Nie ma przypadków, są tylko znaki.
Zakładki:
Moja książka, bo sam ją napisałem.

Jak zostac milionerem w 24 godziny
Zaglądam
Locations of visitors to this page Pagerank dla www.lonegunman.blox.pl
Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
View blog authority
visited 28 states (12.4%)
Create your own visited map of The World or website vertaling duits?
piątek, 15 stycznia 2010
Papież wie!

Jego Świątobliwość nawołuje, żeby nie wierzyć astrologom i wróżbitom. Zapewne w kwestii daty końca świata. A skoro Papież tak mówi, to wie. Gdyby nie miał pewności, że przepowiadacze się mylą, to nie podważałby ich wiarygodności. Czyli koniec świata nastąpi, ale w innym terminie. Osobiście obstawiam 12.12 zamiast 21.12. Zapewne Majowie popełnili w swoich obliczeniach czeski bład, zwany w ich czasach tolteckim błędem. 12.12.12 ma zresztą znacznie większy potencjał apokaliptyczny (trzy dwunastki to dwa razy więcej niż trzy szóstki).

Sprawa jest poważna, bo jak wiadomo Papież jest nieomylny, co zreszta niedawno potwierdził wydając  negatywną opinią o Awatarze. W tej sytuacji martwi mnie jedynie, iż koniec może być znacznie mniej widowiskowy niż w 2012. Większość z nas pewnie nie będzie miała nawet okazji go zauważyć, tak jak wielu Haitańczyków kilka dni temu. Pozostaje mieć nadzieję, że przynajmniej divine CGI będą bardziej przekonujące niż efekty w filmie Emmericha.

The end is nigh! Bestia krąży po ulicach Warszawy...

wtorek, 12 stycznia 2010
Wielki finał

Na pewno przebieracie nóżkami na kontynuację poprzedniej notki. Jeżeli nie przebieracie, to przeczytajcie ją i zacznijcie przebierać.

1. Podaj numer składający się z dwóch parzystych, ale różnych cyfr z zakresu 50-100.

Nie widzę całkiem wyraźnie, przekaz telepatyczny jest nieco zakłócany przez minusowe temperatury, ale wydaje mi się, że to będzie  68.

2. Podaj pierwszy numer jaki przychodzi Ci do głowy z zakresu 1-1000. 

Moja tabliczka quija podpowiada, że będzie to 333.

3. Podaj pierwszą przychodząca Ci do głowy cyfrę z zakresu 1-10.

W fusach z kawy wyraźnie dostrzegam 7.

4. Podaj numer z zakresu pomiędzy 50 a 100, składający sie z dwóch różnych, nieparzystych cyfr.

Mój astralny awatar podpowiada mi, że będzie to 35 lub 37.

Oczywiście powyższe odpowiedzi nie mają nic wspólnego z telepatią ani parapsychologią, a już bardziej z Familiadą. Poza jednym eksperymentem, w którym królicza mama umieszczona na łodzi podwodnej przerywała gryzienie marchewki, w momencie gdy 500 kilometrów dalej ukręcano główki jej potomstwu (serio, amerykańscy militaryści przeprowadzili taki eksperyment, rosyjscy pewnie też, tyle, że wykorzystując populację jakieś syberyjskiej wioski), nie mamy żadnych dowodów na istnienie telepatii.

Specyfika naszego mózgu powoduje jednak, iż takie a nie inne odpowiedzi są wybierane przez większość populacji. Więc jeżeli takich właśnie odpowiedzi udzieliliście, to sorki, jesteście zupełnie tacy sami jak reszta ludzkości. Świadomość bycia mentalnym klonem musi być dołująca.

Jeżeli udzieliliście innych odpowiedzi, to jesteście dziwolągami, wybrykami natury i nijak nie mieścicie się w normie. Nie potrzebujemy tutaj takich, wracajcie na Marsa albo jakaś inną paskudną planete, z której przybyliście.   

Trochę inaczej sprawy się mają z dwoma ostatnimi zadaniami. Pierwsze z nich: "Dodaj 400 do 3 ostatnich cyfr w telefonie", jest tzw. kotwicą, wpływająca (przynajmniej w teorii) na odpowiedź na pytanie o zakończenie podbojów Attyli. Zdzwiłbym się, gdyby ktoś pamietał tę datę (nie potrzebujemy tu takich, wracajcie na Marsa), ale jest to rok 451. Jednak im mniejsza suma z działania 5, tym wcześniejszy rok podawany w odpowiedzi. W praktyce ciężko będzie to sprawdzić, więc musicie  mi wierzyć na słowo. Jajogłowi stwierdzili, że jeżeli suma z dodania 400 do ostatnich cyfr telefonu wynosi mniej niz 600, to daty podawane w drugim zadaniu zwykle oscylują wokół w roku 600, a jeżeli więcej niż 1200, to podawana data rośnie do ok. 970 roku. Może to trochę skomplikowane, ale dokładnie na takiej zasadzie działają wyprzedaże sklepowe. Cena podstawowa to kotwica, do której odnosimy się przy decyzji o zakupie towaru po obniżce. Krótko mówiąc, jeżeli towar został przeceniony o 70% i kosztuje 100 zł, to chętniej go kupimy niż ten sam towar przeceniony o 10%, mimo, iż jego cena nadal będzie wynosić 100 zł. Zależność niby banalna, ale umiejętnie wykorzystana, może się przydać w życiu. Jeżeli chcemy na przykłade prosić o podwyżkę, należy zacząć od luźnej rozmowy o wysokości ostatniej wygranej w totka albo - i to uczyni Was mistrzami psychomanipulacji - o jakichkolwiek innych liczbach, które będą stanowiły kotwice dla Waszej prośby. Niech to będzie panująca obecnie temperatury lub wielkości złowionej przez Was ryby. Jeżeli np. chcecie dostać podwyżkę o 100 złotych, trzeba wspomnieć o złowionym niedawno szczupaku o długości 150 cm, a jezeli podwyżkę o 5%, to o 10 stopniowym mrozie panującym w Waszym ogródku. Należy unikać jednak słowa "minus", bo to może zakotwiczyć szefa w przekonaniu o konieczności redukcji kosztów.      

13:02, lonegunman
Link Komentarze (10) »
środa, 06 stycznia 2010
Telepatia i inne patologie

Dzisiaj trzech tajemniczych magów, więc tak a propos chciałem zabawić Was prostymi sztuczkami z zakresu telepatii. Mógłbym zrobić jeszcze jakieś wesołe wprowadzenie, ale  ponieważ rzecz wymaga ode mnie absolutnej koncentracji więc walę od razu ad rem.

Sprawa jest prosta, należy szybko odpowiedzieć na poniższe pytania, zapisać co tam się wymyśliło, nie zgubić kartki, a ja w piątek podam prawidłowe, tzn te wymyślone przez Was odpowiedzi. Tylko bez oszukiwania, bo spowoduję, że Wam mózgi eksplodują. 

1. Podaj numer składający się z dwóch parzystych, ale różnych cyfr z zakresu 50-100.

2. Podaj pierwszy numer jaki przychodzi Ci do głowy z zakresu 1-1000. 

3. Podaj pierwszą przychodząca Ci do głowy cyfrę z zakresu 1-10.

4. Podaj numer z zakresu pomiędzy 50 a 100, składający sie z dwóch różnych, nieparzystych cyfr.

5. Dodaj 400 do 3 ostatnich cyfr w telefonie.

6. Podaj datę zakończenia podbojów Attyli (oczywiście bez patrzenia w pomoce szkolne, dla ułatwienia było to przed rokiem 1000) - plus-minus, precyzja nie jest tutaj potrzebna, liczy się liczba, która przyszła Wam w danym momencie do głowy.

Poniższy filmik nie ma nic wspólnego z testem, ale za to stanowi fragment japońskiego teletunieju, co gwarantuje dobrą, chociaż niepozbawioną zadumy nad różnicami kulturowymi, zabawę.

16:03, lonegunman
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Niech nam żyje młoda para!

Zwykle staram się udowodnić, iż wymyślony przez teoretyków ekonomii racjonalny homo oeconomicus nigdy nie istniał, a my w swoich wyborach kierujemy się przypadkiem, wypaczonymi przez kulturę emocjami i błędną oceną sytuacji wynikającą z nieumiejętnej obsługi własnego mózgu. Dzisiaj jednak dla odmiany zagram adwokata diabła, pokazując racjonalność czającą się za, na pozór ekonomicznie bezsensownym, poparciem dla ślubów par homoseksualnych. Jeszcze tylko disclaimer: w tej króciutkiej analizie nie interesują mnie kwestie obyczajowe, etyczne, czy kulturowe. Przyjmuję natomiast proste założenie, iż ludzie dokonują wyborów w zgodzie z własnym interesem ekonomicznym i unikają decyzji w tej interes godzących. Zgodnie z tym założeniem pary homoseksualne, zamierzające pozostawać w długoletnich relacjach z wybranym partnerem słusznie domagają się możliwości zawierania pełnoprawnych ślubów, a znaczna cześć heteroseksualnej populacji słusznie się tej możliwości przeciwstawia. Zawierając ślub (a nie jakiś jego cywilnoprawny ersatz) homoseksualiści  mogą w pełni korzystać z ulg podatkowych (np. dotyczących prawa spadkowego), które ustawodawca przewidział jako - niewielką - rekompensatę za koszta ponoszone przez heterseksualne małżenstwa na wychowanie i wykształcenie dzieci. Oczywiście, takie rozwiazanie jest niekorzystane zarówno dla heteroseksualistów, którzy muszą z tego powodu znosić wyższe podatki (czyjaś ulga jest zawsze czyimś obciążeniem), jak również dla przytłaczającej większości społeczności homoseksualnej, która nigdy nie zamierza zawierać długotrwałych związków (chęć zawarcia ślubu deklaruje zaledwie kilka procent homoseksualistów).

Można zastanawiać się, czy w takim razie śluby powinny zawierać tylko te pary, które deklarują chęć adopcji (lub urodzenia - w przypadku par lesbijskich) dziecka. Par takich jest jeszcze mniej niż tych deklarujących chęć wejścia w związki małżenskie, ale to jednak trochę inny temat.

Jakie jest zatem ekonomiczne uzasadnienie rosnącego poparcia dla ślubów homoseksualnych? 

Zgodnie z założeniem - interes ekonomiczny. Obecnie w Stanach Zjednoczonych tzw. biznes ślubny generuje 0,5% PKB (czyli jest wart ok. 70 mld dolarów). Zalegalizowanie ślubów par homoseksualnych oznaczałoby wzrost tego sektora o 17 mld dolarów. Kolejne 2-3 mld generowałyby wydatki związane z interesem homorozwodowym  (Forbes 12/2009). Oczywiście nie wszyscy popierający śluby homoseksualne są wedding plannerami, wytwórcami tortów weselnych, przedstawicielami biur podróży ze specjalnymi ofertami dla nowożeńców, prawnikami i pracownikami USC. Jest to jednak dosyć duża grupa lobbyingowa, do której należy dodać także osoby żyjące z promowania poprawności politycznej, czy też liderów ruchu homoseksualnego, ktorym coraz trudniej przychodzi ustalenie nowych celów działania w świecie, w którym upadła już większość barier. Z pewnością istnieje też znaczna grupa ludzi, których nie obchodzą lub którzy nie zastanawiają się nad ekonomicznymi konsekwencji swoich decyzji. 

Czyli część "pro-weddingowców" zachowuje się racjonalnie, a część jednak niestety nie i ten adwokat diabła słabo mi wyszedł.

A tutaj coś w temacie, czyli Brokeback Mountain w konwencji fantasy (+ seks międzygatunkowy), czyli gra Dragon Age, czyli kreatywni marketingowcy w nieustającym poszukiwaniu nowego targetu.

 " callback6839="function () { return eval(instance.CallFunction("" + __flash__argumentsToXML(arguments,0) + "")); }">

15:34, lonegunman
Link Komentarze (8) »
środa, 23 grudnia 2009
Słowo na niedzielę

Jeżeli coś mnie jeszcze trzyma w pionie na tym padole generalnie łez i mozołu, to przekonanie o poczuciu humoru Pana Boga. Przekonanie powyższe skłania mnie do przypuszczenia, że to wszystko nie jest tak do końca na serio.

PB czasami stosuje humor sytuacyjny, na przykład zsyłając na Europę zamieć śnieżną w ostatni dzień konferencji poświęconej ociepleniu klimatu. Czasami skojarzeniowy, jak w przypadku nadania matce Buzza Aldrina nazwiska Moon. Dobrze, że nie jest zwolennikiem komedii slapstickowej, bo rodzilibyśmy się ze skórką od banana przyczepioną do stóp. Z drugiej strony obserwując mechanikę aktu seksualnego, trzeba przyznać, że jest w nim coś z burleski. Przynajmniej mamy lepiej od ślimaków, których organa płciowe potrafią się tak zapętlić, iż pozostaje je jedynie odgryźć.

Ulubionym rodzajem humoru PB jest chyba jednak humor koincydentalny. Sam wymyśliłem ten termin i nie mam do niego jeszcze dobrej definicji, więc posłużę się przykładem. Czy zastanawialiście się czego właściwie zostaliśmy pozbawieni rankiem 13 grudnia roku pamiętnego? Otóż sławetny, nigdy nie wyemitowany odcinek Teleranka miał być poświęcony zlotowi czarownic na Łysej Górze, a gościem programu był Lech Emfazy Stefański z Polskiego Towarzystwa Psychotronicznego. Czy generał Jaruzelski zadawał sobie sprawę, że stawia tamę zalewowi szatanizmu w Polsce? - jak zapytałby retorycznie Bogusław Wołoszański.

Gdyby Stauffenberg stracił w wyniku ostrzału jeden palec mniej, zapewne nie miałby problemu z uruchomieniem zapalników obu bomb, które nosił w teczce. Gdyby obie bomby eksplodowały, żadna dębowa noga od stołu nie uratowałaby Hitlera. Gdyby nie mgła panująca w Monachium 8 listopada 1939 roku, Hitler nie wyszedłby wcześniej ze spotkania ze swoimi towarzyszami partyjnymi, śpiesząc się na pociąg i 40 dni (a właściwie nocy) pracy Georga Elsera, polegającej na drążeniu schowka na bombę zegarową, nie poszłoby na marne, a wojna mogłaby się skończyć 6 lat wcześniej.

Te dwa ostatnie przykłady koincydencji i ich konsekwencji wydają się dosyć niepokojące, ale być może Niemcy, nierzucone na kolana, dyktujące warunki zawarcia pokoju i kontynuujące spokojnie pracę nad bomba atomową, rakietami średniego zasięgu i superżołnierzami z wampirzym DNA mogłyby sie okazać za kilka lat jeszcze groźniejsze niż Niemcy rządzone przez Hitlera. Może rzeczywiście istnieje Plan?

W ostatnim roku w konfliktach zbrojnych zginęło na świecie ok 26 tysięcy ludzi. Dla nich nie ma to już pewnie znaczenia, ale tak spokojnie po raz ostatni było na świecie gdzieś 3000 lat temu, koło XI w p.n.e, kiedy to poszukiwania innych ludów do podboju zajmowało zbyt dużo czasu i sił, żeby starczało ich na jakiś poważniejszy i dłuższy konflikt.

I z tą wesołą refleksją zostawiam Was na Święta.

środa, 16 grudnia 2009
Jak zostać milionerem w 24 godziny. Tym razem na serio.

Jeszcze nie wybrzmiała poprzednia świetna notka, a tu już kolejna, ale wpadł mi w ręce listopadowy numer Przekroju, a w nim artykuł wyjaśniający jak Zderzacz Hadronów spowoduje koniec świata.

Otóż Natura kieruje się w swoim działaniu zasadą lenistwa (mógłbym napisać: Bóg kieruje sie w swoim działaniu zasadą lenistwa, ale brzmi to jakoś kacersko). Zasada to mówi, iż Działanie wykonywane jest w taki sposób, aby zoptymalizować jakąś funkcję, najczęściej związaną z wydatkiem energii. Na przykład światło leci po takiej trajektorii, aby dotrzeć w inne miejsce w jak najkrótszym czasie. (tak, zaburza to związek przyczynowo-skutkowy, bo niby skąd światło wie dokąd leci, ale podobno nie takie rzeczy dzieją się w świecie kwantowym)

Dwóch fizyków teoretyków, w tym jeden z twórców teorii strun - Holger Bech Nielsen oraz jego japoński sidekick - Masao Ninomiya stworzyli wzór pokazujący, iż odkrycie czasteczki Higgsa (jeden z podstawowych celów budowy Zderzacza Hadronów) zaburzy "zasadę lenistwa", a tym samym nigdy do niego nie dojdzie. Nielsen i Ninjasan starali się w ten sposób wyjaśnić serię dziwacznych zdarzeń, które przytrafiały się Zderzaczowi w ostatnim czasie.

Teoria może nieco ekscentryczna, ale za to doskonale weryfikowalna empirycznie. Panowie NN zaproponowali eksperyment, w którym wyciagnięcie jedynego asa z talii liczącej milion kart spowoduje zamknięcie Zderzacza. Jeżeli Natura nie chce, aby kolajder działał, to spowoduje wyciągnięcie z talii właśnie tego asa.

Jajogłowi są sprytni, ale mało praktyczni. Ten sam eksperyment można przeprowadzić przy nieco innych założeniach. Należy skreślić 6 liczb w totka (albo jednocześnie we wszystkich konkursach liczbowych odbywających się na Ziemi), przy założeniu, iż połowę zdobytej w tej sposób fortuny wyda się na przygotowanie ataku terrorystycznego na instalację pod Genewą. Jeżeli panowie NN nie pomylili się przy tworzeniu wzoru (a nasz zamach w przyszłości się powiedzie),  możemy w ciągu jednego dnia stać się miliarderami, a jednocześnie uchronić Ziemię przed zagładą.

Jeżeli bowiem Zderzacz nie zostanie zamknięty, to albo nastąpi kolejna seria dziwnych katastrof albo jedna wielka, w której problem badań nad bozonem Higgsa zostanie rozwiązany na dłużej (a jeżeli założymy, że inteligentne życie rozwinęło się jedynie na Ziemi, to być może na zawsze).

Za tym drugim rozwiązaniem przemawia dziwna koincydencja czasowa - eksperymenty w Zderzaczu potrwają około roku, następne dwa lata zajmie obróbka danych. Oznacza to, że na ślad cząstki Higgsa możemy wpaść, a właściwie moglibyśmy wpaść, gdyby nie było to sprzeczne z prawami natury, pod koniec 2012 roku.

Pewnie koło grudnia.

11:33, lonegunman
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 14 grudnia 2009
More sex is safer sex

Tytuł nie jest mój, a szkoda, bo takie tytuły wręcz zmuszają do sięgnięcia po książkę. Może przynajmniej opalę się nieco w blasku jego atrakcyjności.

Autorem genialnego tytułu jest Steven E. Landsburg, z którego korzystałem niedawno przy opisywaniu jak dobrze nam się obecnie dzieje. Landsburg jest ekonomicznym fundamentalistą, dla którego ekonomia jest nauką, a ponieważ jednak jest nauką aspirującą - nie do końca pewną swego - więc stara się podkreślić swoją uniwersalność, unikając jak ognia moralności czy wnikania w różnice psychologiczne pomiędzy osobnikami homo oeconomicus. W wielu przypadkach daje to efekt niejakiego odrealnienia (jak w znanym brodatym żarcie o matematyku zmuszonym do wygłoszenia odczytu podczas zebrania kółka rolniczego: "Weźmy modelową okrągłą krowę...), w innych przynajmniej intryguje.      

W tym miejscu pora na małe rozczarowanie - więcej seksu oznacza bezpieczniejszy seks tylko dla niektórych. Zacznijmy zatem od naszej okragłej krowy, czyli założenia, że pula seksu dostępnego w populacji jest w zasadzie stała. Barbara może się oddać Stefanowi - 40-letniemu działaczowi organizacji pozarządowych mieszkającemu nadal z matką lub Tomaszowi - agentowi CBA, lat 30. Stefan utrzymuje kontakty seksualne ze średnią liczbą 2 partnerek w roku - w tym jedną stanowi postać z Leisure Suit Larry - a Tomasz z ponad 20 partnerami rocznie. Stefan nie ma nawet opryszczki, a Tomasz jest nosicielem wirusa HIV. Jedyną szansa na uratowanie Barbary przed zarażeniem jest nakłonienie Stefan, aby stał się seksualnym drapieznikiem i podniósł średnią swoich partnerów seksualnych przynajmniej o jeden. Tomasz w tej sytuacji będzie musiał zadowolić się 19 partnerkami rocznie. Michael Kramer  z Harvardu policzył nawet, iż do zatrzymania rozprzestrzeniania się AIDS w Wielkiej Brytanii należałoby skłonić wszystkich osobników mających mniej niż 2,25 partnera rocznie do zwiększenia swojej aktywności o dodatkowego jednego lub dwóch partnerów. Co ciekawe, trzy czwarte Brytyjczyków mieści się poniżej tego limitu. To znaczy, ciekawe, że jedna czwarta przekracza ten limit, czemu nie sprzyja przecież zbytnio ani klimat ani atrakcyjność populacji.

Dalej Landsburg przedstawia śmiertelne zagrożenie ze strony monogamii oraz sposób na zlikwidowanie prostytucji poprzez zwiększenie liczby zdrad małżeńskich. Nie bardzo wiem, jak możnaby to wykorzystać w praktyce, ale te teoretyczne rozważania znajdują pewne empiryczne potwierdzenie. Otóż rozkwit ruchu wstrzemięźliwości seksualnej w Stanach nie spowodował żadnego widocznego obniżenia zachorowalności na choroby weneryczne. Zupełnie jak z alkoholem - pijąc - szkodzisz sobie, nie pijąc - szkodzisz krajowi.        

12:36, lonegunman
Link Komentarze (4) »
czwartek, 10 grudnia 2009
Panopticum

Dzisiaj dla odmiany, zamiast normalnie odpowiedzieć leniuchowi w komentarzu, dam pełnoprawną notkę, dzięki czemu odwalę normę blogowania na ten tydzień.   

Panopticum przedstawione na zdjęciach nie należy niestety do mnie lecz -w pierwszej cześci - do pana Sir Wellcoma, który zasłynął założeniem fundacji Wellcome Trust, wydającej na badania biologiczno-medyczne prawie tyle ile wynosi cały budżet nauki w Polsce. Pan Sir Wellcome poza tym, że był obrzydliwie bogaty, miał również kolekcję większą od kolekcji Luwru (pod względem liczby egzemplarzy), z tym, ze specjalizował się - jak widać - w protezach kończyn, kałamarzach zrobionych z głowy kozła oraz penisach wotywnych.  Maski pośmiertne na jednym ze zdjęć należą do panów Newtona, Voltera i Raphaela, kimkolwiek by oni byli. Poza tym wiem, że klikanie na linki to teraz obciach, ale naprawdę rzućcie tu okiem.  

Druga część galerii pochodzi z kolekcji pana Roberta LeRoy Ripleya, który był kimś w rodzaju naszego Tony Halika, tyle że on podróżował po świecie, aby zbierać takie artefakty jak np. sławetna syrenka z Fidzi, będąca w rzeczy samej sprytnym połączeniem małpki kapucynki z rybą-pilotem, co nie przeszkadzało jednakowoż jej karierze w cyrku Barnuma. Na jednym ze zdjęć widać także gipsowy odlew głowy pewnego chińskiego przewodnika po Pekinie. Dla poprawy swojej atrakcyjności turystycznej wywiercił był on sobie w głowie otwór, w który wstawił świeczkę, stając się tym samym pierwszym człowiekiem ze świeczką w głowie.

Obaj panowie mieli w swoich kolekcjach także pomniejszone głowy (prawidłowo zwane tsants, do kupienia za 50 dolców sztuka), które wyraźnie w latach 20-tych ubiegłego wieku uważane były za uroczy bibelocik (tutaj np. wspomniany już Tony Halik z ze swoim małym przyjacielem).

sobota, 05 grudnia 2009
The next big thing

Po nadzwyczaj sprawnie przeprowadzonej akcji wciskania HD (90% posiadaczy supercienkich, wypasionych telewizorów 1080p nadal ogląda na nich telewizję PAL, co oznacza, że równie dobrze mogliby wbijać nimi gwożdzie w ścianę), nie tak już udanej próbie omamienia klientów Blue-ray'em oraz zupełnie nieudanym wyścigu na MHz, masoneria stojącą za koncernami elektronicznymi wpadła na pomysł wylansowania trójwymiaru. Jest to dosyć żałosne posunięcie świadczące o wyczerpywaniu się pomysłów na elektronikę użytkową. Płyty gramofonowe zostały zastapione przez taśmy, taśmy przez CD, ale próba wprowadzenia DVD-audio zakończyła sie totalną klapą, bo różnice w jakości dżwięku były już poza zasięgiem ludzkiego słuchu. Na szczęście pojawiło się MP3. Ale co dalej, że pozwolę sobie na tak dramatyczne pytanie? Ściana. 

3D jest rozpaczliwym ruchem, bo już nasi pradziadkowie mogli podziwiać stereowypukłości szwaczek i praczek dorabiajacych jako stereomodelki. Sam pamiętam z kolei kultowy film produkcji radzieckiej "Zabawy zwierząt" wyświetlany w kinie Oko. Było to unikatowe w skali światowej kino wyświetlające tylko jeden film (no, może było tych filmów ze trzy, wszystkie dla miłośników zwierząt). 

Rewolucja 3D miała nas dopaść przy okazji Beowulfa, z wychodzącą z ekranu tylną wypukłością Angeliny Jolie, zwieńczoną figlarnym ogonkiem, ale nawet on nie wywołał masowego zrywu powstańczego przeciwników płaskiego obrazu.  

Obecny szturm został już lepiej przygotowany. Od przynajmniej roku wszystkie filmy dla dzieci puszczane są w kinach w 3D, atmosferę podkręca Avatar, NVidia wypuściła okulary 3D, Fuji steoreoaparat, a Hyundai, LG i Samsung monitory do trójwymiaru. Oczywiście, stosowane w powyższych przypadkach technologie są zazwyczaj ze sobą niekompatybilne, a  najdalej zaszło Fuji robiąc aparat, z którego zdjęcia można ogladać na nim samym, specjalnej miniaturowej ramce wideo kosztującej prawie 2000 zł oraz na zdjęciach lentikularnych 6 dolarów za sztukę.

Po tej przydługiej, rytualnej filipice skierowanej przeciwko konglomeratowi elektroniczno-marketingowemu próbującemu po raz kolejny zmusić nas do zakupu rzeczy, których niepotrzebujemy,   z pokorą przyznaję, że jak zwykle uległem kuszeniu i zaopatrzyłem się w Finepix'a 3D. Oczywiście nie mogę wam pokazać zrobionych w ten sposób zdjęć, chyba, że sami go też kupicie. Po przerobieniu na bardziej popularne anglify wygladają one tak jak poniżej. I proszę nie narzekać, ze nieostre, bo do anglifów potrzebne są czerwono-zielone okulary, więc jeżeli macie takie akurat w domu, to uważajcie, żeby się nie przestraszyć, niczym widzowie braci Lumiere po raz pierwszy oglądający wjazd pociągu na stację.

Spragnionych wiekszej ilości trójwymiaru zapraszam tutaj.  

20:21, lonegunman
Link Komentarze (6) »
piątek, 27 listopada 2009
Hurra! Jest dobrze.

Przez 99,8% istnienia rasy ludzkiej, człowiek żył przeciętnie za dochód rzędu 400-600 współczesnych dolarów rocznie. Oczywiście byli tacy- nieliczni - których dochody były wielokrotnie wyższe. Były także - krótkie - okresy szcześliwości, gdy średni dochód  mieszkańca Ziemi rósł znacząco, ale prawie nigdy nie przekraczał dwukrotności podanej powyżej kwoty. Dzieci były tak samo biedne jak rodzice, a oni jak ich rodzice. Wszystko zmieniło się wraz z wybuchem rewolucji przemysłowej. Dochód na głowę mieszkańca zaczął rosnąć w stabilnym tempie ok. 0,75% rocznie. Ludzie, po raz pierwszy od milleniów zaczęli wierzyć, że za rok będa bogatsi niż byli rok wcześniej.

W dwudziestym wieku realny wzrost dochodów per capita (na szeroko pojetym Zachodzie) osiagnął 1,5% rocznie, a od 1960 roku -2,3%. Sto lat temu przeciętny Amerykanin pracował ponad 60 godzin tygodniowo, obecnie poniżej 35. Sto lat temu tylko 6% robotników brało wakacje. Obecnie jest to 90% (przynajmniej w USA, w Europie te wskaźniki są wyższe). Na początku poprzedniego wieku, prace domowe zajmowały gospodyni domowej ok. 12 godzin dziennie spędzonych na prasowaniu, praniu, sprzątaniu i szyciu. Obecnie jest to około 3 godzin dziennie.

Wzrost realnych zarobków o 2,3% rocznie oznacza dla przeciętnego Amerykanina, iż jego dzieci za 25-30 lat będa zarabiały realnie prawie o 100% więcej od niego. Ich dzieci - już ponad 300% więcej. Przy zachowaniu tego tempa wzrostu przez 400 lat, przeciętny Amerykanin będzie zarabiał około 1 miliona dolarów dziennie (w obecnych cenach, a więc po uwzględnieniu inflacji).   

Jednym słowem żyjemy w cudownych czasach, w bardzo wąskim przedziale pomiędzy biedą i brakiem nadziei a dekadencją i brakiem celu. Ciekawe, czym na to zasłużyliśmy?

11:39, lonegunman
Link Komentarze (11) »
niedziela, 22 listopada 2009
Spotkanie z Innym

Mało jest tak dołujących miejsc w Internecie jak Panoramio.com. Każdy metr kwadratowy ziemi został obfotgrafowany, podróże są bezcelowym wydatkiem energii, wszystko jest do zobaczenia na podrasowanych cyfrowo zdjęciach. Zostaliśmy obdarci ze złudzenia niepowtarzalności swoich doznań. Spotkania z prawdziwą Innością należą do coraz rzadszych i tym cenniejszych doswiadczeń.

Z Tajemnicą możemy się tymczasem spotkać nawet w tak banalnych miejscach jak Luxembourg. W moim przypadku było to spotkanie z kapustą. Komu opłaca się hodować sześc główek kapusty w miejscu, w którym metr kwadratowy gruntu kosztuje zentyliony euro?  Czy Ksiażę Luxembourga jest miłośnikiem bigosu?  Czy dla podniesienia autentyczności tej wirtualnej uprawy sprowadzono także bielinki? Albo modyfikowane genetycznie mszyce? Czy tajemniczy hodowca dostaje dopłaty z unijnego budżetu?

W czasach Kapuscińskiego przygoda czaiła się za każdym rogiem. Dzisiaj trzeba się za nią uważnie rozglądać. 

 

13:46, lonegunman
Link Komentarze (5) »
czwartek, 12 listopada 2009
Non omnis Moriarty

Starość nadchodzi, kiedy zamiast, jak każdy normalny meżczyzna, myśleć co 10 minut o seksie, zaczynasz zastanawiać się, czy wolisz zostać skremowany, czy raczej tradycyjnie się rozkładać. Zwolennicy kremacji często podnoszą argument, że oni przynajmniej nie obudzą się sześć stóp pod ziemią.  Przebudzenie w środku pieca kremacyjnego też jednak nie należy do przyjemności.

Jeżeli o mnie chodzi, mógłbym zostać zjedzony. Oczywiście, po wykorzystaniu wszystkich cześci zapasowych. Nawet wymyśliłem sobie kiedyś nick: sorengreen, bo kojarzył mi się z filmem "Soylent green" propagującym takie praktyczne rozwiązanie kwestii żywnościowych. No, ale w sumie i tak zostaniemy ostatecznie zjedzeni i trafimy w wielkie koło troficznej samsary, więc to rozwiązanie niczego specjalnie nie zmienia. 

Podejrzewam też, że to, czy zostanę pochowany w trumnie ze złoceniami i atłasowymi kutasikami, czy w pudełku po butach, w ogródku koło chomika, też nie ma znaczenia, ale w tych sprawach nie można mieć nigdy pewności, a pomyłka może być nienaprawialna.

Już neandertalczycy przywiązywali wielką wagę do pogrzebów (dopóki ich nie zjedliśmy), więc być może los naszych doczesnych szczątków nie jest zupełnie pozbawiony znaczenia. Mogę sobie wyobrazić np. scenę, w której na Sądzie Ostatecznym, Bóg w zdumieniu patrzy na nieliczną grupkę wskrzeszonych i pyta: "Naprawdę nie powiedziałem wam, że zmarłych macie grzebać w piramidach wycelowanych w Syriusza, w pozycji półsiedzącej, z twarzą zwróconą w stronę Mekki? Byłem pewien, że komuś to mówiłem....". Albo w punkcie Omega, kiedy już nauczymy się sterować entropią,  zbierać rozproszoną po Wszechświecie informację i zamieniać ją z powrotem w materię - co będzie stanowiło ekwiwalent wskrzeszenia ciałem- jakiś bug w oprogramowaniu, sprawi, iż będzie to możliwe tylko wobec osób pochowanych w dębowych trumnach: "Sorry, ale podał się Pan kremacji, udało nam się odzyskać Pańskie ciało, ale jedynie w dwóch wymiarach. W tej postaci może Pan zamieszkać w odrestaurowanej specjalnie na Pana potrzeby wersji "Reksia racjonalizatora". Ta sprawa naprawdę wymaga przemyślenia.               

14:13, lonegunman
Link Komentarze (6) »
piątek, 06 listopada 2009
Kraina Chichów

Przed przybyciem (właściwie powrotem, ale "przybycie" brzmi zdecydowanie lepiej) Cesara Manrique na Lanzarote, było to miejsce słynne z pól lawy typu aa oraz z kozich bobków. Pola lawy typu aa charakteryzuje się tym, że chodząc po nich gołą stopą wydajemy okrzyki Aaa! Serio. Hawajczycy to wymyślili*.

 

Ta lawa wlewająca się do domu Manrique to akurat pahoehoe. Chodząc po niej krzyczymy: "Pahoehoe!" 

Cesar Manrique wraca w 1968 roku na wyspę, na której się urodził. Służył u Franco (ale w odpowiednim momencie spalił mundur, więc może być uznawany za bohatera także w obecnej, lewacko-liberalnej Hiszpanii), ma znajomych w samorządzie wyspy, jest malarzem, rzeżbiarzem, architektem i ekologiem. Dzięki talentowi, sprytowi i znajomościom zdobywa absolutną władzę nad wyspą, którą zmienia w swoją pracownię. Zakazuje stawiania wysokich budynków, domy każe  malować na biało z zielonymi okiennicami w głębi lądu i niebieskimi  na wybrzeżu. Zabrania stawiania reklam przy drogach. Sam jeździ drogimi samochodami, ale jest za ograniczeniem ruchu drogowego.  Gdzie to tylko możliwe montuje swoje hasiorowate rzeźby.

Buduje swój dom wtłoczony w pole lawy aa, projektuje Jardin de cactus i jaskinię Jameo del Aqua, wytycza scieżki w parku Timanfaya, przebudowuje Mirador del Rio. Mieszkańcy wyspy posłusznie za nim podażają. Malowanie drzwi i okien np. na różowo uchodzi za groźny przejaw skłonności anarchistycznych i grozi linczem.

W jakiś niepokojący sposób przypomina to Krainę Chichów- świat będącą czystą kreacją artysty. Jestem przekonany, że kiedy Cesar ginie w wypadku samochodowym pod swoim domem (scena ta -odgrywana w tym samym miejscu, ale z innymi bohaterami pojawia się w "Przerwanych objęciach" Almodovara), ludzie z Lanzarote w panice czekają na moment, kiedy oni i cała wyspa zacznie rozpływać się w nicości. Podejrzewam też, że sprawca wypadku zostaje natychmiast wyciagnięty z samochodu przez rozwścieczony tłum i pożarty żywcem.  W tak idylicznych miejscach zawsze czają się jakieś koszmary. Oglądałem "Twin Peaks"  i "Koszmar z ulicy Wiązów", to wiem.  

*Są też co prawda inne tłumaczenia, ale to uważam za najbardziej sensowne.

10:17, lonegunman
Link Komentarze (9) »
wtorek, 03 listopada 2009
Między nami jaskiniowcami

Guanczowie stosowali dosyć nietypowy model rodziny, czyli poliandrię, dzięki której kobieta mogła mieć kilku mężów. Być może była to zaszłość z czasów, gdy na jedna wyspę przypadała jedna kobieta (jeżeli Guanczowie zostali zesłani na Wyspy Kanaryjskie jako przestępcy, mogli cierpieć na dotkliwe niedobory płci pięknej). Była to generalnie cywilizacja o wysokim stopniu równouprawnienia i nic dziwnego, że szybko cofnęła się do poziomu jaskiniowców uważających przepaski biodrowe z kanarków za rozwiązanie high-tech.

Mimo wszystko, Guanczom udawało się powstrzymywać konkwistę Kanarów w sumie przez prawie sto lat (1402-1495), co jest całkiem imponującym wynikiem, biorąc pod uwagę, że wielkie imperia Azteków i Inków upadły w pięć. Co więcej, geografia Wysp Kanaryjskich, a dokładniej sam fakt, że są wyspami,  raczej nie ułatwiał długotrwałego oporu. Musiało to w jakimś stopniu przypominać prowadzenie wojny partyzanckiej w piaskownicy.

W końcu, w 1496 roku, stara kobieta z Teneryfy oznajmiła Hiszpanom, że: "nie ma już z kim walczyć, nie ma się kogo bać, wszyscy są martwi", co było jednym z tych lakonicznych zdań, których wymyślaniem trudzą się podbijane ludy, żeby pozostać na kartach historii.  

 

Znajdź Guancza na powyższym obrazku.  

19:53, lonegunman
Link Komentarze (6) »
czwartek, 29 października 2009
Wakacje na Atlantydzie

Przez wiele lat uważałem Wyspy Kanaryjskie za paśnik dla klasy robotniczej z Niemiec i Anglii, zbyt wiekowej na wpuszczenie do klubów Ibizy. Mój pogląd uległ zmianie po -przynajmniej wiekowym- zbliżeniu się do ww. kategorii oraz osobistej wizytacji na wyspie o wdzięcznej nazwie Lanzarote. W gruncie rzeczy Kanary są dosyć odjechanym miejscem. 

Przede wszystkim jeszcze przed obsługą hoteli, Wyspy zaludnione były przez Guanczów (nazwa nie jest poprawna politycznie, ale o tym w innym miejscu). Nie bardzo wiadomo jak się tam znaleźli żywiąc obsesyjny lek przed wodą niepozwalający im nie tylko na powrót na stały ląd (Afryka jest trochę ponad 100, a Hiszpania 1000 kilometrów stąd), ale również ograniczający komunikację między wyspami. Najbardziej prawdopodobna hipoteza głosi, iż Guanczowie byli potomkami Atlantów, którzy pozbawieni dostępu do Internetu i elektrycznych szczoteczek do zębów, z radościa zdeewoluowali do poziomu człowieka z Cro-Magnon. Mniej przekonująca teoria mówi o plemionach berberyjskich przesiedlonych za karę przez Kartagińczyków (lub w innej wersji Rzymian) na Wyspy Kanaryjskie. Słaby punkt tej hipotezy zawiera się w pytaniu po co? Znacznie łatwiej byłoby ich uśmiercić na miejscu w Afryce albo przeznaczyć na pożywienie dla lwów na arenie. 

Być może cel był kolonizacyjny. Skazańcy mieli przygotować bazę pod przyszłą ekspansję terytorialną. Byłoby to genialne posunięcie przebiegłych Kartagińczyków. Coś jak wysłanie  kilkuset więżniów na Marsa z niewielkim zapasem tlenu i kilkoma roślinami. Po stu latach możnaby ich odwiedzić i sprawdzić, czy planeta nadaje się już do zamieszkania.

Z drugiej strony być może Kartagińczycy stworzyli idealny obóz koncentracyjny. Wywieżli kilka tysięcy niepotrafiących żeglować nomadów na Wyspy położone daleko na oceanie, po to by przypływać raz do roku i zabierać im zbiory w zamian za towary niemożliwe do wytworzenia na wyspie. Tak, czy tak, Kartagińczycy byli szczwani i słusznie Katon domagał się ich zniszczenia.

W końcu Rzymianie go posłuchali, zaorali Kartaginę, a resztki przysypali solą. I teraz wyobraźcie sobie Guanczów, czekających na brzegu na statki z imperium,  z tonami gnijących bananów, które mieli zamiar wymienić na papier toaletowy i inne osiągnięcia zachodniej cywilizacji. Statki jednak nigdy nie przypłyną.  W końcu Guanczpowie zjadają resztki bananów, bolą ich brzuchy i cofają się do poziomu człowieka jaskiniowego. Tę epicką opowieść możnaby nazwać "Ostatni statek z planety Ziemia". cdn.

                

Powyższa przentacja jest w całkowicie zamierzony sposób kiczowata (dla spotegowania efektu zaleca się ogladać w HD).Postanowiłem rozpocząć nową ścieżkę kariery zawodowej jako przygotowywacz czołówek seriali południowoamerykańskich. Podobno to niezła fucha.

10:30, lonegunman
Link Komentarze (4) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 29