podważałby ich wiarygodności. Czyli koniec świata nastąpi, ale w innym terminie. Osobiście obstawiam 12.12 zamiast 21.12. Zapewne Majowie popełnili w swoich obliczeniach czeski bład, zwany w ich czasach tolteckim błędem. 12.12.12 ma zresztą znacznie większy potencjał apokaliptyczny (trzy dwunastki to dwa razy więcej niż trzy szóstki).

Sprawa jest poważna, bo jak wiadomo Papież jest nieomylny, co zreszta niedawno potwierdził wydając  negatywną opinią o Awatarze. W tej sytuacji martwi mnie jedynie, iż koniec może być znacznie mniej widowiskowy niż w 2012. Większość z nas pewnie nie będzie miała nawet okazji go zauważyć, tak jak wielu Haitańczyków kilka dni temu. Pozostaje mieć nadzieję, że przynajmniej divine CGI będą bardziej przekonujące niż efekty w filmie Emmericha.

The end is nigh! Bestia krąży po ulicach Warszawy...

poniedziałek, 17 sierpnia 2009
Najlepsza dostępna opcja

Głęboko wierzę, iż żyjemy na najlepszym z możliwych światów. Z różnych potencjalnych wersji rzeczywistości realizuje się ta, która przynosi - w danych okolicznościach i w dłuższym okresie - najmniej szkody. Na przykład, gdyby Hitler nie stracił jednego jądra i nie próbował powetować sobie tej straty poprzez serię krwawych podbojów, które skierowały  świat przeciwko niemu i jego krajowi, Niemcy mogłyby odegrać wiodąca rolę w pokojowym procesie jednoczenia naszego kontygentu, stając się nieformalnym liderem Europy.

Hm...to może jednak zły przykład. Właściwie bardzo podobna wersja historii jednak weszła do produkcji....

Może coś innego - gdyby Aleksander Graham Bell dysponował lepszym PR od Tomasza Edisona, to dzisiaj do słuchawki zamiast "Hallo", musielibyśmy krzyczeć "Ahoy, ahoy". Wszyscy mówiliby jak krecik. Rozmowa przez telefon byłaby taką żenadą, że nikomu nie przyszedłby nawet do głowy pomysł telefonii komórkowej. Cywilizacja zatrzymałaby się w rozwoju.   

 

Artystyczna wizualizacja alternatywnej wersji świata.          

wtorek, 11 sierpnia 2009
Salto mortale

Slow-mo jest fajne. Dzięki slow-mo powstały takie kamienie milowe w rozwoju telewizji jak np. "Słoneczny patrol". Prosta technicznie sztuczka sprawiła, iż banalne góra-dół-góra-dół, zamieniło się na znacznie bardziej atrakcyjne wizualnie góóóóraaaa-dóóóóóół-góóóóóra-dóóóóół. Poniżej moje pierwsze próby ze slow-motion, niestety bez nietkniętych  solą morską ratowniczek w nielegalnie obcisłych strojach służbowych, ale za to z polską grupą akrobatyczną udającą Polinezyjczyków na Tropikalnej Wyspie zbudowanej w fabryce sterowców, udającej tropikalną wyspę. O czym w szczegółach w jednym z najbliższych wpisów. 

  

poniedziałek, 03 sierpnia 2009
Prius - wersja dla ubogich

Jeżeli sądziliście, że wkroczenie w starość przynajmniej poskutkowało u mnie podniesieniem progu samokrytycyzmu, to nic bardziej błędnego.

piątek, 03 lipca 2009
Dobre, bo polskie

Od dłuższego już czasu chciałem się pochwalić prenumeratą Wired, ale do tej pory pragnienie autopromocji przegrywało z lenistwem, gdyż taki wpis wymagałby co najmniej wypakowania wyżej wzmiankowanego magazynu z bardzo zaawansowanej technologicznie i zadziwiająco wytrzymałej folii polimerowej. Ostatnio jednak, wspomagając sie mlecznymi (czyli w pełni expendable) zębami potomstwa, zabrałem sie do przeglądania zaległych numerów i dotarłem do niezwykle ciekawej informacji o nowym modelu torby na laptopa wykonanej z kuloodpornego nylonu. Ten ostatni krzyk mody wsród bloggerów z Afganistanu i członków murzyńskich gangów z Detroit, nosi jakże swojską nazwę "Warsaw". Jest to już kolejny produkt na rynku USA, który w nieoczywisty sposób (inny niż np. polish kielbasa) przybliża Amerykanom kraj Pułaskiego i Modrzejewskiej. Innym takim produktem jest woda Poland Spring, znana prawdopodobnie 99% mieszkańców Nowego Jorku, a może nawet New Jersey, pita przez samego Howarda Sterna podczas jego obscenicznych występów w HBO. Podkreślam ten fakt, ponieważ dzieki swojej obsceniczności, programy Sterna są masowo ogladane przez wpływową inteligencję Wschodniego Wybrzeża, a minuta reklamy kosztuje w nich więcej niż roczny budzet reklamowy Polski. Korzystając z popularności Poland Spring oraz balistycznej torby Warsaw możemy skutecznie, a bezkosztowo promować swoje interesy (ja np. wymyśliłem taki slogan reklamowy, który udostępniam bezpłatnie do wykorzystania przez MSZ i MON: True patriots drink Poland Spring. Poland needs patriots). W przyszłości moglibyśmy w podobnym celu  wykorzystać także jedną z kluczowych postaci gier z serii Mario Bros, o wyraźnie słowiańskich korzeniach, mianowicie Koopę Troopa*.

*żart trochę hermetyczny, ale fani braci hydraulików z pewnością potwierdzą obecność Koopy Troopa w grze.           

środa, 01 lipca 2009
Michael Jackson
Michael Jackson nie żyje. Gdyby ktoś jeszcze nie zauważył.
wtorek, 16 czerwca 2009
Czterdzieści i cztery
Kadencja Obamy kończy się w listopadzie 2012 roku, czyli na miesiąc przed końcem świata. Trudno to uznać za koincydencję, ale też nie bardzo wiedziałem, jak logicznie połączyć te fakty. Myśle jednak, że teraz jestem na dobrej drodze. Otóż, w celu zapewnienia reelekcji Obamie, zostanie zmieniona konstytucja Stanów Zjednoczonych, umożliwiając kandydowanie na urząd prezydenta osobom urodzonym poza USA (bo do tego czasu już nawet demokraci przyznają, że Obama urodził się w Kongu albo Mołdawii albo w jakimś innym afrykańskim państwie). Nieoczekiwanie - chociaż zgodnie z Planem - wybory 2012 roku wygra jednak Arnold Schwarzenegger. I w ten sposób Skynet zapanuje nad światem.
piątek, 24 kwietnia 2009
Gizmo miesiąca

Wprowadzam nową rubrykę do bloga, którą nazwałem "Gizmo miesiąca", bo będę tu różne prezentowane różne gizma, tak mniej więcej raz w miesiącu. Wydało mi się więc, że nazwa dobrze będzie oddawała treść tej rubryki.

 

wtorek, 24 marca 2009
Mistrz kierownicy się ślizga - sikłel

Powiem szczerze: nieźle mi wyszedł ten kawałek. Gdybym to ja montował "Katyń", to nawet w kryptokomunistycznych Włoszech, byłby on przebojem.

Poślizgi są trochę słabe, ale autorem tych najbardziej widowiskowych - z obrotami i ryciem trawnika  - byłem ja sam  (jak to ujęła małżonka: a czego się spodziewałeś? W tym wieku? Z tym refleksem?). Żałujcie Państwo, ze tego nie zobaczycie, bo był to najprawdziwszy taniec pingwina na szkle, że tak sobie pozwolę na odrobinę poezji.   

poniedziałek, 23 marca 2009
Mistrz kierownicy się ślizga

Byłem w sobotę na kursie bezpiecznej jazdy. Pan instruktor powiedział, że jeżdżę bardzo ostrożnie i właściwie mogę już czasami próbować wrzucić trzeci bieg. 

Jeźdźiliśmy nowymi Megankami i powiem wam ze smutkiem, że francuska szkoła kontruktorska przechodzi poważny kryzys. Proszę właścicieli nudnych jak buddenbrookowie - volksdojczwagonów, czy też sławiących tak charakterystyczny dla Azjatów indywidualizm- japończyków, o powstrzymanie się w tym momencie od złośliwych komentarzy. Może i produkty koncernu Renault nadawały się do generalki po przejechaniu trasy Warszawa-Pabianice, może silniki miały swoje PMSy, może i  renówki stanowiły łatwy obiekt drwin niegrzecznych chłopcy z Ssangyongów, ale z pewnością miały duszę i piękno tej duszy skłoniło mnie do romansu zarówno z Twingo jak i Scenic'em I, którego -  idąc śladami Kazia Marcinkiewicza - zdradziłem kilka lat później z  młodszą 2-jką.

Najnowszy Megan jest duszy pozbawiony, jak bohater "Lotu nad kukułczym gniazdem" asertywności po lobotomii. Rozpisuję się o tym tak obszernie, bo z wyglądu podobny do  każdego, nowy Megan jest świadectwem tryumfu bezkształtnego masowego gustu nad indywidualizmem. Punk znowu przegrał z disco.

Punk

Disco

cdn.

czwartek, 19 lutego 2009
Jak zdobyć sławę, pieniądze i kobiety (chociaż niestety bardziej w stylu Pameli Anderson, i to po 40-tce, niż Naomi Watts)

A to wszystko nawet w mniej niż 24 godziny. Jeżeli przeczytałeś moja książkę, pospieszyłeś się z  inwestycjami w akcje i właśnie topisz na giełdzie oszczędności przeznaczone na operację przeszczepu mitochondriów u syna lub powiększenia biustu u żony, tym razem mam dla ciebie ABSOLUTNIE niezawodny sposób zdobycia majątku.

Może to nieco dziwaczne, ale powstała pełnowymiarowa książka o tym jak wygrywać w „papier, nożyce, kamień” i - co nawet dziwniejsze - to nie ja nią napisałem.  Zamierzam natomiast  streścić ją (“The Official Rock Paper Scissors Strategy Guide”)  w sześciu treściwych zdaniach.

1. Zacznij od papieru, bo początkujący zwykle  startują od kamienia. Jeżeli trafiłeś na pro, powiedz aha… i spróbuj kopnąć go w krocze.

2. Wykorzystuj mniejszą inteligencję przeciwnika. Zwykle stara się on pokazać ten sam przedmiot, który wygrał w poprzedniej rundzie.

3. Uważaj na serie. Twoi przeciwnicy rzadko zagrają tym samym przedmiotem trzy razy z rzędu (jeżeli dwa razy pokazali papier,  nie zrobią tego po raz trzeci).

Pamiętaj także o utrzymywaniu szybkiego tempa gry. Kiedy mózg ma kłopoty z dokonaniem wyboru w krótkim czasie przełącza się w tryb automatyczny. Po przećwiczeniu tych rekomendacji na sucho, możesz spróbować szczęścia w jednym z licznych turniejów w Vegas (tzw. Texas Fingers Crusher) lub Tajlandii, gdzie stawki są niemal równie wysokie, a na pamiątkę możesz sobie jeszcze zabrać wątrobę przegranego.  

Czasami myślę, że zamieszczam na tym blogu tak praktyczne i  przynoszące potencjalnie nieograniczone benefity informacje, ze chyba rzeczywiście powinienem wprowadzić jakiś abonament na niego i to wyższy niż te grosze, które wyrzucacie na wspieranie „Matysiaków”, TVP Kultura i  „Gwiazd sprawdzających, czy to prawda z tą całą grawitacją, na  lodzie”. 

PS. Nie przeczytałem „Strategy Guide’a”. Streściłem streszczenie zamieszczone w Wired. Jaki jest sens tej notki, poza zapewnieniem Wam wszelkiej szczęśliwości? Pewnie ma to cos wspólnego z tym, że błędy, zapętlenia, złe automatyzmy i nieracjonalności, które popełniamy w grze, popełniamy również w życiu. Ale jeszcze nie przemyślałem co z tego właściwie wynika. Jak macie jakąś dobra puentę, to bez krępacji.  

poniedziałek, 26 stycznia 2009
Mrówki w beszamelu

Okazało się, że mrówki jednak nie pożarły listonosza i dzisiaj miałem okazję przystąpić do otwarcia estetycznej przesyłki z firmy Edible, zawierającej równie estetyczne pojemniczki z prażonymi mrówkami, suszonymi larwami ciem/ćmów oraz zatopionymi w toffi skorpionami, prosto z chińskich farm skorpionów i toffi. Ponieważ rodzina kategorycznie odmówiła udziału w degustacji - i to nawet biernego - wysłałem ją na długi spacer, a sam zacząłem zastanawiać się intensywnie nad doborem odpowiedniego wina. Początkowo skłaniałem sie ku różowemu, ale ostatecznie zdecydowałem się na konserwatywne i jednoznacznie niemetroseksualne czerwone. Tutaj jednak pojawił się kolejny problem  - raczej pachnące suszoną myszą Chateau Lafitte, czy jednak rozkosznie drażniące nos aromatem przepaski biodrowej zapaśnika sumo Chateau dYguem? Ponieważ akurat w obu przypadkach skończył mi się 1969 - rocznik mocnego korzenia o wielkim potencjale i urokliwości proporcjonalnej do wieku, niestety coraz trudniej dostępny na rynku- poprzestałem na piwie Wojak z atrakcyjnym stosunkiem ceny do tzw. kopa. Korzystając z nieobecności rodziny zapadłem w fotelu i włączyłem ulubiony program o kobietach po przejściach w TVN Style.

Ze względu na konieczność zapewnienia dzieciom odpowiednich wzorców osobowych, w ich obecności oglądam jedynie nagrane na wideo powtórki walk Andrzeja Gołoty oraz ostatni sezon Adama Małysza, Uważam, iż niosą one ważkie przesłanie życiowe, takie mianowicie, że my Polacy ostatecznie zawsze przegrywamy, co mam nadzieję, oszczędzi dzieciom wielu przyszłych rozczarowań. 

Spoglądając na zatroskane oblicze Anny Maruszeczko, łykając łzy i ostatnie krople Wojaka, przypomniałem sobie o mrówkach i bez dalszej zwłoki przystąpiłem do ich konsumpcji.  Problemów żywnościowych świata to one raczej nie rozwiążą. Jak wiadomo mrówki składają się w dużej mierze z chitynowej skorupki oraz w mniejszej z tchawek, więc jeżeli chodzi o wrażenia kulinarne, to przypominają one te zwiazane z jedzeniem piosku z plaży w Darłowie, po wizycie wielopokoleniowej rodziny górniczej z Zabrza. O przeżyciach związanych z konsumpcją skorpionów napiszę przy innej okazji, a na razie idę sobie powydłubywać chitynki.       

czwartek, 22 stycznia 2009
Eyes wide shut

Dosyć długo polowałem na te filmiki, ale jak powiada Pismo: szukajcie a znajdziecie, kołaczcie a zakołaczecie. Obejrzyjcie w całości, bez oszukiwania. Wyjaśnienia w następnym wpisie.

Z taką pewną niemiałością dodam tylko, że w pierwszym filmie trzeba policzyć, ile razy biała drużyna (chodzi o kolor t-shirtow, nie skory) podała sobie piłkę, a w drugim właściwie nic nie trzeba.

piątek, 31 października 2008
Ewoks are dead

Mam - jakby to ujął Zbigu Ziobro - porażającą informację: Ewoki (poprawnie: Ewokowie)  nie żyją. No dobra, może młodsi czytelnicy z charakterystycznym dla siebie brakiem kompleksów, które powinna wywołać w nich nieznajomość kanonu kultury światowej, zapytają teraz: aleocokaman?

Ewokowie to włochaci mieszkańcy księżyca planety Endor, takie jarjarbinksy pierwszej, "prawdziwej" trylogii Gwiezdnych Wojen. Dzieki ich pomocy dochodzi do zniszczenia drugiej Gwiazdy Śmierci, co stanowi symboliczny koniec Galaktycznego Imperium. Wprowadzenie Ewoków do filmu przez Lucasa wywołało zaniepokojenie  wśród fanów, gdyż nawet najbardziej zatwardziałym z nich trudno było uwierzyć, że półmetrowe pluszowe misie zdołały pokonać za pomocą zaostrzonych patyków legendarny 501 legion ciężkozbrojnych Stormtroopersów. Równie to wiarygodne, jak - przy zachowaniu całego należnego szacunku - wygrana powstańców w '44 roku w Warszawie. 

Chociaż może Imperium było już tak zżarte korupcja i dekadencją, że wystarczyła gromada karłów w pluszowych kostiumach, żeby je rozwalić? Taka jest przynajmniej interpretacja przeważającej części gwiezdnowojennego fandomu. Jego odłam, zwany rewanżystowskim, walczy jednak o przywrócenie dobrej pamięci Imperatora, a przynajmniej o bardziej sprawiedliwe przedstawienie historii obu stron konfliktu. Przedstawiciel rewanżystów - Curtis Saxton, będący jednocześnie astrofizykiem teoretykiem, wyliczył, iż rozwalenie Gwiazdy Śmierci znajdującej się na orbicie księżyca zamieszkałego przez Ewoków, doprowadziłoby do efektu zimy nuklearnej, a tym samym całkowitej ekstynkcji całego rodu słodkich misiaków. Fakt ten, niewygodny z punktu widzenia PRu rebeliantów został jednak przemilczany w oficjalnej wersji SW. Każdy ma swoje Nangar Khel.                  

  

Staszek Mąderek jest wielki...   

wtorek, 21 października 2008
Co jest duże, długie...i czarne?

Jakoś trzeba zająć czas oczekiwania na koniec kryzysu, a właściwie nie kryzysu, tylko spisku rządowo-finansowej masonerii, nakierowanego na wyciągnięcie pieniędzy z gardła klasy pracującej, czyli z mojego. Czekam na jego koniec, żeby głośno obwieścić moim trzem czytelnikom: "A nie mówiłem!", dzięki czemu mam nadzieję ukazać swoje moce prorocze i poprowadzić niewielkie, ale oddane stadko w południowoamerykańską dżunglę, aby oddawać sie tam temu, czemu zwykle oddają się różnego rodzaju guru (gurowie?...górnicy?). 

Dla lepszego efektu podam nawet jak zakończy się ten pseudo-kryzys. Otóż, za mniej więcej rok podczas wielkiej i wystawnej konferencji w jakimś bardzo fancy kurorcie szwajcarskim szefowie rządów obwieszczą, iż dzięki ich wytężonej pracy zażegnana została katastrofa finansowa, przez którą omal nie podzieliliśmy losu dinozaurów. Po czym uczestnicy konferencji przejdą do drugiej sali, gdzie przy wódce i kawiorze, wraz z szefami najwiekszych banków będą świętowali największy przekręt od czasu, gdy Jakub pozbawił Ezawa jednej z wiodących ról w Biblii i to w zamian za miskę soczewicy, w sumie przecież nie aż tak smaczną. Klasa pracująca, siedząca przed teleodbiornikami będzie ze łzami w oczach dziękować za ocalenie, które nastąpi kosztem wzrostu podatku dochodowego raptem do 90%.

Na szczeście tryiumf konglomeratu finansowo-rzadowego będzie krótkotrwały, bo przecież już za cztery lata i tak koniec świata. Na 12.12.2012 planowane jest zakończenie emisji telewizji analogowej w Polsce. Nie wiem jeszcze, w jaki sposób ten fakt sprowadzi na nas zagładę, ale chyba nikt nie wierzy, że zbieżność jest przypadkowa. Przyznaję, iż nie przewidziałem, iż to p.Anna Streżyńska okaże się Antychrystem (12.12.12 podzielone na 2 to oczywiście 666), ale czego sie właściwie spodziewaliście? Że będzie się nazywał Rokita?

Myślę, że coraz wiecej elementów układanki jest juz na swoich miejscach-wprowadzenie euro, kleska EURO, koniec telewizji analogowej. Dodatkowo pojawienie się Elbota, który wyglada niewinnie jak Anna Streżyńska, ale jest pierwszym programem komputerowym, ktoremu zabrakło tylko 5% do zdania testu Turinga, czyli jest niebezpiecznie blisko osiagnięcia statusu Sztucznej Inteligencji, a stąd już jak wiadomo tylko malutki krok do Skynetu. Wystarczy te wszystkie elementy połączyć w logiczną całość, żeby wyobrazic sobie co nas czeka w 2012. Ja w każdym czasie razie zapraszam do dżungli.  

I jeszcze rozwiazanie tytułowej zagadki a'la Strasburger w Familiadzie, będącej desperacką próbą nabicia odwiedzin na blogu. Otóż duży, długi i czarny jest solar airship - wysokotechnologiczny statek powietrzny będący w istocie cienkim polietylenowym workiem na śmieci. Worek należy zawiązać i położyć na słońcu. Czarna powierzchnia worka absorbuje promienie słoneczne nagrzewając zgromadzone wewnątrz powietrze, dzięki czemu worek zaczyna się unosić w górę. Oto potęga energii odnawialnej w swojej pełnej krasie. Potęgę probuje okiełznać Junior (chyba nawyższa pora na jakiś wpis z  Juniorką w roli głównej...).           

 

ps. No proszę, prezes DB odważył sie złamać omertę, skończy pewnie z kamieniem na języku, na dnie Sprewy:

Niemieccy politycy są zbulwersowani wypowiedzią szefa największego niemieckiego prywatnego banku związaną z rządowym pakietem ratunkowym. Prezes Deutsche Banku Josef Ackermann powiedział, że wstydziłby się brać pieniądze od państwa. Rząd zareagował na te słowa z oburzeniem. Rzecznik Thomas Steg określił wypowiedź prezesa jako "zdumiewającą, niezrozumiałą i nie do zaakceptowania". "Kto w tej sytuacji występuje o pomoc państwa, wcale nie działa niegodnie, ale odważnie i odpowiedzialnie" - podkreślił rzecznik. Szef Deutsche Banku ugiął się pod wpływem krytyki i wydał oświadczenie, w którym zapewnił, że popiera działania rządu. To nie uspokoiło jednak krytyki pod adresem Ackermanna. Większość komentatorów ocenia, że jego wypowiedź nie służy uspokojeniu sytuacji na rynkach finansowych i interpretuje ją jako kolejny przejaw arogancji bankierów (onet).

 
1 , 2 , 3