Nie ma przypadków, są tylko znaki.
Zakładki:
Moja książka, bo sam ją napisałem.

Jak zostac milionerem w 24 godziny
Zaglądam
Locations of visitors to this page Pagerank dla www.lonegunman.blox.pl
Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
View blog authority
visited 28 states (12.4%)
Create your own visited map of The World or website vertaling duits?
poniedziałek, 26 października 2009
Konkurs bez nagród

Co to za miejsce, gdzie:

prowadzi się gruntową uprawę organów zastępczych

obsesyjnie dba się o stan środowiska

za oknami pływają ryby

kwestie prawidłowego oznakowania toalet potraktowano nadzwyczaj poważnie

kratery meteorytowe zarastają ekspansywnym zielskiem z Marsa

hydraulika jest sportem ekstremalnym

w akwariach hoduje się homunculusy

a tubylcy stosują dziwaczne praktyki seksualne (na zdjęciu kaktus z gatunku Straszliwa rozkosz)

09:19, lonegunman
Link Komentarze (7) »
czwartek, 22 października 2009
Pogawędki

Przyznaję, ze mam problem ze small talkami. Przede wszystkim są mało produktywne. "Nicea albo smierć"", "Hasta la vista, baby", czy "Yipikajej", to przykłady zwięzłych, treściwych wypowiedzi budujących efektywne kanały komunikacji z rozmówcami. Small talki wywodzą się tymczasem z naszej mrocznej zwierzęcej przeszłości i atawistycznej potrzeby podtrzymywania więzi społecznych. Jeżeli już nie spędzamy dni na poszukiwaniu pędraków i wyskubywaniu nawzajem wszy z sierści, nie rozumiem dlaczego musimy potrzymywać tradycję niezobowiazujących pogawędek.

Muszę niestety także przyznać, że moja niechęć do small talków, wynika częściowo z faktu, iż zazwyczaj  szybko wyrywają się one spod kontroli.  "Jest pan pierwszym Luxembourczykiem, którego spotykam! To pewnie z tego powodu, że jesteście tacy mali. Musiałem dać masymalnego zooma w googlemaps, żeby was w ogole zauważyć. Jesteście tak mali, że nie macie nawet znanych seryjnych zabójców jak Belgowie. Jesteście księstwem? To urocze! Macie tutaj duke'a? Takiego jak w Ucieczce z Nowego Yorku? Nie sądziłem, że tak mały kraj ma własne linie lotnicze. Ale samoloty małe jak i kraj. Co jeszcze macie małego...? Musi pan już iść? Gwałtowny atak rwy kulszowej? No, oczywiście, rozumiem. Ale miło się gawędziło, prawda?"        

Znowu tiltshifty, ale chodzilo o pokazanie, że w Luxembourgu wszystko takie maluuutkie....

11:22, lonegunman
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 12 października 2009
Lux fiat!

Los pchnął mnie tym razem do Luxembourga. To tajemnicze miejsce. Przynajmniej dla mnie. Jakim językiem tam mówią? Co jedzą? Czy mieszkają tam psiogłowcy?

Lot Lufthansą - znowu bieda - kartki post-it zastąpił plasterek szynki z jakieś zabiedzonej świni, które pewnie ostatnie dwa lata spędziła w Konzentrationslager.

Podczas lotu walczę ze sobą, żeby nie położyć płaszcza w biznesklasie, a potem wdać się w bójkę z załogą. Dopisałem to do swojej listy 100 rzeczy do zrobienia przed śmiercią, ale muszę jakoś wrócić z tego Luxembourga, więc odkładam sprawę na później. Dzielni pracownicy Lufthansy, korzystając zapewne z aparatu do odczytywania myśli, zaprojektowanego jeszcze przez von Brauna, domyślają sie moich zamiarów, bo celowo aranżują moje spóźnienie na przesiadkę, przez co spędzam następne 8 godzin na lotnisku we Frankfurcie, podziwiając hordy azjatyckich turystów w maseczkach przeciwgrypowych zakrywających 4/5 twarzy. Wygląda to na zjazd skośnookich fanów Michaela Jacksona.

Luxembourg ma nawet własne linie lotnicze, które nazywaja się oczywiście Luxair. To szczwany ruch - nazwać kraj tak, aby kojarzył się z luksusem. Nazwanie kraju tak, żeby kojarzył się z muzyką ska jest bardziej odlotowe, ale oferuje mniejszy potencjał pijarowski.

Samolot Luxair jest wielkości proporcjonalnej do wielkości kraju. Zaplątuje się w pasek od torby, dostaję skurczu i napadu klaustrofobii. Po kilku kłopotliwych próbach wyswobodzenia się, przegryzam ostatecznie pasek i możemy lecieć.   

Luxembourg w całej okazałości. To miejsce nazywa się Grund, czyli po naszemu grunt, czyli zdrowie, bo grunt to zdrowie.

Portret typowego Luxembourczyka.

16:00, lonegunman
Link Komentarze (16) »
sobota, 10 października 2009
Nobel dla Osamy?!

Nie, jednak dla Obamy. Ale tak czy tak, co to ma być? Wyjechałem na dwa dnia, a świat od razu stanął na krawędzi szaleństwa? Oczywiście, Obama nie jest Bushem i już za sam ten fakt należy mu się Nobel, przynajmniej w opinii europejskiej lewicy. Mogło też chodzić o wsparcie dla Obamy, w chwili, gdy Amerykanie budzą się z kacem po miesiącu miodowym z nowym prezydentem. Miałoby to sens pod warunkiem, że Amerykanie would give a damn. Może zatem jest to pierwszy Nobel za bycie czarnoskórym prezydentem? Byłaby to wtedy Nobel rasistowski. Najbliżej mi do teorii, że ten Nobel jest prezentem Rosjan dla Obamy za załatwienie sprawy tarczy rakietowej. Ot, taka niedźwiedzia przysługa, która samego Obamę wprawiła w niezłą konsternację. A może było coś o tym w Nostradamusie i emisariusze Tajnego Zakonu Apokaliptycznego w Parlamencie Norweskim, po prostu starają sie wypełnić przepowiednię, która zaprowadzi nas na koniec świata?

I jeszcze dwie ciekawostki - w tym roku na giełdzie kandydatów do nagrody obstawiano chińskich dysydentów. No, ale co, jeżeli Chińczycy by się obrazili i przestali przysyłac podkoszulki? Norwedzy mogliby nie przeżyc tej zimy.  Po drugie, na stronie nagrody Nobla widnieje sonda: Czy znane są Ci wysiłki Baracka Obamy na rzecz rozbrojenia atomowego? Mnie nie były znane. Podobnie jak 54% respondentów.

15:46, lonegunman
Link Komentarze (6) »
wtorek, 29 września 2009
Człowiek renesansu

Tym razem, pomimo sugerującego to tytułu, nie będzie o mnie. Chciałbym wam przedstawić Edmunda Domalewskiego, prof. Veritatologii. Jego dziadkowie byli baronami i posiadali dwa duże majątki w dobrach księcia Lubomirskiego. Rodzice także byli dobrze sytuowani i poza rozległym majątkiem, mieli sklep spożywczy w Omelnym.

Sam Edmund Domalewski, pomimo braków w formalnym wykształceniu, opracował nowy system matematyczny oraz nowy system gramatyczny. Poprawił tablice Mendelejewa, skorygowal Keplera i Newtona. Odczytał poprawnie hieroglify egipskie i pismo klinowe. Poznał przedalpejską kulturę ludów i zreferował dokładne dzieje Sumerów. Ponadto opracował poprawną teorię pochodzenia życia na Ziemi i genezy Kosmosu. Swoje opracowania w liczbie 24 tomów przekazał m.in. Komisji Europejskiej w Brukseli (cytaty z laudacji zredagowanej przez pedagog Teodozję Andrzejewską).

Edmund Domalewski istnieje naprawdę (o ile ustalimy definicję "istnienia naprawdę"). a przynajmniej tak wynika z dokumentów, w których posiadanie wszedłem zgoła nieoczekiwanie. Z Googla mozna się dowiedzieć, że potomek baronów odegrał także ważną lecz tajemniczą rolę w schizmie, która dotknęła Jednotę Braci Polskich.

Edmund Domalewski nie jest po prostu niezgodny w fazie z rzeczywistością, bo takich ludzi Polsce nie brakuje, a właściwie można powiedzieć, że  stanowią oni hałaśliwą wiekszość. Jedyny profesor Veritatologii ma jednak potencjał na zostanie polskim Munchausenem. W kraju w przeważajacej cześci płaskim i szarym jak zagon ziemniaków, potrzebujemy ekscentryków, jak kania dżdżu. Na ekscentrykach zbudowana została potęga Korony Brytyjskiej. Żeby zostać normalnym krajem Polska potrzebuje więcej ekscentryków. Nie sztucznego i wykoncypowanego Palikota, ani jadącego na jednym żarcie Gracjana Roztockiego, ale prawdziwego, krwistego ekscentryka, który ze swego fotela po dziadkach bierze się za bary z Newtonem i rozgryza hieroglify, jak Wałęsa krzyżowkę.            

11:53, lonegunman
Link Komentarze (15) »
piątek, 25 września 2009
Piękni, inteligentni

Czy uważacie się za mądrzejszych, ładniejszych lub dowcipniejszych od średniej w populacji? Hm...pewnie nie, bo więcej czasu spędzalibyście w realu, zamiast sterczeć przed komputerem, lecząc swoje kompleksy anonimowością....No dobra, to było nieeleganckie, ale musiałem jakoś zacząć. 

Może jednak zacznę raz jeszcze, bez wstępów.

Większość z nas (a przynajmniej większość Amerykanów, bo to oni zostali zbadani pod tym kątem) uważa się za dary losu - posiadając cechy zapewniające społeczne uznanie i będąc prawie pozbawionymi cech generalnie uznawanych za niepożądane. Ponad 80% kierowców uważa swoje umiejętności za ponadprzeciętne, 70% studentów ocenia swoje zdolności przywódcze za wyższe od średniej, a tylko 2% za niższe od średniej (to muszą być prawdziwi looserzy, obłożeni klątwą realistycznego spojrzenia na rzeczywistość). Wszyscy badani studenci (a badanie objęło okrągły milion) uznali, że są świetni w kontaktach międzyludzkich, 60% z nich umiejscowiło się w górnej 10%, a 25% w górnym 1% towarzyskich championów. Oczywiście moznaby mieć nadzieję, że życie już wkrótce zweryfikuje ich samocenę, gdyby nie inne badania pokazujące, że 94% profesorów zatrudnionych na uniwersytetach amerykańskich uważa się za lepszych w pracy od swoich kolegów.

Fenomenem, który od lat intryguje socjologów, jest fakt, iż - zarówno w Ameryce, jak i Polsce - oceny  przyszłości świata, czy też kraju sa znacznie bardziej pesymistyczne, niż oceny własnej przyszłości. Wierzymy także, że z większym prawdopodobieństwem będziemy zarabiali więcej od naszych współobywateli, ale z mniejszym - rozwiedziemy się lub zachorujemy na raka.

Jesteśmy potomkami ludzi, którzy dzięki swojemu nieuzasadnionemu optymizmowi wyparli prawie całkowicie z populacji osobniki zdroworozsądkowe i trzeźwo patrzące na światy.

O czym także w nastepnych odcinkach....           

14:35, lonegunman
Link Komentarze (8) »
środa, 23 września 2009
Z poradnika Adama Słodowego

Zapewne wiekszość z Was, młodzi telewidzowie, marzyła kiedyś o posiadaniu superwypasionej łodzi motorowej. W dzisiejszym odcinku postaramy się spełnić to marzenie. W tym celu potrzebne nam będzie: 20cm przylepca, model łodzi motorowej produkcji chińskiej, prosta kamera cyfrowa (można w tym celu wykorzystać np. telefon żony), 5 baterii tzw. paluszków oraz syn lat 4. Syn posłuży nam do usprawiedliwienia pozostałych zakupów oraz wytłumaczenia tajemniczego zniknięcia telefonu. Baterie wkładamy do nadajnika kierującego ruchem łodzi, a  wspomniany wyżej telefon mocujemy przylepcem do modelu łodzi. Następnie włączamy funkcje nagrywania wideo w  telefonie. Po odzyskaniu i osuszeniu telefonu, nagranie umieszczamy na popularnym serwisie internetowym youtube. Biorąc pod uwagę słabą jakość nagrania, możemy bez obaw o dekonspirację podpisać je jako Wspomnienia z wakacji nad Morzem Czarnym. W następnym odcinku zademonstruję w jaki sposób spełnić marzenie o zostaniu Robertem Kubicą oraz o udziale w katastrofie lotniczej.

22:29, lonegunman
Link Komentarze (6) »
piątek, 18 września 2009
Aleja Ofiar Kaczyńskich

Oj, długo Dziennik będzie przepraszał Prezydenta, dłuuuugo..... 

08:53, lonegunman
Link Komentarze (5) »
czwartek, 17 września 2009
Fangs

Nikt nie oglada True Blood? Naprawdę? Moglibyśmy wspólnie ponarzekać na II sezon i stwierdzić, że Anna Paquin to może i dobrze grała, ale jak miała 11 lat, czyli jednym zdaniem poprowadzić przez chwilę small talk, tak skutecznie zastępujący iskanie w budowie społecznych więzi.

True Blood poza byciem tysiącdwusetnym serialem/filmem o wampirach lansuje również napój pomarańczowy o nazwie Tru Blood, sprzedawany (w realu) przez pewną firmę specjalizującą się we wprowadzaniu na rynek marek, które pojawiają się w filmach. Firma ta nazywa się Omni Consumer Products, czyli tak jak pewna diaboliczny korporacja marząca o władzy nad światem, a przynajmniej nad Detroit, w "Robocopie". Tylko mnie wydaje się to przezabawne i interesujące? Tak?...Chyba muszę popracować nad odbudową więzi społecznych w realnym świecie*.


*Co gorsze, mam przeczucie, że tylko ja pamiętam jeszcze Robocopa.

czwartek, 10 września 2009
Człowiek musi sobie polatać

Znaki, znaki...ale skąd mamy wiedzieć co one znaczą? Na polatanie szybowcem wybierałem się już w sierpniu, a dokładniej w drugiej połowie sierpnia, to znaczy w ostatnią sobotę sierpnia. A w piątek rozbił się na Bemowie szybowiec z pilotem i instruktorem. Ale jestem Wulkaninem, kieruję się chłodną logiką a nie emocjami. W czasie nalotu najbezpieczniej jest w leju po bombie, a katastrofy lotnicze nie występują w seriach. W sobotę jednak nie polatałem z powodu zamknięcia przestrzeni powietrznej w związku z pokazami lotniczymi w Radomiu. Pokazami zakończonymi nagłym wzrostem entropii w samolocie Su-27. W następnym weekend, nieco jednak zaburzony emocjonalnie, stawiłem się na lotnisku. W końcu jednak katastrofy lotnicze nie występują w tak długich seriach, prawda? Prawda.

Zawsze dziwiło mnie, dlaczego przy wypadkach szybowcowych ludzie nie ratują się skokiem ze spadochronem. Wiekszość rzeczy dzieje sie jednak tak nisko nad ziemią, że oglądasz ją od spodu zanim jeszcze pomyślisz: O, katastrofa. Co ma swoje dobre strony. Nie musisz się przejmować całą ta plataniną  linek, rączek i zapięć.       

W skali kopa adrenalinowego - skakaniu ze spadochronem przyznałbym jakieś 5 punktów, a szybowcowi 8 (przy czym 10 to skok do basenu z rekinami lub wyprawa do Harlemu z napisem "OJ Simpson did it"). Podczas skoku jesteś tylko ty, szybko zbliżająca się ziemia, no i facet przyczepiony do twoich pleców. W szybowcu jest zgrzytający laminat i narastająca klaustrofobia. Kiedy szybowiec nurkuje  nosem w ziemię, odruchowo zapierasz się nogami, z pełną świadomością, że jeżeli pilot go nie wyprostuje, to za kilka sekund będziesz miał pięty powyżej brwi. Ciążenie zwiększa się do 4 g, dzięki czemu masz wrażenie, że twoje uszy po raz pierwszy w życiu się spotkają.  Na szczęście siła odśrodkowa utrzymuje obiad w dolnych partiach żołądka. Przynajmniej dopóki nie wylądujesz.

Czyli generalnie gorąco polecam.

czwartek, 03 września 2009
Did you spot the gorilla?

Nieoczekiwanie natknąłem się na notkę, którą zamierzałem kiedyś zamieścić na blogu, ale wydała mi się na tyle słaba, że z niej zrezygnowałem. No, ale i tak nie mam niczego lepszego pod reką, więc postanowiłem ją puścić, tym bardziej, ze nawiązuje ona do filmików, które pokazywałem w tym miejscu jakiś czas temu, a nigdy nie wyjaśniłem o co właściwie chodzi.   

Klipy, które widać pod linkiem, w nieco innej formie (zamiast człowieka-misia, występował w nich człowiek-goryl)  zrobiły furorę wśród psychologów badających postrzeganie u człowieka. A nawet większa zrobiły wśród różnej maści life-coach'erów. Jeżeli bowiem nie zauważyłeś goryla na filmie, to może nie zauważasz mijających cię w pędzie możliwości? Miliony ludzi zajmowały się odrywaniem rzepów z ubrania, a tylko jeden wpadł na pomysł opatentowania zapięcia, które zlikwidowało traumę powstająca u trzylatków na tle problemów z zawiązywaniem butów.  Miliony ludzi uprawiały przez pokolenia seks, aż ktoś wpadł na pomysł,  że  właściwie Internet jest ciekawszy. Itd., itd. Patrzymy a nie widzimy, jak mówi Pismo. Gdybyśmy tylko posiedli tę umiejętność, otworzyłyby się przed nami bramy percepcji prowadzące do szczęścia, bogactwa i  lepszego pożycia.

Co ciekawe, problem postrzegania jest tyleż psychologiczny, co fizjologiczny.  Mózg nie byłby w stanie przetwarzać gigabajtów informacji docierających do nas poprzez zmysł wzroku. Stosuje  tysiące sprytnych sztuczek ułatwiających wyłapywanie tych informacji, które w wyniku ewolucji uznał za istotne. Reaguje na szybki ruch na skraju pola widzenia, ale nie jest w stanie dokładniej określić co się poruszyło. Nieco bardziej przerażający jest fakt, iż selekcja informacji zaczyna się już na poziomie siatkówki.   Liczba receptorów w oku jest znacznie większa niż liczba neuronów dostarczających informacje do mózgu. Siatkówka nie jest inteligentniejsza od średnio rozgarniętej dżdżownicy, takiej z której naśmiewają się nawet inne dżdżownice, ale  decyduje o tym, co widzimy.  Obraz, który dociera do mózgu jest odwrócony do góry nogami  i pełen szczegółów, które mózg musi usunąć. Pomyślcie np. kiedy ostatnio widzieliście swój nos? A z dużym prawdopodobieństwem nadal tkwi on na waszej twarzy zasłaniając sporą część pola widzenia. Po prostu mózg uznaje, że skoro nos nie zmienia położenia, można go po prostu wyeliminować.    

Sprawa z nosem jest dosyć oczywista i nie każdy ma potrzebę jego nieustannego oglądania. Złudzenia optyczne wywołują już jednak głębszy niepokój, bo pokazuja, że zmysł, na którym najbardziej polegamy-wzrok, może okazać się bardzo zawodny i to w nieoczekiwany sposób, np. pod wpływem sugestii.

Spójrzcie na powyższy obrazek z odległości ok. pół metra. Chciałbym, żebyście zobaczyli na nim Alberta Eisteina. A teraz odsuńcie się od monitora na 2,5-3 metry. Jezeli, w odróżnieniu ode mnie, z tej odległości widziecie jeszcze monitor i ten mały obrazek na nim - chciałbym, abyście pod wpływem mojej sugestii hipnotycznej, zobaczyli Marylin Monroe. Adin, dwa, tri...I co, ulegliście potędze mojego umysłu?         

czwartek, 27 sierpnia 2009
Sto dwudziesty piąty sposób marnowania czasu - robienie tilt shiftów.

www.tiltshiftmaker.com

poniedziałek, 24 sierpnia 2009
Urok tropików dla pykników

Tropikalna Wyspa powstała w starej bazie sterowców, które miały służyć Honneckerowi do inwazji na Amerykę i stanowi  dar Malezyjskiej Partii Komunistycznej dla, pozbawionych możliwości zasłużonego odpoczynku na bułgarskich złotych piaskach, sierot po NRD. 

Dobra, zmyśliłem to (gdyby ktoś nie wiedział). Oryginalna historia jest nawet lepsza.  

Na początku tego wieku, pewna niemiecka firma, zasilana obficie publicznymi pieniędzmi, zaczyna budowę największego na świecie, samonośnego baraku. Barak, zwany hangarem, może pomieścić wieżę Eiffla na leżąco i Statuę Wolności na stojąco. (Nie wiem po co. Tak napisali w reklamówce). Hangar ma 5,5 milion m sześć. pojemności, 360 metrów długości, 210 szerokości i 107 wysokości. Może w całości przykryć Potsdamer Platz.  Jest największą objętościowo budowlą na świecie. Ma służyć jako fabryka i parking dla cargo-lifterów, czyli sterowców do dżwigania ciężkich ciężarów (takich do 160 ton). Wybudowanie hali kosztuje prawie 80 mln euro. 

  

Już po dwóch latach firma wpada w kłopoty finansowe (przez nieuwagę psuje swój pierwszy i jedyny cargo-lifter),  a barak wraz z przyległościami zostaje kupiony za 17 mln euro przez firmę z Malezji, która w grudniu 2004 roku otwiera w nim "Tropikalną Wyspę" (500 gatunków roślin, 29 tysięcy drzew, dwa baseny o powierzchni  4400 i 1200 m kw i pojemności 7000 grubych Niemców).

Można narzekać, że Angkor Wat z papier mache jest nieco kiczowaty, a wursty nie są typową potrawą dalekowschodnią, ale możliwość zobaczenia czarnej dziury, która przyniosła do tej pory od 10 do 20 paru milionów euro strat i tak wynagradza wszelkie estetyczne niedogodności.       

ps. Leniuch będzie pewnie marudził w sprawie podkładu muzycznego.

środa, 19 sierpnia 2009
Porady i przemyślenia Wujka Dobra Rada

Wyjaśniam powody kryzysu, przepowiadam przyszłość, podaję numery, które wygrają w totka...  

poniedziałek, 17 sierpnia 2009
Najlepsza dostępna opcja

Głęboko wierzę, iż żyjemy na najlepszym z możliwych światów. Z różnych potencjalnych wersji rzeczywistości realizuje się ta, która przynosi - w danych okolicznościach i w dłuższym okresie - najmniej szkody. Na przykład, gdyby Hitler nie stracił jednego jądra i nie próbował powetować sobie tej straty poprzez serię krwawych podbojów, które skierowały  świat przeciwko niemu i jego krajowi, Niemcy mogłyby odegrać wiodąca rolę w pokojowym procesie jednoczenia naszego kontygentu, stając się nieformalnym liderem Europy.

Hm...to może jednak zły przykład. Właściwie bardzo podobna wersja historii jednak weszła do produkcji....

Może coś innego - gdyby Aleksander Graham Bell dysponował lepszym PR od Tomasza Edisona, to dzisiaj do słuchawki zamiast "Hallo", musielibyśmy krzyczeć "Ahoy, ahoy". Wszyscy mówiliby jak krecik. Rozmowa przez telefon byłaby taką żenadą, że nikomu nie przyszedłby nawet do głowy pomysł telefonii komórkowej. Cywilizacja zatrzymałaby się w rozwoju.   

 

Artystyczna wizualizacja alternatywnej wersji świata.