Nie ma przypadków, są tylko znaki.
Zakładki:
Moja książka, bo sam ją napisałem.

Jak zostac milionerem w 24 godziny
Zaglądam
Locations of visitors to this page Pagerank dla www.lonegunman.blox.pl
Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
View blog authority
visited 28 states (12.4%)
Create your own visited map of The World or website vertaling duits?
czwartek, 10 września 2009
Człowiek musi sobie polatać

Znaki, znaki...ale skąd mamy wiedzieć co one znaczą? Na polatanie szybowcem wybierałem się już w sierpniu, a dokładniej w drugiej połowie sierpnia, to znaczy w ostatnią sobotę sierpnia. A w piątek rozbił się na Bemowie szybowiec z pilotem i instruktorem. Ale jestem Wulkaninem, kieruję się chłodną logiką a nie emocjami. W czasie nalotu najbezpieczniej jest w leju po bombie, a katastrofy lotnicze nie występują w seriach. W sobotę jednak nie polatałem z powodu zamknięcia przestrzeni powietrznej w związku z pokazami lotniczymi w Radomiu. Pokazami zakończonymi nagłym wzrostem entropii w samolocie Su-27. W następnym weekend, nieco jednak zaburzony emocjonalnie, stawiłem się na lotnisku. W końcu jednak katastrofy lotnicze nie występują w tak długich seriach, prawda? Prawda.

Zawsze dziwiło mnie, dlaczego przy wypadkach szybowcowych ludzie nie ratują się skokiem ze spadochronem. Wiekszość rzeczy dzieje sie jednak tak nisko nad ziemią, że oglądasz ją od spodu zanim jeszcze pomyślisz: O, katastrofa. Co ma swoje dobre strony. Nie musisz się przejmować całą ta plataniną  linek, rączek i zapięć.       

W skali kopa adrenalinowego - skakaniu ze spadochronem przyznałbym jakieś 5 punktów, a szybowcowi 8 (przy czym 10 to skok do basenu z rekinami lub wyprawa do Harlemu z napisem "OJ Simpson did it"). Podczas skoku jesteś tylko ty, szybko zbliżająca się ziemia, no i facet przyczepiony do twoich pleców. W szybowcu jest zgrzytający laminat i narastająca klaustrofobia. Kiedy szybowiec nurkuje  nosem w ziemię, odruchowo zapierasz się nogami, z pełną świadomością, że jeżeli pilot go nie wyprostuje, to za kilka sekund będziesz miał pięty powyżej brwi. Ciążenie zwiększa się do 4 g, dzięki czemu masz wrażenie, że twoje uszy po raz pierwszy w życiu się spotkają.  Na szczęście siła odśrodkowa utrzymuje obiad w dolnych partiach żołądka. Przynajmniej dopóki nie wylądujesz.

Czyli generalnie gorąco polecam.

czwartek, 03 września 2009
Did you spot the gorilla?

Nieoczekiwanie natknąłem się na notkę, którą zamierzałem kiedyś zamieścić na blogu, ale wydała mi się na tyle słaba, że z niej zrezygnowałem. No, ale i tak nie mam niczego lepszego pod reką, więc postanowiłem ją puścić, tym bardziej, ze nawiązuje ona do filmików, które pokazywałem w tym miejscu jakiś czas temu, a nigdy nie wyjaśniłem o co właściwie chodzi.   

Klipy, które widać pod linkiem, w nieco innej formie (zamiast człowieka-misia, występował w nich człowiek-goryl)  zrobiły furorę wśród psychologów badających postrzeganie u człowieka. A nawet większa zrobiły wśród różnej maści life-coach'erów. Jeżeli bowiem nie zauważyłeś goryla na filmie, to może nie zauważasz mijających cię w pędzie możliwości? Miliony ludzi zajmowały się odrywaniem rzepów z ubrania, a tylko jeden wpadł na pomysł opatentowania zapięcia, które zlikwidowało traumę powstająca u trzylatków na tle problemów z zawiązywaniem butów.  Miliony ludzi uprawiały przez pokolenia seks, aż ktoś wpadł na pomysł,  że  właściwie Internet jest ciekawszy. Itd., itd. Patrzymy a nie widzimy, jak mówi Pismo. Gdybyśmy tylko posiedli tę umiejętność, otworzyłyby się przed nami bramy percepcji prowadzące do szczęścia, bogactwa i  lepszego pożycia.

Co ciekawe, problem postrzegania jest tyleż psychologiczny, co fizjologiczny.  Mózg nie byłby w stanie przetwarzać gigabajtów informacji docierających do nas poprzez zmysł wzroku. Stosuje  tysiące sprytnych sztuczek ułatwiających wyłapywanie tych informacji, które w wyniku ewolucji uznał za istotne. Reaguje na szybki ruch na skraju pola widzenia, ale nie jest w stanie dokładniej określić co się poruszyło. Nieco bardziej przerażający jest fakt, iż selekcja informacji zaczyna się już na poziomie siatkówki.   Liczba receptorów w oku jest znacznie większa niż liczba neuronów dostarczających informacje do mózgu. Siatkówka nie jest inteligentniejsza od średnio rozgarniętej dżdżownicy, takiej z której naśmiewają się nawet inne dżdżownice, ale  decyduje o tym, co widzimy.  Obraz, który dociera do mózgu jest odwrócony do góry nogami  i pełen szczegółów, które mózg musi usunąć. Pomyślcie np. kiedy ostatnio widzieliście swój nos? A z dużym prawdopodobieństwem nadal tkwi on na waszej twarzy zasłaniając sporą część pola widzenia. Po prostu mózg uznaje, że skoro nos nie zmienia położenia, można go po prostu wyeliminować.    

Sprawa z nosem jest dosyć oczywista i nie każdy ma potrzebę jego nieustannego oglądania. Złudzenia optyczne wywołują już jednak głębszy niepokój, bo pokazuja, że zmysł, na którym najbardziej polegamy-wzrok, może okazać się bardzo zawodny i to w nieoczekiwany sposób, np. pod wpływem sugestii.

Spójrzcie na powyższy obrazek z odległości ok. pół metra. Chciałbym, żebyście zobaczyli na nim Alberta Eisteina. A teraz odsuńcie się od monitora na 2,5-3 metry. Jezeli, w odróżnieniu ode mnie, z tej odległości widziecie jeszcze monitor i ten mały obrazek na nim - chciałbym, abyście pod wpływem mojej sugestii hipnotycznej, zobaczyli Marylin Monroe. Adin, dwa, tri...I co, ulegliście potędze mojego umysłu?         

środa, 19 sierpnia 2009
Porady i przemyślenia Wujka Dobra Rada

Wyjaśniam powody kryzysu, przepowiadam przyszłość, podaję numery, które wygrają w totka...  

piątek, 29 maja 2009
Peace and love

Świat jest odpowiedzią. Wystarczy wsłuchać się w to, co ma nam do powiedzenia. Ciężko przechodząc 10 rocznicę wkroczenia w smugę cienia, natknąłem się na przypadkiem na takie oto, niosące pocieszenie, słowa: "Połowa życia to najważniejszy okres, gdyż zachodzi wtedy przemiana od zaangażowania w działanie w świecie, ku autorefleksji i osobistej filozofii życia. Mogą następować przewartościowania, odejście od wartości ekspansji, erotyki i materialnych, a zwrócenie się ku wartościom duchowym i kulturalnym; ważna staje się religia, człowiek szuka wewnętrznej równowagi, harmonii, a zarazem pełnej ekspresji siebie"*. Wspomnianą zmianę poczułem w nocy z 8 na 9 maja, mniej więcej około godziny 3.35. Zrozumiałem, ze chcę się rozwijać duchowo. Może siegnę nawet po Paulo Coehlo lub lamę Ole Nydahla. Chociaż po zastanowieniu, wolałbym już chyba raczej wciągać borax nosem.     

*"Wprowadzenie do psychologii osobowości", Piotr K. Oleś

poniedziałek, 25 maja 2009
Jeszcze się tam żagiel bieli...

Podróże nie tuczą. Prawdziwość tego ludowego porzekadła jest szczególnie widoczna w dobie kryzysu, gdy na pokładzie Lufthansy dostaje się dwa płaty czarnego chleba z cienkim kawałkiem żółtego sera, który początkowo wziąłem za karteczkę post-it. Niby trudno zarzucić coś logice stojącej za takim traktowaniem pasażerów  - skoro lecisz samolotem, a nie podróżujesz tratwą z nadmuchanych rybich pęcherzy, to prawdopodobnie stać cię również na samodzielne zaspokojenie podstawowych potrzeb żywieniowych. Mimo to, zabranie mi z zestawu jednego twix'a i nadgryzienie drugiego, uważam za przesadę i celową politykę dyskryminacji podsycaną przez wpływowe ziomkostwa wschodnie. 

Dzięki kryzysowemu zmniejszeniu liczby połączeń odbyłem podróż w 5 odcinkach, za to dowiedziałem się, że Frankfurt jest prawdopodobnie jedynym portem lotniczym z wolnocłowym sklepem Beate Uhse. Jeżeli lubisz się przebierać w samolocie w skórzane majciochy, to jest to miejsce, którego nie możesz pominąć.

A tak w ogólem, to podróżowałem na tę samą konferencję do Montreaux, gdzie jak zapewne starsi wiekiem czytelnicy pamiętają, rok temu Greenspan próbował pożyczyć ode mnie 100 dolarów. Konferencja polega na tym, że grubi finansiści zapraszają na nią innych grubych finansistów, którym próbują zabrać kasę. Na konferencję jestem regularnie zapraszany dzięki tzw. wspomaganej pomyłce. Pomyłka polega na tym, że przez przypadek w rubryce imię wpisałem George. A wspomagana na tym, że jako nazwisko podałem Soros.

W każdym razie na konferencji, połowa sali próbuje przekonać drugą połowę sali, iż jest od niej znacznie sprytniejsza i dlatego druga połowa powinna im powierzyć swoje pieniądze (a dokładniej pieniądze jeszcze większych loserów, takich jak przyszli emeryci czy drobni ciułacze). W tym roku, nieoczekiwanie i jak sie okazało nieprzemyślanie, do wygłoszenia słowa wstępnego zaproszono Eugene'a Fama'ę (nie sadziłem, że on jeszcze żyje, musi mieć ze 140 lat). Fama jest dla kogoś zajmującego się finansami tym, kim jest Maria Skłodowska Curie dla osób zajmujących się polonem. Fama powtórzył to, co powtarza od 140 lat, tzn., ze obie strony sali są równie durne i nie można pokonac rynku. Nagle wszyscy poczuli się jak kochankowie na randce w ciemno, którzy po zapaleniu światła orientują się, że leżą w łóżku z małżonkiem. Znikła cała przyjemność.   Ale przynajmniej jedzenie było dobre i nie podawali tam kanapek z karteczkami post-it.      

piątek, 15 maja 2009
Spad

Co robi facet po osiągnięciu 40-stki? Skacze. W bok. Takie cliche, że aż się trochę krępuję (eee, to tylko kokieteria...).

czwartek, 19 marca 2009
Jak zostać milionerem?

No więc nie umarłem, a trochę się rozleniwiłem i stąd brak wpisów w ostatnim okresie. Żałujcie, bo na ten przykład jakieś trzy tygodnie temu chciałem podać sposób na zostanie milionerem, tylko jakoś czas szybko leci i sposób się zdezaktualizował. Ale i tak jednak dla porządku go podam. Należało 3 tygodnei temu  wziąć milion dolarów kredytu, zamienić go na złote, zainwestować złotówki na giełdzie, wyjąć po dwóch tygodniach, kupić dolary i spłacić dług. Sam tak zrobiłem, tyle, że bez kredytu. Sprzedałem 100 dolców, które dostałem od cioci na 18 urodziny. I mam już 120 dolarów. Pewnie kolejną tak dobrą transakcję zrobię za następne 20 lat.

W ogóle, to chciałbym być poważniej traktowany. Przynajmniej na własnym blogu. Jak napisałem, że powinniśmy dziękować spekulantom walutowym za wspieranie polskiej gospodarki, to doczekałem się bodajże dwóch komentarzy. A i to sarkastycznych. Tymczasem Szwajcaria wkłada właśnie masę pieniędzy w obniżenie wartości franka w celu napędzenia gospodarki. Czyli robi to co nam załatwił za friko Goldman Sachs.

Ale to właściwie wszystko tematy poboczne.

Zostałem ostatnio zaproszony na casting (uprzedzam żarty - nie był to nabór do Czipendejlsów. Ani do Klubu Emeryta, uprzedzając inne żarty). Casting jak casting, każdy w końcu był.  Piszę o nim nie tylko w celach autolansu, ale również żeby pochwalić się znakomitym wyczuciem sytuacji oraz umiejętnością rozpoznania terenu. Po krótkim small talku zacząłem dzielić się z przesłuchującymi swoimi fachowymi opiniami na temat różnych programów telewizyjnych, przy czym skupiłem się na zdrobiazgowej analizie programu X i przyczyn jego porażki telewizyjnej. Zaabsorbowany elokwencją swojego wywodu nie zauważyłem, że w powietrzu rośnie pewnego rodzaju napięcie. Oczywiście okazało się, że był to program robiony przez jednego z przesłuchujących.

Mają zadzwonić.......     

poniedziałek, 02 marca 2009
Artykuł wcieleniowy

"Newsweek" puścił tekst o pechowcu, który kupuje mieszkanie na kredyt we frankach szwajcarskich w połowie 2007 roku, wszystkie oszczędności wkłada w fundusze akcyjne, a żona w ciąży z trzecim dzieckiem traci pracę. Leniuch znowu sie przyczepi, ze mało gramatyczne to zdanie, ale dzięki niemu udało mi się streścić 4-stronicowy tekst w 25 słowach (no dobra, nie liczyłem spójników). Opowieść jak z ludowego podania, o nieszczęśliwym rolniku najemnym, który ze zgryzoty powiesił się na suchej gałęzi, spadł na przechodzącego pod drzewem ekonoma, zabił go na miejscu, został skazany i powieszony. Takie opowieści mają nam pomóc przełykać nasz codzienny ciemny chleb goryczy zapijany ciemną kawą desperacji, bo w końcu inni mają gorzej. Katharsis jakie przeżywamy po ich wysłuchaniu wynika z dosyć śliskiego poczucia szadenfrojde i zwykle celuje w nich Fakt, SuperEkspress i Pudelek (od biedy sprawdzają się w tej roli także strony z nekrologami w Rzepie).

"Newsweek" ma trochę inny target czytelniczy i w jego wydaniu opowieść ta jest jednak ciut mało wiarygodna, bo jej bohater kończy wprawdzie w nędzy, ale z mieszkaniem na Ursynowie, 300 tysiącami na lokacie w banku i pensją 6 tys. na rękę. Współczujemy mu, bo dzieci zamiast na Kretę jadą do domku letniskowego dziadków w polskich górach, a mieszkanie musi meblować Ikeą, nie Klerem, ale powiedzmy sobie szczerze, trochę za mało tego na prawdziwą, odświeżającą radość z klęski życiowej bliźniego.


W czasach kryzysu nie można za bardzo wybrzydzac na pracę, więc pomimo moralnych oporów postanowiłem wynająć się na modela u Armaniego (widok na pasaż z tyłu Domów Towarowych Centrum). 

środa, 14 stycznia 2009
Chic

Jako człowiek rozsądny, przewidujący i oszczędny, zakupów odzieżowych dokonuję raz w roku na wyprzedażach zimowych. Ma to liczne zalety i jedną drobną niedogodność, taką mianowicie, że latem muszę spacerować po plaży w Mielnie w swetrze w motywy góralskie, sztruksowych spodniach grubości 3 centymetrów i butach narciarskich. Ja to nazywam po prostu stylem. 

Niestety, chyba wypadam właśnie z targetu producentów odzieży męskiej, bo cokolwiek ubiorę, wyglądam jak łysiejący nastoletni emo-heroinista. A z drugiej strony bariery wiekowej czekają na mnie co najwyżej wdzianka a'la Jerzy Waldorff na podrywie. Innymi słowy trudno znaleźć cokolwiek dla dojrzałego, stabilnego emocjonalnie mężczyzny w sile wieku, który nie chce wyglądać jak pimp z getta w LA albo Kuba Wojewódzki. Czyli dla mnie.

Tak naprawdę niepokoi mnie jednak, że poczułem w tym roku wielki sentyment do wełnianych sweterków, w których zwykła chodzić moja babcia (z alpaki, alpagi, w każdym razie chyba z kota). Sweterki takie stanowią służbowy strój pensjonariuszy domów spokojnej starości w amerykańskich filmach. Moja podświadomość chce mi zapewne coś powiedzieć, ale na szczęście niedosłyszę.

 

W nowym sweterku na plaży w Mielnie.    

środa, 07 stycznia 2009
Grillowane mrówki

Porażony liczbą komentarzy bożonarodzeniowonoworocznych odstawiłem na chwilę bloga, żeby jakoś na spokojnie przebrnąć przez ten zalew serdeczności i pozytywnych emocji, ale oto jestem z powrotem, zdrów i wesół jak karp po świętach, szczególnie, że ostatnie kilka dni spędziłem na Słowacji, żeby z bliska przyjrzeć się procesowi wprowadzania euro w tym kraju (dzięki czemu znam 20 sposobów jak  na tym procesie zarobić - w tym tylko 19 niemoralnych), a przy okazji pojeździć na nartach, co jest o tyle godne wzmianki, iż jako człowiek dbający o swoją reputację, do tej pory uznawałem przypinanie sobie dwóch desek do nóg za uwłaczające 200 tysiącom lat ewolucji homo sapiens -zresztą słusznie- ale chyba zdołałem zaszczepić bakcyla carvingu córce Aurorze dzięki swoim nowatorskim metodom treningowym wdrażanym w ramach rodzicielskiej rywalizacji ze znajomymi i w odpowiedzi na oczywistą prowokację polegającą na pozwoleniu  na samodzielny zjazd z jednej z pobliskich gór ich trenującej od trzech lat latorośli, co spotkało się z mojej strony z błyskawiczną reakcją i zaowocowało zaciągnięciem - pod pozorem odwiedzenia fabryki czekolady - wzmiankowanej córki Aurory na  inną-nawet wyższą- górę, a  następnie sprytnym odwróceniem jej uwagi okrzykiem: "O! Yeti..." i zepchnięciem z owej góry, co może wydawać się posunięciem nieco radykalnym, ale po pierwsze dzieki temu odważnemu krokowi zdobyliśmy znacząca przewagę punktową nad znajomymi, a po drugie wychodzenie z traumy trwało znacznie krócej niż przewidywał lekarz, bo już po dwóch dniach córka Aurora przestała krzyczeć, no i w sumie bilans jest pozytywny, jezeli nie liczyć tych dwóch skasowanych deskarzy, którzy jednak i tak jedynie zanieczyszczali pulę genową swym złym gustem w doborze ubrań.   

ps. A przy okazji - zamówiłem grillowane mrówki z jednego z poprzednich wpisow. I skorpiona w czekoladzie. Wkrótce relacja z degustacji. Łykajcie ślinę.

czwartek, 18 grudnia 2008
This is the end - says Santa

8. Manta ray flying tube - odmiana znanego i lubianego plażowego banana. Dzięki doczepionym skrzydłom pozwala na kilkumetrowe powietrzne skoki. Ten miły i niebanalny prezent grozi 12 rodzajami urazów, w tym złamaniem obojczyka,  odgryzieniem języka oraz śmiercią. W naszym nadopiekuńczym społeczeństwie zapewne niedługo korzystanie z Manty zostanie zagrożone kara pozbawienia wolności do lat siedmiu.  

9. Chinese flying latern - do kupienia na ebay'u. Nie służą do niczego, poza zaspokajaniem awiacyjno-pirotechnicznych instynktów. Przy sprzyjającym wietrze mogą zapewnić nam dodatkowe atrakcje w postaci wielkoskalowego pożaru lasu.

10. Giant toasted ants - nie smakują jak kurczak. Zawierają mało cholesterolu. Interesująca alternatywa dla corocznej, świątecznej bigosowo-karpiowej konwencji. Dla dzieci w wersji czekoladowej. Dla dzieci w wersji hardcorowej - czekoladowy skorpion.

Część zakupowo-konsumencka wyczerpała mnie na tyle, iż duchową część swojego przekazu świątecznego ograniczę do zacytowania osobistego wroga Pana Boga, Richarda Dawkinsa, który jest generalnie ateistycznym bigotem, szalbierzem i Ojcem Rydzykiem a rebours, ale o Świętach Bożego Narodzenia wypowiedział się w ostatnim "Wprost" wyjątkowo ugodowo:   

Boże Narodzenie jest częścią tradycji, w której się wychowaliśmy. Lubię towarzyszącą mu atmosferę. Nie lubię takich piosenek jak "White Christmas", całej tej gorączki zakupów, która zaczyna się już w pażdzierniku. Nie widzę jednak powodu, żeby unikać określenia "Boże Narodzenie" i życzyć sobie jedynie Wesołych Świąt. Zawsze życzę wszystkim "Merry Christmas, a nie - jak zachęcają piewcy politycznej poprawności - "Happy holiday season".

poniedziałek, 15 grudnia 2008
You are paying for money with your life. Spent them wisely - says Santa

Przedstawienie propozycji 10 prezentów pod choinkę okazało się poważniejszym wyzwaniem niz sądziłem, ale oczywiście się nie poddam i to nawet w obliczu całkowitej obojętności szanownych czytelników. 

5. Test genetyczny - za 399 dolarów można zbadać swój garnitur chromosomalny i podatność na 90 przeróżnych  przypadłości genetycznych, co daje 4,4 dolara za każdą przypadłość. Niezły deal, jeżeli tylko uda Ci się ukryć te dane przed swoim ubezpieczycielem (to uwaga dla amerykańskich czytelników, NFZ najwyżej oskarży Cię o czary). Z drugiej strony, skłonność do łysienie, otyłości, krótkowidztwa oraz nadmiernego owłosienia mogę stwierdzić patrząc rano w lustro, więc tak naprawdę test przydatny jest tylko w 86 przypadkach. Jeżeli jednak kiedykolwiek zastanawiałeś jakie masz szanse dożycia 70-tki w dobrym zdrowiu, ten test to najlepsze co możesz w tej chwili dostać na rynku i to bez podpisywania paktu z diabłem. A wpółwłaścicielką firmy produkującej test jest pani Anne Wojcicki (pronounced /woʊ'dʒ'skiː/ Wo-JIT-skee), żona Brina z Google. Innymi słowy żona Brina z Google jest naszym człowiekiem.

6. Czy naprawdę chcesz uratować ziemię przed ekologiczną zagładą??? Ten kompostownik na pewno Ci w tym nie pomoże, ale obniży rachunki za wywóz śmieci (zwiększając jednocześnie za elektryczność). Do jednego pojemnika wrzucasz ogryzki, skórki od ziemniaków, fusy, zdechłe chomiki i co tam jeszcze znajdziesz organicznego w domu, a w drugim znajdujesz przyjemnie pachnący brązowy proszek, dzięki któremu wdzięczne pelargonie wyślą Ci kartkę na urodziny (prawdziwy mężczyzna hoduje co najwyżej kaktusy, ale kaktusy nie przysyłają kartek, więc nie pasowały mi do opowieści).

  

7. Jeżeli w amerykańskim filmie dochodzi do romantycznej sceny (mówimy o filmach bez granicy wiekowej), to w połowie przypadków ma ona miejsce pod rozgwieżdżonym niebem, pod którym osobnik męski pokazuje osobnikowi żeńskiemu położenie różnych interesujących obiektów astronomicznych. Z jakiś powodów późniejszy sukces rozrodczy uzależniony jest wg amerykańskich scenarzystów od skończenia kursu z astronomii. Jeżeli z trudem potrafisz wskazać Księżyc, poratować Cię może Sky scout, który dzięki zapisanej w pamięci bazie danych oraz wbudowanemu GPSowi pozwoli zidentyfikować każdy obiekt na niebie (może poza satelitami wojskowymi). Dla bardziej opornych jest nawet funkcja wyszukiwania co ciekawszych zjawisk astronomicznych. Drogo, ale pamiętaj, że to inwestycja w przyszłość Twoich dzieci.     

sobota, 13 grudnia 2008
It's just a mouse trap for your money - says Santa

3. Gry komputerowe to już nie to samo co w dawnych czasach. Do obsługi Crysis'a potrzeba co najmniej czterech palców, chociaż od czasów Nuke'a wiadomo, że jedynym słusznym kanonem są dwa (go and kill). Na szczęście growy biznes interfesowy trzyma się nieźle. Jak już mamy hełm wzmacniający fale mózgowe, możemy zaopatrzyć się dodatkowo w kamizelkę sumulującą postrzały (teraz dostępną także w pelikanowym różu). Międzymordzie to działa na zasadzie dmuchanej żaby. Młodszym czytelnikom wyjaśniam, że we wczesnym mezoziku, żeby zdobyć szacun na kwadracie należało mieć gumową żabe podłączona do lewatywy. Naciśnięcie pompki powodowało wysunięcie się czegoś w rodzaju brzusznego języka, który unosił żabę w powietrze. Kamizelka kulochłonna ma kilka mini sprężarek ukrytych w kieszeniach, które rozprężają się za każdym razem, gdy dosięgnie Cię nekromorf albo superboss właduje ci trzy rakiety w korpus. Na następną choinkę będzie można do zestawu dokupić hełm symulujący headshoty.  Może także różowy.

 4. Jeżeli, tak jak mnie, wprawiają cię w zachwyt i zadumę, kierującą umysł w stronę transcendencji, takie drobne fenomeny codzienności, jak spadające jesienne liście, plastikowa torba tańcząca na wietrze, wirujący bęben pralki automatycznej, kurczak obracający się na rożnie, rozkładający się ogryzek, powolne ruchy górotworu i tym podobne zjawiska, na pewno spodoba ci się sorapot. Prawdopodobnie jest to najdroższy obecnie na rynku zaparzacz do herbaty. Pozwala w pełni  delektować się majestatycznym baletem fusów zalanych gorąca wodą. Oczywiście, ten sam efekt można osiągnąć metodą Adama Słodowego za pomocą szklanki kupionej w Auchan na promocji za 3,99 zł oraz denka od puszki z przysmakiem turystycznym, ale jednak, powiedźmy sobie szczerze, to rozwiązanie nie będzie bardzo feng shui.

     

ps. Jakieś własne propozycje?

CDNieuchronny...

piątek, 12 grudnia 2008
New year, same crap - says Santa

Jakie prezenty kupić dorosłym ludziom, którzy właściwie są w stanie samodzielnie zaspokoić większość swoich podstawowych potrzeb życiowych? Nieprzydatne.  Takie, których nie kupiliby sobie sami, bo nie pozwala im na to rozsądek. Przez wiele lat sądziłem, iż w tej definicji z powodzeniem mieszczą się wybuchające gumy do żucia, plastikowe szczury, śmieszne okulary z wypadającymi oczami, sprężynowe grzebienie i tym podobne gadżety, którymi wujek Stefan rozbawiał rodzinę, kiedy sami byliśmy dziećmi. Z biegiem lat doszedłem jednak do wnosku, że wujek Stefan wcale nie był aż tak zabawny, a fakt, że jego druga żona też cierpi na głeboką depresję nie wynika jedynie ze złośliwości losu. Dlatego postanowiłem wam pomóc i wybrać 10 niepotrzebnych, ale jednak trzymających standard, prezentów na najbliższe święta. Ich ceny wahają się od wysokich do kretyńskowysokich, więc jeżeli nie zależy wam specjalnie na samopoczuciu obdarowanych, zawsze pozostają takie tradycyjne podarki jak kamyk z  wycieczki do Collosseum zapakowany w chusteczkę od nosa, paczłork przedstawiajacy Wzgórza Warszewskie o wschodzie słońca, własnoręcznie lepione gliniane dzbanuszki z podobizną Naomi Klein, czy też nieśmiertelny 300-godzinny mix przebojów muzycznych na płycie DVD (lub oldskulowo - na CDeku).            

1. Hełm Emotiv - hełm służy do sterowania Doom'em lub inną , dobraną do własnych upodobań grą komputerową, za pomocą umysłu. Mam nadzieję, iż podobnie jak z jazdą na rowerze, po wstępnym treningu będzię można usunąć dodatkowe kółka (czyli w tym przypadku hełm) i zacząć przeładowywać shotguna samą siłą woli. Może po chwili nauczymy się także przesuwać telekinetycznie drobne przedmioty, a z czasem - przy odpowiednim stężeniu midichlorianów we krwi -również myśliwce X-wing (działającą wersję hełmu dostaniemy jednak najwcześniej na Gwiazdkę 2009). 

   

2. Drugim pomysłem na prezent nie jest Chinka w okularach, ale trzymane przez nią praktyczne naczynie, które może służyć do różnych praktycznych rzeczy. Od innych praktycznych rzeczy różni się podziałką zawierającą wiele ciekawych, chociaż raczej zbytecznych informacji, dzięki którym dowiemy sie np., że objetość mózgu T.rexa była mniejsza od objętości soli kuchennej zawartej w organizmie człowieka, a także objetości ludzkich komórek umierających każdego dnia (na naczyniu napisane jest "on a good day", co prawdopodobnie oznacza, że "bad day" to taki, w którym wszystkie komórki umierają razem z organizmem macierzystym). Być może jednak ta wiedza, w jakiś trudny w tym momencie do wyobrażenia sposób, ocali nas, gdy staniemy  oko w oko ze wspomnianym T. rexem w ciemnej uliczce lub dojdziemy do finału "Milionerów".   

 

CDNastąpi...

czwartek, 13 listopada 2008
Marność nad marnościami, a wszystko marność. Tako rzecze Lone Gunman

Jako człowiek przewidujący, jestem przygotowany do stawienia czoła różnym sytuacjom, nawet dosyć abstrakcyjnym, jak np. występ pieśniarski w You Can Dance z foką na ramieniu. Występ taki może mi zapewnić sławę oraz nieunikniony udział w licznych quizach i ankietach, w których będę musiał  szybko znaleźć odpowiedź na pytania typu: ulubiony utwor muzyczny na literę H, trzynaście rzeczy, które zabrałbyś na bezludną wyspę (oczywiście playmate stycznia, lutego, marca…., a na dokladkę Iga Wyrwał)*, 5 rzeczy, których o mnie nie wiecie i których raczej nie chcielibyście się dowiedzieć, cztery ulubione dodatki do pizzy, czy też najważniejsza książka w życiu. W tej ostatniej kategorii zapewne wygrałby „Świat według Garpa”. Jest to książka dostatecznie gorzka i nie przesadnie słodka, ironiczna i pełna zadziwienienia nad absurdem życia, w konstrukcji troche Vonnegutowska, chociaż widać, że Irving lubi swoich bohaterow, a Kurt z reguły ich nienawidzi. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo jedyne co naprawdę z niej pamiętam, to wypadek, w wyniku którego główna bohaterka odgryza swojemu kochankowi 1/3 przyrodzenia (takie szczegóły z jakiś powodów mi się utrwaliły), uprawiając pozamałżenski seks w samochodzie ze zgaszonymi światłami, przed czym przestrzegają – jak się okazuje słusznie – na wszystkich kursach jazdy i kursach przedmałżenskich. Pamięć ludzka działa w dziwaczny sposób, ale pomimo fragmentaryczności wspomnień, jestem przekonany o wielkości książki Irvinga.

Gdybym miał jednak wskazać na książkę, która wywarła na mnie największy wpływ , a wpadłem na to niedawno w pociągu dalekobieżnym relacji Warszawa-Szczecin– byłby to „Zwierzoczłekoupiór” Konwickiego. O ile dobrze pamiętam – znowu kłania się Altheimer, Alkaseltzer, czy inny Niemiec-  opowiada owa książka o dziewczynce, która przeżywa różne cudowne przygody, mając za przewodnika  wielkiego, mówiacego dobermana. A na koniec okazuje się, że cała opowieść  była próbą jej ucieczki przed rzeczywistościa, w której leży w szpitalu, chora na raka i umiera.  Kiedy doczytałem książkę do tego miejsca, poczułem się jakbym dostał kijem bejsbolowym trzymanym przez Yogi Berra (naprawde istniał taki gracz, co prawda łapacz, a nie pałkarz, ale pewnie też niezle trzymał kija, miś został narysowany poźniej, a jeszcze później, w kultowym odcinku "Zrób to sam" (DIY) Adam Słodowy pokazał co zrobić, żeby  Yogi zaczął chodzić jak w filmie, ale to nie ma nic a nic wspólnego z niniejszą opowieścią). 

Znienawidziłem Konwickiego. Nie można bezkarnie uśmiercać bohaterów, których czytelnik  polubil i do których się przywiązał. Janek Kos zawsze wychodzi cało z najgorszych opresji.  

Konwicki miał jednak rację, mówiące dobermany nie istnieją, a śmierć  jak najbardziej. Jesteśmy ślimakiem pełznącym po ostrzu noża (pamiętacie tę okładkę płyty, czy to był Perfect?), ślepym na grozę, która może nas spaść na nas w każdej chwili. Nie mamy za wiele powodów do radości na tym świecie, przynajmniej do długotrwałej radości, chyba, że kogoś bawią żarty cmentarne.

Podejrzewam, iż u zarania ludzkości stanem przyrodzonym była głęboka depresja wynikająca ze zrozumienia, iż jesteśmy ożywionym śluzem zmierzającym znikąd donikąd. A nawet jeżeli istnieje jakieś donikąd, to jest ono tak obce, iż jeszcze bardziej przerażające. Jednakże  żyły wówczas także  jednostki zbyt prymitywne, aby dostrzec smutek własnej egzystencji. Zajmowały one na drabinie społecznej pozycję wiejskich głupków, trzymanych – ze względu na swoją nadpobudliwość i głośny styl bycia - przed jaskiniami dla odstraszania tygrysów. Z czasem, samobójstwa i brak poczucia celu doprowadzily do wymarcia normalnej części populacji, a my wszyscy jesteśmy potomkami tych nierozsadnych i krótkowzrocznych optymistów, jadących na endormofinowym haju, ubocznym skutku mutacji genetycznych wywołanych zbyt długim przebywaniem na słońcu. Ale to depresja jest naturalnym stanem czlowieka, o czym staramy się usilnie  zapomnieć oddając się na przykład wyborom najpiękniejszej pupy świata. I własnie w imię wyższego celu, jakim jest  dalsze utrzymania naszego dobrego samopoczucia,  uważam, iż książka Konwickiego powinna zostać spalona.  

A ponieważ żyjemy w świecie mediów interaktywnych, więc teraz czekam na wasze typy książek, których wolelibyście nigdy nieprzeczytać (OPRÓCZ mojej).

*Jako człowiek przewidujący, przewiduję, iż niniejszą notkę może przeczytać moja małżonka, więc uprzedzając fakty, dobrowolnie i bez lizusostwa, ani tym bardziej nie pod presją strachu, szybko dodam, iż oczywiście był to tylko cienki żart, bo w rzeczywistości wystarczałaby mi małżonka, świece i butelka wina. No, może jeszcze ewentualnie telewizor z kablówką.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5