Nie ma przypadków, są tylko znaki.
Zakładki:
Moja książka, bo sam ją napisałem.

Jak zostac milionerem w 24 godziny
Zaglądam
Locations of visitors to this page Pagerank dla www.lonegunman.blox.pl
Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
View blog authority
visited 28 states (12.4%)
Create your own visited map of The World or website vertaling duits?
czwartek, 17 września 2009
Fangs

Nikt nie oglada True Blood? Naprawdę? Moglibyśmy wspólnie ponarzekać na II sezon i stwierdzić, że Anna Paquin to może i dobrze grała, ale jak miała 11 lat, czyli jednym zdaniem poprowadzić przez chwilę small talk, tak skutecznie zastępujący iskanie w budowie społecznych więzi.

True Blood poza byciem tysiącdwusetnym serialem/filmem o wampirach lansuje również napój pomarańczowy o nazwie Tru Blood, sprzedawany (w realu) przez pewną firmę specjalizującą się we wprowadzaniu na rynek marek, które pojawiają się w filmach. Firma ta nazywa się Omni Consumer Products, czyli tak jak pewna diaboliczny korporacja marząca o władzy nad światem, a przynajmniej nad Detroit, w "Robocopie". Tylko mnie wydaje się to przezabawne i interesujące? Tak?...Chyba muszę popracować nad odbudową więzi społecznych w realnym świecie*.


*Co gorsze, mam przeczucie, że tylko ja pamiętam jeszcze Robocopa.

czwartek, 27 sierpnia 2009
Sto dwudziesty piąty sposób marnowania czasu - robienie tilt shiftów.

www.tiltshiftmaker.com

poniedziałek, 24 sierpnia 2009
Urok tropików dla pykników

Tropikalna Wyspa powstała w starej bazie sterowców, które miały służyć Honneckerowi do inwazji na Amerykę i stanowi  dar Malezyjskiej Partii Komunistycznej dla, pozbawionych możliwości zasłużonego odpoczynku na bułgarskich złotych piaskach, sierot po NRD. 

Dobra, zmyśliłem to (gdyby ktoś nie wiedział). Oryginalna historia jest nawet lepsza.  

Na początku tego wieku, pewna niemiecka firma, zasilana obficie publicznymi pieniędzmi, zaczyna budowę największego na świecie, samonośnego baraku. Barak, zwany hangarem, może pomieścić wieżę Eiffla na leżąco i Statuę Wolności na stojąco. (Nie wiem po co. Tak napisali w reklamówce). Hangar ma 5,5 milion m sześć. pojemności, 360 metrów długości, 210 szerokości i 107 wysokości. Może w całości przykryć Potsdamer Platz.  Jest największą objętościowo budowlą na świecie. Ma służyć jako fabryka i parking dla cargo-lifterów, czyli sterowców do dżwigania ciężkich ciężarów (takich do 160 ton). Wybudowanie hali kosztuje prawie 80 mln euro. 

  

Już po dwóch latach firma wpada w kłopoty finansowe (przez nieuwagę psuje swój pierwszy i jedyny cargo-lifter),  a barak wraz z przyległościami zostaje kupiony za 17 mln euro przez firmę z Malezji, która w grudniu 2004 roku otwiera w nim "Tropikalną Wyspę" (500 gatunków roślin, 29 tysięcy drzew, dwa baseny o powierzchni  4400 i 1200 m kw i pojemności 7000 grubych Niemców).

Można narzekać, że Angkor Wat z papier mache jest nieco kiczowaty, a wursty nie są typową potrawą dalekowschodnią, ale możliwość zobaczenia czarnej dziury, która przyniosła do tej pory od 10 do 20 paru milionów euro strat i tak wynagradza wszelkie estetyczne niedogodności.       

ps. Leniuch będzie pewnie marudził w sprawie podkładu muzycznego.

wtorek, 14 lipca 2009
Tajemnicza przemiana

Na głównym deptaku Międzyzdrojów, pomiędzy stoiskiem z rogami Wikingów zrobionymi z przeżutego papieru toaletowego a stoiskiem z plastikowymi muszelkami wyprodukowanymi w Chinach, znajdują się tajemnicze drzwi prowadzące do tajemniczej piwnicy, w której - jak głosi reklama - można obejrzeć niezwykłą przemianę, tkwiącą korzeniami w starożytnym Egipcie, pokazywaną po raz pierwszy w Polsce, a w każdym razie na międzyzdrojskim deptaku: ścinającą krew  w żyłach metamorfozę kobiety w goryla. Zainteresowanie umiarkowane. W końcu każdy żonaty mężczyna zdążył już być świadkiem podobnej przemiany. I to wielokrotnie.   

wtorek, 09 czerwca 2009
Gizmo miesiąca

Sprytni Amerykanie rękami sprytnych Chińczyków stworzyli sprzęt, który idealnie nadaje się do płoszenia chronionego ustawowo ptactwa na Jeziorach Mazurskich. Aquaskipper is soooo last millenium, jet-ski powerboard rules. Informacja handlowa: szukają dystrybutorów w Polsce.

wtorek, 12 maja 2009
Prima aprilis

W zamierzchłych czasach, gdzieś u zarania ludzkości, ukazywało się pismo "Świat Młodych", w którym co roku, około 1 kwietnia organizowano konkurs dla czytelników na znalezienie tekstu będącego primaaprilisowym żarcikiem. Pewnego razu, skuszony możliwością wygrania harcerskiej pałatki, wziąłem udział w konkursie, typując tekst poświęcony glebogryzarkom. Niestety, okazało się, iż glebogryzarki - wbrew pozorom - istnieją. Zmusiło mnie to do własnoręcznego wykonania pałatki metodą Adama Słodowego z wielkanocnego, ceratowego obrusa. Być może właśnie dlatego nigdy nie zostałem do końca zaakceptowany w grupie rówieśniczej.  

Obecnie robienie kwietniowych żartów w mediach, wprowadzających element szaleństwa, w innych warunkach stabilną rzeczywistość, stało się całkowitym anachronizmem. Świat jest coraz bardziej koyaanisqatsi, a my codziennie jesteśmy atakowani informacjami podważającymi naiwną wiarę w sens i logikę nim kierujacą. 

Do tych głębokich, filozoficznych rozważań skłoniła mnie informacja o wypuszczeniu przez firmę EA gry "Inferno" inspirowanej "Boską komedią". Już sama idea zrobienia slashera z BK należy do kategorii pomysłów, które zwykle przychodzą nam do głowy dopiero po spożyciu większej ilości psiankowatych, ale dalej robi się jeszcze lepiej. Otóż głównym bohaterem gry jest niejaki Dante, mniej poeta, a bardziej zawody zabójca, mierzący co najmniej trzy pudziany, przemierzający Piekło w towarzystwie dwumetrowej kosy (bynajmniej nie w sensie warkocza). Oprócz brutalnej siły, Dante może używac także krzyża służącego do rzucania zaklęć na piekielne hordy. W dalszej cześci gry, nasz bohater uzyskuje także łaskę odpuszczania grzechów - broń, która już w niedalekiej przyszłości może przebić popularnością jakże lubianego shotguna. Kosząc piekielne zastępy, rzucając czary  i odpuszczając grzechy potępionym, Dante toruje sobie drogę przez 9 piekielnych kręgów, w poszukiwaniu Beatrycze, które w tej wersji jest zapewne skrzyżowaniem Brunhildy z Pamelą Anderson za młodych lat. Pora chyba zacząć odkładać kasę.

     

Dante Alighieri według ryciny z epoki.      

wtorek, 14 kwietnia 2009
God hates fangs!

Demaskatorski wpis o bezsensowności wydatkowania brukselskiej kasy nie będzie kontynuowany, gdyż po pierwsze, chcąc mnie uciszyć UE nasłała kilerów, którzy przez tydzień torturowali mnie czytaniem Konstytucji Europejskiej (uciekłem tłumacząc sie koniecznością obecności na gejowskim ślubie kolegi z Krytyki Politycznej oraz składając na Wielkiego Bafometa przysięgę zachowania dla siebie wszelkich tajemnic europejskiego Babilonu), a po drugie, wpis nie okazał sie specjalnym przebojem czytelniczym.

Chciałbym natomiast - z innej beczki - podzielić się zachwytem nad czołówką serialu True Blood, która to czołówka jest lepsza od 99% wszystkich emitowanych obecnie produkcji telewizyjnych. Samego serialu nie zamierzałem oglądać, bo wiadomo  - Allan Ball (American Beauty, 6 stóp pod ziemią), będzie seks, śmierć, seks homoseksualny, narkotyki, jeszcze więcej seksu*, miłość i patologiczni bohaterowie. Zanim się człowiek obejrzy, czyta napisy końcowe 22 odcinka 6 serii. Postanowiłem, że tym razem obejrzę tylko samą czołowkę. Oczywiście od razu wsiąkłem i teraz będę musiał obejrzeć te sto milionów odcinków. Dobrze, że przynajmniej seriale Balla kiedyś sie kończą (w odróżnieniu np. od "M jak miłość", "Lost" czy "Dynastii"). 

True Blood jest serialem o wampirach (prawidłowo: osobach o odmiennych upodobaniach kulinarnych), które do pewnego stopnia symbolizują mniejszość homoseksualną, co rozgrywane jest m.in. na poziomie zabawnych zabaw językowych ("fangs" a "fags"). Na szczęście nie jest to wszystko takie jednoznaczne, a wspomniana już czołówka wywołuje gwałtowną potrzebę natychmiastowego odwiedzenia Luizjany. 

    

*Wiki: True Blood won two 2009 awards at "Mr Skin's 10th Annual Anatomy Awards," which celebrate sex and nudity in motion pictures and television. True Blood won Best TV Show, and Lizzy Caplan won for "Best First-Time Nude Scene."

     

czwartek, 05 marca 2009
Sens of hjumor

Brytoli nie lubię za wiele rzeczy, wliczając w to wojnę burską i Ketlinga, który co prawda niby był Szkotem, ale chodził w spodniach, a przede wszystkim odbił dżagę Wołodyjowskiemu, za co ten słusznie wysadził go w powietrze. Adopcja Igi Wyrwal też nie poprawiła u mnie notowań wyspiarzy. Ale muszę brytyjskim braciom w Unii oddać duży szacun za bezinteresowne poczucie humoru. Kiedy na przykład ostatnio ładowałem rzeczy do wielkiego roentgena na lotnisku, pan celnik, zamiast zwyczajowego ochrzanu zwrocił mi grzecznie uwagę, że nie mogę trzech toreb bagażu podręcznego ustawiać w piramidkę, bo na pewno się przewrócą, on bedzie musiał wpełznąć po nie do maszyny, a nie chciałby tego robić, bo boi się ciemności. Poczucie humoru celnikow na Okeciu ogranicza się do zrobienia rewizji osobistej (ok, wyłączyłem roentgena, ale to było przez przypadek, poza tym skąd mogłem wiedzieć, że on się nagrzewa pół godziny, w dodatku zeznania świadkow się różniły, a ja przecież znacząco pokazywałem na kolesia w chałacie, może to nie był Arab, ale na pewno Semita).

Od dowcipnego pana celnika udalem sie do samolotu linii British Airways, którym podróżowałem  z liczną grupa rodaków. Szcześliwe ladowanie uczciliśmy tradycyjnymi polskimi oklaskami, zwyczajem popularnym wśrod narodów, ktore przesiadły się do samolotów prosto z furmanek. Angielscy piloci odnależli sie w tym bardzo szybko, właczyli głośniki i zaczeli ryczeć coś w rodzaju: "Hurra! Żyjemy!!! Udało się! To cud, to cud!".  

A ponieważ dawno nie było przerywników muzycznych, więc pora na wyspiarskie disco polo, czyli The Wurzels i Combine Harvester (a na obrazkach angielska, niskobudżetowa wersja "Wojny  świat'ów", czyli "Evil Aliens", też wiele mówiąca o angielskim poczuciu humoru).

wtorek, 04 listopada 2008
Easy-sleazy glider

Rozpaczliwe poszukiwania sposobu na obniżenie kosztów dojazdu do pracy doprowadziło mnie do easy-glidera. Urządzenie to nazwane zostało uboższym krewnym segway'a i rzeczywiście posiada sporo wspólnych z nim cech, a mianowicie takich, że jest nieużyteczne do niczego w szczególności (a na pewno nie do dojazdów do pracy, chyba że dysponuje się własnym pasem ruchu), a poza tym głupio się na nim wygląda. Miałoby to nawet swój urok, gdyby nie cena 9,2-krotnie wyższa od przyzwoitej. 1000 Euro za kółko od dziecięcego rowerka z doczepionym silnikiem elektrycznym robi wrażenie nawet na zblazowanych Szwajcarach (gdzie znajduje się siedziba firmy EG), śpiących na siennikach wypchanych złotem zarobionym na sprzedaży scyzoryków, udzielaniu pożyczek hipotecznych Polakom i robieniu interesów z hitlerowcami. Na szczęście istnieje jeszcze eBay, na ktorym można czasami znaleźć niespecjalnie zajeżdżonego glidera za 250 euro, co stanowi już tylko mniej więcej 2,3-krotność przyzwoitej ceny. Nadal jeszcze pozostaje sprawa nieużyteczności glidera jako środka komunikacji, co stanowi niezwykle delikatną kwestię w rozmowach z małżonką, ale my mężczyźni wiemy doskonale, że liczy się nie tylko przyziemna utylitarność, ale także radość z przejechania gliderem pod nosem sąsiada, który notabene akurat niedawno kupił sobie Freelandera.

Z używanymi gliderami jest niestety ten problem, iż serwis urządzenia jest gorszy niż serwis Renault w Polsce, a to już o czymś świadczy. Niedawno pojawiło się przedstawicielstwo easy-glidera w Poznaniu, więc może w końcu uda mi się kupić nowe akumulatory, bo stare pozwalają na przejechanie najwyżej 100 metrów, czyli mniej niż dystans dzielący mnie od sąsiada. I jeszcze - oczywiście najważniejsze - dane techniczne: prędkość 20 km na godzinę (w wersji z tzw. rydwanem doczepianym do kółka) lub ok. 25 przy rolkach (twardziele jeżdżą na rolkach). Podobno można również obejść fabryczną blokadę silnika, co pozwala rozwinąć ok. 40-45 km/h (pracuję nad tym).

W poniższym, dosyć, powiedzmy sobie otwarcie, nudnym filmiku, polecam mniej więcej 39 sekundę, w której poznaję magiczną moc siły odśrodkowej.          

wtorek, 16 września 2008
Tylko zdjęcie

Ponieważ dzisiaj milczę, więc będzie tylko reklama strony Chrum.com. Nawet Wiśniewski chodzi w ich T-shirtach.

  

piątek, 29 sierpnia 2008
Yerba, twoja mate
Jak coś jest niesmaczne, to musi być zdrowe. Yerba mate przypomina w smaku wodę z Amazonki, pobraną tuż przy ujściu, więc musi być zdrowa co najmniej jak premier Tusk. Mate oczyszcza umysł i nerki, pobudza ciało i zmysły oraz poprawia perystaltykę jelit. Wychodząc z tych założeń zaopatrzyłem się w stosowną tykwę (stalowe matero jest dla słabiaków), bombillę oraz zapas ziela. W bezksiężycową noc przeprowadziłem rytuał currado i zacząłem ssać. Następnego dnia dowiedziałem się, że co prawda z tą perystaltyka to nie przesada, ale za to mate wywołuje "nowotwory jamy ustnej, gardła, krtani, przełyku, płuc, pęcherza a także raka kolczystokomórkowego skóry", cokolwiek by to było. Tak sobie myślę, że pomysł z wycieciem tej całej dżungli amazońskiej nie jest taki zły. Nawiedzeni ekolodzy mydlą nam oczy mrzonkami o odkryciu w niej lekarstwa na łysienie, ale bardziej prawdopodobne, że znajdziemy tam coś, co zmieni nas wszystkich w pokryte wrzodami zombi, takie jak te walące w bębny na otwarcie olimpiady w Pekinie (FREE - or at least cheap - TIBET !). Panie Cejrowski, pora skończyć z promowaniem w telewizji zabójczych używek!   
wtorek, 26 sierpnia 2008
Volare!

Wracamy do lewitacji. Po pierwsze chciałbym, żebyście odnaleźli trzy szczegóły, którymi różni się wstęp i zakończenie tego filmiku, od części środkowej (tzn. tej, w której ja się pojawiam).

Po drugie, chciałbym zwrócić Waszą uwagę na swoje nieśmiałe próby kontroli lotu - otóż kiedy podnoszę głowę, to spadam, a kiedy opuszczam, to wzlatuję (ale nie wysoko, bo pan instruktor szybko sprowadza mnie na ziemię). Co prawda to wszystko czego zdołałem się nauczyć, ale i tak jestem dumny z ujarzmienia mocy żywiołu powietrza.

Po trzecie, uważam niniejszy filmik za twórcze nawiązanie do tradycji komedii slapstickowej i hołd oddany Busterowi Keatonowi oraz Haroldowi Lloydowi. No i tyle... 

 

poniedziałek, 11 sierpnia 2008
Lewitacja w trzech krokach

Niektórzy wyruszają do Londynu w celach clubbingowych, inni clubbingowych, a ja szukałem tam drogi odrodzenia duchowego. Na początek postanowiłem zacząć od czegoś prostego, takiego jak na przykład lewitacja.

W celu osiagnięcia spokoju umysłu niezbędnego do wzniesienia się ponad skrzeczącą rzeczywistość należy medytować 36 godzin - z przerwą na krótkie oświecenie,  zjeść co najmniej 3 pałeczki zapachowe (ja wybrałem "Błogosławieństwo stóp Buddy", "Słodki aromat stosu pogrzebowego" i  "Napalm o poranku") oraz odbyć pielgrzymkę do Mekki (tak, też mnie to zdziwiło). Po spełnieniu wszystkich tych warunków trochę sobie polatałem.

W czerwonej szacie mój mistrz Dogen Zenji, autor niezapomnianego Fukanzazengi.

Niestety, w trakcie lewitacji ujawniły się - widoczne na zdjęciach -skutki uboczne przyspieszonego dojrzewania duchowego. Zbyt szybkie tempo wydzielania prany doprowadziło do drobnych, acz nieodwracalnych zmian mojego wyglądu. 

Na następnym etapie mojego re-birthingu zamierzam osiągnąć przejście od bezrefleksyjnego konsumenta do bodhisatwy w mniej niż 6 i pół sekundy.      

środa, 04 czerwca 2008
Do Turcji po swetry i inne dobra konsumpcyjne...

Poruszony zmasowaną, aczkolwiek jak zwykle bezpodstawną krytyką WP Czytelników bloga, będącą skutkiem braku pozytywnych wzorców estetycznych, wynikającego (braku wynikającego) z Waszego dorastania w okresie późnego socrealu - wczesnego kapitałoidealizmu, postanowiłem wyruszyć do Istambułu po nowy dywanik.

Zaskoczyło mnie bogactwo towarów oferowanych w lokalnych sklepach.

 

Sześć minaretów Błękitnego Meczetu nieustannie przynosi zgorszenie w świecie islamu.   

Kolejna bizantyjska zagadka. Zdobiący sufit Hagia Sophii rysunek może być uskrzydloną mądrością Bożą lub wizerunkiem anioła przechodzącego okres pierzenia. Ale nie takiego, który w białej koszuli strzeże dzieci przed trzymaniem rączek pod kołdrą, ale raczej takiego naprawdę przerażającego, modyfikowanego genetycznie jak z wizji Ezechiela  albo z Armii Boga.

Patrząc w lewo widzimy Błękitny Meczet...

...patrząc w prawo widzimy postmodernistyczną, snobistyczna dzielnicę mieszkaniową zabudowaną tzw. "slums-loft condos".

Podziemna cysterna....

...wraz z jej tajemniczymi mieszkańcami żywiącymi się monetami wrzucanymi przez turystów.  

Zastygły w lawie, tzw. "nurek z Pompejów".

 

Mój nowy dywan.

środa, 21 maja 2008
The Doctor

O ile ichtiologiem postanowiłem zostać pod wpływem filmu "Szczęki", o tyle doktorem pod wpływem Doctora Who, znanego jako The Doctor albo zwyczajnie: Time Lord. Serial jest dosyć czerstwy i oglądam go jedynie ze względu na sentyment do Daleków (Eks-ter-mi-nejt!), którzy przywodzą mi na myśl posła Kalisza. Trochę z wygladu, a trochę z zachowania, bo też chcą zniszczyć życie na Ziemi.   

W każdym razie, w jednym z ostatnich odcinków Doctor Who przybywa do fabryki opanowanej przez kosmitów, a właściwie ludzkie klony wyhodowane przez kosmitów z zupy brokułowej. Klony są niezwykle wydajne, nie biorą zwolnień lekarskich, pracują 24 godziny na dobę i noszą takie nazwyska jak Karampuk lub Gzystcsyxcss. Współpracownica Doktora zadaje oczywiste w tej sytuacji pytanie: Are you Polish? Are you from Poland? Klony opanowały język angielski jedynie w stopniu pozwalającym powiedzieć: Aj kejm hier to łork i przystąpić do mordowania angielskiej klasy średniej. I w ten oto sposób nasza dumna nacja zadebiutowała w kultowym brytyjskim serialu.

Doctor Who ma również spin off w postaci serialu Torchwood - angielską odpowiedź na X-files, z tą drobną różnicą, iż w Torchwood wszyscy są biseksualni i jednym z głównych pytań każdego odcinka pozostaje kto prześpi z głównym bohaterem. Zdaje się, że Korona Brytyjska nadal nie uwolniła się od dewastujacego wpływu monopłciowych elitarnych szkół średnich na młodzież męską. Myśle, że powinniśmy Brytyjczykom wysłać więcej Ig Wyrwal.    

 
1 , 2 , 3