Nie ma przypadków, są tylko znaki.
Zakładki:
Moja książka, bo sam ją napisałem.

Jak zostac milionerem w 24 godziny
Zaglądam
Locations of visitors to this page Pagerank dla www.lonegunman.blox.pl
Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
View blog authority
visited 28 states (12.4%)
Create your own visited map of The World or website vertaling duits?
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Czy jesteś schizofrenikiem paranoidalnym?

Wyobraź sobie dwa słoje z żelkami (nie, to jeszcze nie jest główny test). W pierwszym słoiku znajduje się 85 żelków czerwonych i 15 białych. W drugim  15 czerwonych i 85 białych. Teraz zakryj dłonią poniższą listę (nie, to nadal jeszcze nie jest główna część testu) i odsłaniaj kolejne pozycje. W ten prosty sposób symulujesz losowanie żelków z jednego ze słojów. Bez wykonywania skomplikowanych wyliczeń prawdopodobieństwa, opierając się jedynie na intuicji, zobacz ilu "losowań" potrzebujesz, aby nabrać przekonania co do tego, z którego słoja wyciągasz żelki (tak, to już test).

czerwony żelek

czerwony żelek

czerwony żelek

biały żelek

czerwony żelek

czerwony żelek

czerwony żelek

czerwony żelek

czerwony żelek

biały żelek

biały żelek

Jeżeli nabrałeś pewności do słoja 1 po 3-4 losowaniach, to znaczy, że mieścisz się w statystycznej średniej, czyli spełniasz jedyne ogólnie przyjęte kryterium normalności. Jeżeli jesteś nieślubnym synem Bayesa, jak trudnoświetny, lub z innych powodów byłeś zmuszony opanować testy statystyczne, to wystarczą Ci dwa losowania (w pierwszym prawdopodobieństwo, że wyciągasz żelki ze słoika z przewagą czerwonych wynosi 85%, w drugim 97%). Kolejną grupą, której  również wystarczą z reguły dwa ciągnięcia są schizofrenicy paranoidalni i to niekoniecznie od razu w osobie Johna Nasha.  

SP różni się od większości innych schizofrenii, czy w ogóle psychoz, tym, że osoba nią dotknięta funkcjonuje - poza obszarem swoich urojeń - całkiem sprawnie, a jej funkcje umysłowe nie są ograniczone. Schizofrenik paranoidalny po prostu szybciej od nas dokonuje przejścia od faktów, czy odczuć do konkluzji. Jego "jumps to conclusions" nie biorą pod uwagę innych wytłumaczeń, czy faktów niepasujących do stworzonej przez nich teorii ani nie wartościują wniosków pod kątem prawdopodobieństwa. Tak to sobie przynajmniej wybrażamy. Przykład z żelkami pokazuje jednak, że ich ocena rzeczywistości może być znacznie bliższa prawdzie niż nasza. Ich mózg - w tym akurat zadaniu - lepiej intuicyjnie ocenia prawdopodobieństwo niż nasz. Nie chce udowodnić oczywiście, że przekonanie o byciu sterowanym przez KGB lub kosmitów jest bliższe "obiektywnej prawdy" niż nasze przekonanie, że mamy doczynienia z czubkami. Dla świadomości przyjęcie teorii o byciu sterowanym za pomocą lasera przez panią Jadzię spod szóstki jest jednak bardziej prawdopodobne i mniej traumatyczne niż zaakceptowanie faktu o buncie parlamentu. O czym w następnym odcinku.

ps. Po 10 losowaniu nadal nie miałem pewności, o który słój chodzi. Pewnie cierpię na patalogiczną nieufność wobec  rzeczywistości, albo - co niestety bardziej prawdopodobne - nadal odczuwam skutki niedotlenienia podczas porodu.

piątek, 16 kwietnia 2010
Prawdopodobnie nie masz HIV

Nasze funkcjonowanie w świecie jest w coraz większym stopniu oparte na statystyce i prawdopodobieństwie. Czyli na tym, na czym nasz mózg wychowany na afrykańskiej sawannie w prostych relacjach - coś do zjedzenia vs coś co może mnie zjeść - nie radzi sobie najlepiej. Oto jeden z moich ulubionych przykładów.

Załóżmy, że jesteś lekarzem, który ma oznajmić pacjentowi, że według przeprowadzonego testu jest on zarażony HIV. Miał pecha, gdyż w całej populacji tylko 1% ludzi ma tego wirusa. Jedyne pocieszenie kryje się w fakcie, iz test myli się w 5% przypadków. Czy powiesz pacjentowi, że ma 5% szans na to, że nie jest zarażony?

Zapewne niepotrzebnie przyprawiłeś go o traumatyczne przeżycie, które zapamięta do końca życia. Życia prawdopodonie długiego i zdrowego. To znaczy zawsze może dostać raka, ale szanse na to, że ma HIV wynoszą jedynie 16%.

Jeżeli wiemy, że zainfekowany jest mniej więcej 1% populacji, to znaczy, że na 100 000 osób, tylko 1000 jest zarażonych. Z tego 1000 - 95% otrzyma prawidłowy, pozytywny wynik testu. Z pozostałych 99 000 zdrowych osobników - 5%, czyli 4950 dostanie pozytywny, fałszywy wynik. To  znaczy, że po przebadaniu całej populacji 100 000 osób otrzymamy 5900 osób (950 z pierwszej grupy i 4950 z drugiej), dla których wynik testu był pozytywny, ale z tego tylko 950 jest rzeczywiście zainfekowanych HIV! Daje to 16% skuteczności testu. Pozostałe 84% z pozytywnym wynikiem jest faktycznie zdrowe.

Oczywiście, kiedy po raz pierwszy spotkałem sie z tym zadaniem, odpowiedziałem błędnie. Podobnie po raz drugi. I trzeci. Poza długotrwałym skamleniem upokorzonego ego, mój analfabetyzm statystyczny nie niósł jednak ze sobą żadnych poważniejszych następstw. Gorzej, że powyższe zadanie błędnie rozwiązuje również większość medyków, gotowych zaaplikować pechowemu pacjentowi długotrwałą, szkodliwą,  całkowicie niepotrzebną kurację. przy następnej wizycie u lekarza zapytajcie go, jaki miał stopień ze statystyki na studiach.     

 (przykład zaczerpnąłem z "Black Swan" Nassima Taleba)

Muszę jeszcze wytłumaczyć się z autoplagiatu. Na drugim blogu: www.dymyilustra.blox.pl chciałem promować swój poważniejszy, żeby nie powiedzieć bardziej nobliwy, wizerunek. Niestety nie zaglada tam pies z kulawa nogą (notabene dziwne...). Więc te same teksty będą się pojawiały w obu miejscach. Dla ich uatrakcyjnienia będę jednak zmieniał interpunkcję.      

21:32, lonegunman
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 12 kwietnia 2010
Kronika Zapowiedzianej Śmierci

Trochę nam się pozmieniało przez te dwa dni. Mamy nowego prezydenta, i to bez wyborów. Rosjanie puszczają Katyń w kanale głównym telewizji publicznej, co można porównać do emisji w TVP filmu o Jedwabnem, wyprodukowanego w Izraelu. Inaczej patrzymy na Gosiewskiego i jego dworzec. inaczej patrzymy na Karpiniuka i jego mokre dzinsy na plaży.

Niestety, nie bardzo wierzę  w przemianę duchową narodu. Ale może przynajmniej zmienią się przepisy lotnicze. 

Nie ma żadnych znaków ani proroctw. Gdyby były, oznaczałoby to, że swiat gra z nami w jakąś grę, której zasad nie znamy. Ale...trudno się oprzeć wrażeniu, że sobotnia katastrofa była końcowym rozdziałem Kroniki Zapowiedzianej Śmierci. Tak jak w porządnym dramacie, strzelba z pierwszego aktu, musi znaleźć zastosowanie w ostatnim. W ekspozycji mieliśmy katastrofę śmigłowca z Millerem na pokładzie (przestarzały sprzęt), węzłem dramatycznym był wypadek Cassy (brawura), punktem kulminacyjnym kłótnia prezydenta z pilotem w trakcie kryzysu gruzińskiego (brak procedur). Rozwiązanie widzieliśmy w sobotę.

Mam nadzieję, że pilot po prostu popełnił błąd. Ludzie popełniają błędy i tego elementu nigdy nie uda się w pełni wyeliminować. Jeżeli jednak pilot lądował w Smoleńsku, bo znajdował się pod presją oficjeli, których przewoził na pokładzie (najbliższe lotnisko 350 km dalej, brak szans na dojazd do Katynia), to znaczy, że znowu wyszło polskie  jakoś to będzie, raz kozie smierć, jak trzeba to polski pilot poleci i na drzwiach od stodoły....A wystarczyło po wypadku Cassy wprowadzić zasadę, iż przedstawiciele władz nie podróżują razem, że na lotniskach bez systemu naprowadzania ląduje się tylko przy bardzo dobrej pogodzie, że niezależnie od celu podróży absolutnym priorytetem jest bezpieczeństwo pasażerów, że każda osoba próbująca wpływać na decyzje pilota podlega karze...A może nawet wystarczyłoby przeszkolić pilotów z asertywności.           

ps. Po raz ostatni prezydent jakiegoś państwa zginął w wypadku lotniczym w Rwandzie w 1994.

10:23, lonegunman
Link Komentarze (21) »
poniedziałek, 22 marca 2010
Paramonov

I nastał w dniu owym płacz i zgrzytanie zębów w Babilonie, a wszystko to przez konieczność dorocznego wyrównania rachunków z fiskusem. W takiej chwili nic bardziej nie poprawia nastroju, jak skoczna piosenka o ludziach, którzy dzięki swojej determinacji  omijali konieczność płacenia daniny systemowi. Więc dzisiaj będzie Parmonov (tak, tak o hedonistycznym seksie też będzie, ale kiedy indziej, bo boli mnie głowa). Piosenka ta jest przykładem popularnego na Mazowszu nurtu polka-rege-pragafolk. Jej bohater, niejaki Jerzy Paramonow został lokalnym warszawskim Janosikiem, po pewnym niezwykłym spotkaniu w dniu 19 sierpnia 1955 roku. Tego właśnie dnia, Paramonow stanął przed pytaniem, które zapewne w ciężkich chwilach przychodzi każdemu z nas do głowy: Co się stanie, jeżeli doprowadzimy do spotkania ciężkiego przedmiotu  o dużym przyśpieszeniu z głową przechodzącej obok nas osoby? Paramonow, jako człowiek prosty, postanowił znależć empiryczną odpowiedź na tak postawione pytanie. W jego przypadku twardym narzędziem był 23-kilowy młot. Ten fragment legendy brzmi jakoś mało wiarygodnie, bo nawet w Warszawie roku 55, człowiek spacerujący po ulicy z 23-kilogramowym młotkiem musiał wzbudzać pewne zdziwienie, no ale dobrze, młotek był może mniejszy, może ludzie byli wtedy mniej spostrzegawczy, w każdym razie młot ów spotkał się z głową milicjanta czujenie patrolującego ulice. Spotkanie to zmieniło losy zarówno milicjanta, który zaczął odtąd scigać spekulantów i bikiniarzy na niebiańskich pastwiskach, jak i Paramonowa, który wyrósł na  mokotowskiego Che Guevarę, chociaż na szczęście nieskażonego heglowskim ukąszeniem. Ostatecznie Paramonow skończył tak, jak przedstawia to piosenka - tył jego głowy spotkał sie z szybko poruszającym się twardym obiektem w postaci kuli z pistoletu. Po tym spotkaniu Paramonow zmienił się już nie do poznania.

 

Tagi: Vavamuffin
15:39, lonegunman
Link Komentarze (7) »
piątek, 12 marca 2010
Hedonistyczny seks

No wiem, prawie wiosna za oknem, śnieg pada z przerwami, wczoraj widziałem słońce po raz pierwszy od 6 miesięcy, a tu, na blogu albo o depresji albo o eutanazji. Następny wpis będzie już o hedonistycznym seksie (stąd całkowicie usprawiedliwiony tytuł niniejszej notki), ale dzisiaj jeszcze o tekście z czwartkowej (11.03) Rzeczpospolitej.

Wiadomo, Rzepa jest parafialną gazetką redagowaną przez pogrobowców kaczyzmu i wszędzie śledzi przejawy cywilizacji śmierci, ale artykuł o propozycji nowego prawa eutanazyjnego w Holandii, może wywołać u czytelnika pewne realne obawy przed przypadkowym trafieniem do szpitala w tym kraju. Do tej pory tzw. wspomaganie śmierci wymagało w Holandii jakichkolwiek wskazań medycznych. Według właśnie dyskutowanej propozycji, każda osoba po ukończeniu 70 roku życia będzie miała prawo do pomocy w zejściu z tego świata. Co ciekawe, za eutanazję, a nie morderstwo uznaje się w Holandii również usunięcie pacjenta spośród żywych bez jego zgody  (około 1000 znanych przypadków). Ani za eutanazję ani za morderstwo nie uznaje się natomiast uśpienia pacjenta i zaprzestania podawania mu pokarmów (ok. 10 tysięcy przypadków w 2008 roku). Na miejscu każdego Holendra z siódmym krzyżykiem na karku już dzisiaj rozglądałbym się za jakimś przytulnym miejscem do spędzenia reszty życia. Najlepiej w odległości co najmniej 1000 km od najbliższego holenderskiego lekarza.

Podobno Eskimosi radzili sobie z problemem starczej depresji, fundując osobom po 60-tce ekskluzywne rejsy na krze lodowej w towarzystwie niedźwiedzia polarnego.  W Normandii z kolei, podpiłowywano ostatnie szczeble drabiny. Słowa: "No babciu, pora udać się na stryszek", były z reguły ostatnimi słowami słyszanymi przez starsze osoby po tej stronie rzeczywistości.  W Japonii (przynajmniej zgodnie z przekazem Ballady o Narayamie), ludzie świadomi swej nieprzydatności dla lokalnej społeczności, wybijali sobie zęby, co ograniczało mozliwość przyjmowania przez nich pokarmów. Jeżeli to nie podziałało, świadoma ich nieprzydatności lokalna społeczność wynosiła osoby kończące 70-lat (widać tu pewną ciagłość kulturową z  propozycją holenderską) na najbliższą, wysoką górę w okolicy. O ile jednak wszystkie te działania można tłumaczyć trudnymi warunkami życia i koniecznością dokonywania moralnie brudnawych wyborów w imię przeżycia, o tyle w przypadku holenderskim - niezależnie od tego, jak często powtarzane są przy tym słowa o prawie do decydowania o własnym życiu i godnej śmierci, pojawia się dosyć paskudne uczucie, iż nowe przepisy mają raczej pomóc w rozwiązaniu problemów demograficznych, które sprowadzają się do zapewnienia odpowiednio wysokiego komfortu życia tym pozostających po tej stronie.

I dlatego właśnie jestem zwolennikiem globalnego ocieplenia. Nic tak nie poprawia obyczajów, jak dobry potop raz na kilka tysięcy lat.       

  

10:30, lonegunman
Link Komentarze (4) »
piątek, 05 marca 2010
Dropsy na deprechę

Już kiedyś pisałem, ze uważam depresję za stan naturalny, osiągany w rzadkich chwilach trzeźwości. Codzienne funkcjonowanie umożliwia nam ciagły haj serotoninowy. Mamy dużo serotoniny- wstajemy rześko do pracy, nie dostrzegając jej bezsensowności, niczym chomiki wesoło pędzące przed siebie w kołowrotku. Poziom serotoniny spada - widzimy wyraźnie kruchość i nędzę własnego istnienia.
Na szczęście, beztroscy idioci z wysokim poziomem serotoniny mieli w przeszłości więcej dzieci od trzeźwych smętków, więc i nam - ich potomkom, udaje się jakoś funkcjonować. Niestety, ta zgrabna teoria, za którą miałem dostać niedługo Nobla, ma pewne dziury. Otóż, uważa się, że niski poziom serotoniny jest odpowiedzialny za depresję, ponieważ tabletki podnoszące poziom serotoniny, pomagają także wyjść z depresji. Tabletki podnoszą poziom serotoniny, a to poprawia nam humor, więc to brak serotoniny jest odpowiedzialny za depresję, jasne?  

Tutaj następuje jednak zwrot akcji w stylu Shyamalana - tabletki są tak samo efektywne jak placebo. Czy łykamy prozac, czy kulki na mole, efekt jest ten sam (tak długo, jak dajemy sobie wmówić, że kulki na mole to prozac).

Jakoś to w sumie pocieszające. Nie jesteśmy jedynie workiem śrubek i zębatek, ktorym do prawidłowego funkcjonowania wystarczy dolać parę kropel oliwy tu i tam. Nasze samopoczucie nie zależy wyłącznie od jakiegoś związku chemicznego, który moglibyśmy sobie dawać w żyłę lub wdychać z plastikowego woreczka.

Triumf człowieka jako skomplikownego systemu biologiczno-psychologicznego nad prostym modelem człowieka-maszyny byłby całkowity, gdyby nie skuteczność metody leczenia głębokiej depresji. Głęboką depresję leczy się -generalizujac - przez wszczepienie w okolice rdzenia kręgowego małego, elektrycznego przełacznika. Klik - obwód zamknięty, prąd płynie - jestem wesoły, klik obwód otwarty, prąd wyłaczony - jestem smutny. Kill switch. 

poniedziałek, 01 marca 2010
Lonegunman was here

Jakiś czas temu biadoliłem w tym miejscu o kolejnym szatańskim spisku Google'a mającym nas pozbawić przyjemności podróżowania. Panoramio.com pokazuje, że dokądkolwiek pojedziemy, będziemy podążali śladami hord innych bezimiennych poszukiwaczy przygód, którzy zdążyli już sfotografować każdy centymetr kwadratowy Ziemi. Niby jest to spostrzeżenie dość oczywiste, ale jednak panoramio przypomina o nim boleśnie, bo naocznie. No, a skoro z Googlem nawet Chińczykom trudno wygrać, to lepiej dać się zasymilować. Kliknijcie w ten link i wykreślcie te miejsca ze swoich wakacyjnych planów, bo ja już tam byłem, a co było ciekawego do zobaczenia, to sfotografowałem. Nie macie więc już po co tam jechać. Buhahahaha...

11:59, lonegunman
Link Komentarze (7) »
piątek, 26 lutego 2010
Jak to na wojence ładnie
Newsweek podaje, iż wojny przyczyniają się do poprawy średniej długości życia mieszkańców krajów, w których wybuchają.  Kraje takie stają się bowiem obiektem zainteresowania międzynarodowych organizacji pomocowych -  dzieci dostają szczepionki,  mężczyżni leki na przerost prostaty, a kobiety błyszczyki do ust. Podejrzewam, że długość życia mieszkańców bezpośrednio zaangażowanych w konflikty ulega pewnemu skróceniu, ale stanowi to trudny do wyeliminowania koszt poświęcenia się dla dobra innych. Po prostu altruizm krewniaczy w działaniu. Nie bardzo wiem, jaką dobudować pointę do tej informacji. Może zamiast tego podam inna ciekawostkę - na Haiti przed trzęsieniem ziemi przebywała armia 10 tysięcy pracowników organizacji pomocowych. Obecnie ta liczba sięga zapewne 100 tysięcy. Takie obciążenie płyty tektoniczne grozi wstrząsami wtórnymi.

ech...lata 80-te. Mieliśmy prawo słuchać każdego crap'u...

09:17, lonegunman
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 22 lutego 2010
Dowód na nieistnienie
Czasami, kiedy męczy nas niepokój egzystencjalny lub kac, a zwykle te stany idą ze sobą w parze, stawiamy sobie abstrakcyjne pytania, które mają nas utwierdzić w przekonaniu, iż stoimy w rozwoju duchowym wyżej od kury,takie jak: kim jesteśmy, po co jesteśmy i gdzie, u licha, jesteśmy? Jeżeli akurat myślimy o tym kim jesteśmy, to najcześciej nasuwa nam się widok małego krasnoludka siedzącego gdzieś w środku głowy, tuż za oczami i wydającego polecenia reszcie ciała, składającej się z czysto mechanicznych elementów, w postaci rurek, pomp hydraulicznych i sznurków. Ponieważ myślę, to jestem, a cała reszta ma tyle takie znaczenie jak kółka zębate dla właściciela zegarka. Jeżeli np. widzimy kota, to tak jak w Mass Effect'cie pojawia się pokrętło wyboru: 1.Pogłaskać 2. Zdezintegrować. Krasnoludek przez chwilę się zastanawia, rozważa konsekwencje każdej decyzji (1. nabycie toksoplazmozy 2. hałas) i podejmuje decyzje. Taki schemat podpowiada nam doświadczenie.
Niestety, jak to zwykle bywa, guzik z tego. Krasnoludek nie siedzi w żadnym konkretnym miejscu, a właściwie w ogóle go nie ma. Badania mózgu pokazują, że sygnał wysłany do reki (pogłaszcz, zniszcz!)wychodzi z mózgu ZANIM podejmiemy świadomą decyzję. Komórki nerwowe, z których każda ma inteligencję ślimaka-idioty,wysyłają do siebie sprzeczne sygnały nerwowe i chemiczne, aż jakaś grupa komórek uzyska przewagę nad inną grupą komorek i wydane zostanie stosowne polecenie. Jednocześnie do czegoś co nazywamy świadomością wysłany zostaje sygnał informujący o tym co się za chwile wydarzy. Świadomość, jak brytyjska królowa, nie rządzi, tylko zapoznaje się z decyzją parlamentu. W dodatku, dotknięta demencją, jest przekonana, że to właśnie ona podjęła decyzję i wydała polecenie.
Po co w ogóle królowa? Po to samo po co monarchia w UK - dla zachowania integralności królestwa. Mocno upraszczając, jak to mamy w zwyczaju na tym blogu, świadomość (czyli coś co nazywamy JA) jest pozornym tworem, całkowicie ubezwłasnowolnionym, który istnieje po to, żebyśmy nie byli tylko wzajemnie zwalczającymi się grupami neuronów. Czyli JA nie istnieje. Właśnie tak jak uczą nas ci zabawni łysole w kolorowych prześcieradłach.
Ponieważ jednak JA nie istnieje (albo jest tylko złudzeniem), to również nie może umrzeć. Czyli nie umrzemy. Bo NAS nie ma. Sam nie wiem..., pocieszające?
13:47, lonegunman
Link Komentarze (8) »
piątek, 19 lutego 2010
Prawda czasu, prawda ekranu

W Luksemburgu (pamiętacie jeszcze?) trafiłem na tydzień filmu polskiego. Dla uniknięcia możliwości podjęcia tego wstydliwego tematu przez spotkanych Luksemburczyków, zacząłem od razu podawać sie za Bułgara. Tydzień filmu polskiego polegał na projekcji filmu “Polococtail party” (zgadujcie) oraz wystawy fotosów polskich filmów. Trzynaście słupów, z każdej strony po 2 zdjęcia, 8 zdjęć na słupie, razem ponad 100 zdjęć. Na jednym uśmiechnięta postać. Troche melancholijnie, ale pewnie dlatego, że film przedwojenny. Na pozostałych - smutne kobiety w żałobie, czołgi, drut kolczasty, dzieci o oczach depresyjnych starców, pola buraków, zagony kapusty, płaczące wierzby, znowu jakieś czołgi,  butelka wódki, pusta butelka wódki,  Chopin plujący krwią na suknie George Sand, bocian w depresji, sowiecki okupant w onucach z polskiej  flagi. Wątki mesko-damskie reprezentuje para w miłosnym uścisku - on z miną Alojzego Piontka w siódmym dniu pobytu w zasypanym szybie kopalnianym, ona w pozie  Emili Plater na łożu śmierci. Najnowszą historię reprezentuje egzekutor długów, postmodernistyczny blokers  i przedmodernistyczny  Edi….

Jak wiadomo film kształtuje obraz kraju. Dzięki kinu wiemy, że Włosi to zdominowani przez matki mafiosi kradnący rowery, Anglicy mówią ze szkockim accentem, noszą żle dopasowane tupeciki i nazywają się Bond albo Bridget Jones, Francuzi, to opóźnieni w rozwoju policjanci, Hiszpanie - metroseksualni  miłośnicy byków itd, itd.  Polska, to z kolei bezdomny zbieracz złomu, z bruzdami  na twarzy głębokimi jak  cięcia na obrazie Czarnej Madonny, ale za to bez jaj. 

09:48, lonegunman
Link Komentarze (4) »
środa, 17 lutego 2010
Przestroga

Wybierając się z dziećmi do kina na film familijny "Planeta 51" znajdźcie wcześniej dobre, i nie wywołujące długotrwałej traumy,  wytłumaczenie nieśmiertelnego żartu o korku jako ochronie przed  sondami analnymi obcych. Żart ten powraca w filmie kilkakrotnie, w dosyć nieoczekiwanych miejscach i zwykle stosowane przeze mnie w takich sytuacjach odwracanie uwagi przez tzw. plask w ucho okazało się wysoce niewystarczające, a w dodatku konieczność częstych powtórzeń groziła trwałym uszkodzeniem słuchu.  Pod wpływem stresu indukowanego nieustannymi pytaniami: "Tato, co to jest sonda analna?" i  koniecznością wyboru pomiędzy kłamstwem a wywołaniem wstrząsem emocjonalnego, uciekłem się do symulacji zawału serca, co jednak  jedynie odsunęło konieczność udzielenia odpowiedzi w  niedaleką przyszłość, pewnie zaraz po moim wyjściu ze szpitala. Skoro już jednak zostaliście uprzedzeni, możecie zalepić dzieciom uszy skoczem lub  zorganizować rodzinny wypad na Piłę VI.

poniedziałek, 01 lutego 2010
Chaos w eterze

Z Onetu (01.02.):

Po okresie umocnienia polskiej waluty można przypuszczać, że zacznie się osłabiać - uważa wiceprezes Narodowego Banku Polskiego Witold Koziński.Nie ma nic trwałego na tym świecie. Przypuszczam, że po okresie umocnienia(złotego - PAP), nastąpi jego osłabienie. Pytanie, kiedy to nastąpi. Nie jestem w stanie tego powiedzieć, nie ma tu jakiejś projekcji" - powiedział w poniedziałek dziennikarzom Koziński.

Tłumaczenie: Złoty się wzmocni lub osłabi. Nastąpi to wcześniej lub później.   

Z Onetu (01.02): Złoty zszedł poniżej 4 za, jednak odbił i poziom 4/EUR obronił się. Widać, że Londyn agresywnie kupuje złotego, zlecenie było dość duże i stąd tak szybki ruch kursu - powiedział PAP Marek Cherubin, diler walutowy z Banku BPH.

Tłumaczenie: Citi posłuchało opinii Pana Prezesa. Kurs złotego się zmienił.  

Update: Doradca Pana Prezesa w NBP zarabia średnio 21 tysięcy złotych. Otóż ja, zobowiązuje się do udzielania rad Panu Prezesowi za 2 tysiące złotych miesięcznie albo nawet i za darmo, w zamian za mozliwość słuchania jego kształcących i pożytecznych wypowiedzi.  

15:40, lonegunman
Link Komentarze (7) »
środa, 27 stycznia 2010
Zatrzymać globalne ocieplenie! The time is now!

Cd poprzedniej notki....

6. Czy "kryzys klimatyczny" został wywołany w celu zniszczenia cywilizacji? Tak uważają "zaprzeczacze", widząc w "panikarzach" tajny masoński związek spadkobierców Malthusa (dla przypomnienia Malthus to ten gość od twierdzenia, że ludzkość wzrasta szybciej od dostępnych źródeł żywności, więc co pewien czas należałoby zmniejszać jej liczebność. Pogląd idiotyczny, któremu zaprzecza cała historia cywilizacji, ale w jakiś sposób działający na wyobraźnię. Zresztą osobiście nie mam nic przeciwko takim ruchom jak "Save the Earth - kill yourself". Uważam, że mogą one nawet pozytywnie wpłynąć na jakość puli genetycznej). Obowiązek redukcji emisji dwutlenku węgla o dalsze 20% do 2020 roku przez Polskę (jeden z postulatów konferencji kopenhaskiej) oznaczałby na przykład redukcję polskiego dochodu narodowego o 503 miliardy dolarów, co zepchnęłoby naszego polskiego tygrysa gospodarczego z powrotem w czasy wczesnego Łokietka, czy późnego Gierka.

7. Ojej!!! Niekoniecznie "ojej". Te 503 miliardy zielonych (co za precyzja wyliczeń!)  nie miałyby zastąpić węgla, jako źródła opału w naszych elektrowniach. Musiałyby zostać wydane na unowocześnienie przemysłu, podniesienie jego wydajności energetycznej, budowę alternatywnych źródeł energii itd. Jednym słowem, ktoś by na tym zarobił.  Czyli gospodarka dostałaby kopa (trochę w stylu tego lewaka Keynesa, ale zawsze).  A przy okazji mielibyśmy więcej elektrowni słonecznych i tych odlotowo wyglądających farm wiatrowych.

8. Kto za tym wszystkim stoi? W opinii "zaprzeczaczy", ocieplenie klimatu jest "nową wojną". Otóż, chłopaki z Klubu Rzymskiego i Bildenberga spotkali się kilka lat temu zasmuceni wiadomością, że oto wkraczamy w okres bez wojen, a jak wiadomo nic tak nie napędza gospodarki jak jakaś wojenka (i w dodatku redukuje populację). Potrzebny był zatem jakiś inny pretekst, do transferu pieniędzy z kieszeni podatnika do kieszeni grubego przemysłowca. Taki motorem rozwoju mógłby być -według mnie - fajny plan podboju i terraformacji Marsa. Plan oparty na poszerzaniu granic poznania miałby jednak znacznie mniejszą siłę oddziaływania niż oparty na strachu (zresztą nawet te oparte na strachu - jak świńska, czy ptasia grypa szybko się zużywają). Należało wymyślić zagrożenie dla całej cywilizacji i globalne ocieplenie świetnie się w ten plan wpisywało, a w dodatku pomagało w zdobyciu Świętego Graala wszystkich masonerii świata, czyli utworzenia globalnego rządu. W wersji hard ten diaboliczny plan, którego rezultatem są postulaty redukcji emisji dwutlenku węgla o 5% co roku do 2050 roku, miałby doprowadzić do krachu cywilizacji, jaką znamy obecnie i usunięcia części zrakowaciałej tkanki - w jaką przekształciła się ludzkość - z powierzchni Ziemi. Tyle wersja "zaprzeczaczy". Na wysokim poziomie ogólności może być ona nawet prawdziwa  (pomijając wątki paranoiczne). Uważam, że rzeczywiście potrzebujemy jakiegoś nowego wyzwania na globalną skalę, bo inaczej stoczymy się w dekadencję i cywilizacyjnego Altzheimera. Osobiście wolałbym ten program podboju Marsa lub nawet rozwiązanie problemu głodu na świecie, ale ostatecznie walka z globalnym ociepleniem – nawet jeżeli nie mamy na nie wpływu, też jest ok.

9.  Czy zatoniemy?  Wątpliwe. Jeżeli rzeczywiście globalne ocieplenie występuje i spowoduje stopnienie lodowców, to prawdopodobnie zatonie Holandia, ale to koszt, który jestem gotów ponieść. Chociaż pewnie Holendrzy dadzą sobie radę (Podobno poszukują już nowych terenów do osiedlenia się. Możemy im zaproponować np. kieleckie. Nigdy tam nie byłem i jego utrata niespecjalnie by mnie zabolała. A i fajnie byłoby mieć Amsterdam pod bokiem). Ocieplenie to zmiana zasięgu występowania chorób tropikalnych, zaburzenia pogody, tornada, huragany i powodzie. Ne ma jednak wiarygodnych danych wskazujących na wzrost liczby huraganów. Ludzie osiedlają się na terenach, których wcześniej - właśnie ze względu na występujące tam wichury - unikali. Przysuwają się też coraz bliżej rzek, przez co są częściej niż w przeszłości zalewani. Firmy ubezpieczeniowe płaczą i płacą, ale nieprzesadzajmy. Kto lubi firmy ubezpieczeniowe? Wzrost poziomu dwutlenku węgla to także zwiększenie się produkcji biomasy o 6% w ciągu ostatnich 18 lat (i aż 42% w lasach Amazonii). Wzrost temperatury oznacza z kolei wzrost parowania wody, a to - zwiększone opady. Między innymi dzięki temu w takich subsaharyjskich krajach jak Mauretania, czy Czad produkcja zboża zwiększyła się między 1983 a 2003 o 50%.

10. Kim są bad guys? W prostym świecie podział byłby prosty - według "zaprzeczaczy" - "oni" to rządy pragnące wydrzeć pieniądze podatnikom, skorumpowani naukowcy, nawiedzeni ekolodzy i producenci turbin wiatrowych. Według "panikarzy" - oni to ciężki przemysł, lobby węglowo- ropne, prawicowi pseudonaukowcy i rodzina Bushów. W rzeczywistości "ciężki przemysł" to również firmy budujące elektrownie atomowe. Po latach wstydliwego milczenia, atom znowu wraca na salony jako najlepsza z najgorszych alternatyw do spalania paliw kopalnych. Z kolei takie firmy jak Shell poszukując nowych nisz rynkowych wydają miliardy dolarów na badania nad alternatywnymi źródłami energii i prawdopodobnie przebierają nogami, aby dostać rządowe dotacje na ich wprowadzenie do masowej produkcji.

Uwaga! Podsumowanie dla tych, którzy nie mieli czasu przeczytać całego tekstu!

Globalne ocieplenie jest z bardzo dużym prawdopodobieństwem realnie występującym zjawiskiem. Nie wiemy, czy zostało wywołane przez człowieka – wystąpiło wraz z rewolucją techniczną i przebiega dosyć gwałtowne. Może to być jednak spowodowane tylko współwystępowaniem, a nie korelacją. Z pewnością Ziemia przeżyła juz okresy wyższej temperatury i wyższego stężenia CO2 w powietrzu. Jako zjawisko naturalne, globalne ocieplenie może się zwiększyć, zmniejszyć lub przejść w globalne oziębienie. Nic na to nie poradzimy. Zwiększenie temperatury nie jest z kolei najgorszym rozwiązaniem, obok zjawisk negatywnych, wywołuje także zjawiska pozytywne (zwiększenie produkcji roślinnej). W dłuższej perspektywie nie zaszkodzi jednak przyjęcie założenia, iż należy zmniejszać emisję gazów cieplarnianych. Może mieć to pozytywny wpływ na środowisko, na gospodarkę i produkcję rowerów. Nie należy jednak także ulegać propagandzie strachu, bo skończymy siedząc przed jaskinią i ciosając siekierkę z krzemienia przy łunie świateł bijącej z otaczających nas elektrowni atomowych. Howgh!    

Większość danych pochodzi od prof. Zbigniewa Jaworowskiego, jednego z umiarkowanych zaprzeczaczy, ale jednocześnie  glacjologa i członka Nongovernmental International Panel on Climate Change. 

18:14, lonegunman
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Globalne ocieplenie - kłamstwo, które ma zniszczyć cywilizację

Nieprosta sprawa z tym ociepleniem klimatu....

Po tym błyskotliwym wstępie przejdę do wyjaśniania dlaczego nieprosta. A tytuł, podobnie jak część danych, pożyczyłem sobie z wywiadu z prof. Zbigniewem Jaworowskim, jednym z "zaprzeczaczy" (dla odróżnienia od "panikarzy", czyli wyznawców wiary we wpływ człowieka na zmiany klimatu).

1. Jest to ocieplenie, czy go nie ma? Jest i to silne, od mniej więcej 1900 roku, co zbiega się akurat z początkiem rewolucji przemysłowej i co powinno skłonić nas do zastanowienia, czy przypadkiem nie jest to nieprzypadkowa zbieżność przypadków. Ale....W ostatniej dekadzie wzrost temperatury praktycznie się zatrzymał (to właśnie spowodowało niepokój kłamczuszków z Climatic Research Unit i próby podrasowywanie wyników).

2. Jeżeli ocieplenie rzeczywiście występuje, to czy jest ono spowodowane przez człowieka? Może tak, może nie. Zahamowanie wzrostu temperatury w dekadzie, w której spaliliśmy więcej paliw kopalnych niż kiedykolwiek wcześniej w historii, trochę zaburza prostą i pouczająca opowieść o złej cywilizacji, która przygotowuje własną zagładę.

Średnia temperatura z USA pomiedzy 1998 rokiem a 2008 rokiem spadła o 1 stopień, podczas, gdy globalna emisja dwutlenku węgla wzrosła w tym czasie o 34%.

Z drugiej strony, takie efektowne dane mają małą wartośc, bo na pewno sa rejony Ziemi, w których w tym smaym czasie temperatura wzrosła, a 10 lat, to jednak za mało, żeby oceniać procesy zachodzące przez stulecia. Co więcej  niektóre modele zmian klimatycznych przewidywały takie - chwilowe - zatrzymanie wzrostu temperatury.

3. Czy grozi nam kolejna epoka lodowcowa? Stosunkowa niezmienność klimatu jest złudzeniem wywołanym jętkowatością naszego istnienia. Były okresy, w których Grenlandia nie była może "zielona wyspą", ale przynajmniej nadawała się do osadnictwa i okresy, w których budowano karczmę na Bałtyku dla kursujących po lodzie karawan handlowych z Polski do Szwecji.

Pojawiła się nawet swego czasu klimatologiczna teoria rozwoju cywilizacji pokazująca, iż cywilizacja zachodnioeuropejska rozwijała się skokami - kwitnąc, kiedy podnosiła się temperatura i hibernując w okresach ochłodzenia. Ostatnia mała epoka lodowcowa trwała od 1350 roku do 1880 (co ciekawe, proces topnienia lodowców zaczął się już w 1750 roku i jest to ten sam proces, który obserwujemy obecnie). Być może to nie rewolucja przemysłowa wywołała ocieplenie klimatu, ale ocieplenie - rewolucję przemysłową. Ciekawsze pytanie brzmi jednak - ile dzieli nas od następnej małej (albo i większej) epoki lodowcowej? Wystarczy siegnąć po stare numery Problemów z lat 80-tych, aby przekonać się, że wielu poważnych uczonych i niepoważnych futurologów spodziewało się ochłodzenia w ciągu najbliższych 20-25 lat (czyli mniej więcej teraz).

4. Czy w tej sytuacji elektryczne samochody powinny zostać zdelegalizowane? Pytanie jest oczywiście pod publiczkę. Elektryczne samochody same w sobie nie mają ani pozytywnego ani negatywnego wpływu na emisje CO2 (bo ważne jest żródło pozyskiwania przez nich energii). GDYBY jednak groziła nam kolejna epoka lodowcowa i GDYBY rzeczywiście człowiek miał możliwość wpływania na klimat, to obywatelskim obowiązkiem byłoby zakupić dwa 4-litrowe cadillacki z wczesnych lat 70-tych i nie wyłącząć silników nawet na minutę. Oczywiście, to dwa "big if", ale lubię takie potencjalne zawieszki w Matrixie i z dziką satysfakcją oglądałbym kolejną konferencję w Kopenhadze nawołująca do budowy elektrowni węglowych i zwiększenia zużycia paliw kopalnych.

5. Czy kłamczuszki z Climatic Research Unit są złymi chłopakami? Jako naukowcy tak. Rosjanie przekazali do CRU wszystkie swoje dane z lat 1860-205 z 476 stacji pomiarowych pokrywających 20% powierzchni lądowej Ziemi. Ludzie z CRU wybrali dane ze 121 stacji, w taki sposób, aby temperatura z lat 1965-2005 była wyższa, a z lat 1860-1960 niższa od tej uzyskanej ze wszystkich stacji pomiarowych. Z drugiej strony CRU prawdopodobnie wierzy w ocieplenie klimatu i złowieszczą rolę czlowieka w tym procesie. Czy po to, żeby zatrzymać nieruchonnie - według nich - nadciągającą katastrofę na skalę globalną, nie można usprawiedliwić lekkiej "poprawy" wyników, które okażą się bardziej przekonujące dla polityków i opinii publicznej? Pokusa jest duża. Lenin nazwałby to zapewne nawet dziejową konieczością. Co jeszcze raz pokazuje, ze dobrymi chęciami piekło wybrukowane.

Ten wpis będzie miał dużo części.... 

Niedźwiedzi kandydat do Nagrody Darwina, który poruszył sumienia milionów.

piątek, 22 stycznia 2010
Tough guys wear black

Twardzi i źli. Ze względu na ograniczone zaufanie do inteligencji widzów, od pradziejów kinematografii, czarne charaktery nosiły czarne kapelusze (off topic: obecnie łatwiej ich rozpoznać po tym, że używają pecetów, zamiast apple'ów. Notabene, to jakiś hollywódzko-jobowski spisek - czy widzieliście kiedyś w kinie, żeby bad guy używał ipoda? Jeżeli w ogóle słucha muzyki, to albo z jakiegoś Sony albo ze spatynowanego gramofonu - jak Lecter).  Czarny jest postrzegany jako kolor śmierci i zła prawie w każdym zakątku świata.

Badania przeprowadzone w Stanach pokazują, iż wystarczy, aby połowa stroju hokeisty lub futbolisty (chodzi oczywiście o futbol amerykański, chociaż nie ma to akurat wielkiego znaczenia) była czarna, aby jego wygląd został uznany za "agresywny" lub "zły". To z kolei przekłada się na ocenę zachowania takich zawodników. 

Grupie profesjonalnych sędziów sportowych pokazano taśmę wideo ukazującą ten sam zespół futbolowy. Jedna grupa sędziów ogladała zespół ubrany na czarno, a druga na biało. Sędziowie oglądający "czarną" wersje uznali ją za znacznie bardziej agresywną, od tych, którzy oglądali wersję "białą". Ci pierwsi wychwycili także więcej sytuacji zasługujących na ukaranie. Wyniki tego badania zbieżne są z danymi historycznymi za ostatnie 20 lat,  które pokazują, iż w hokeju i futbolu, członkowie drużyn noszących czarne stroje karani byli częściej niż zawodnicy ubrani "mniej agresywnie". Podobne badania przeprowadzono również dla koloru czerwonego.

Najprostsza konkluzja z powyższej notki jest taka, że Gołota powinien ubierać się na różowo, co zapewne pomogłoby mu w karierze. Konkluzja w duchu politycznej poprawności ostrzegałaby nas przed uprzedzeniami wynikającymi z wyuczonych lub genetycznych nawyków przypisywania określonych cech, neutralnym z natury kolorom. Byłaby to konkluzja tyleż budująca, co fałszywa. Całe nasze życie zbudowane jest na - zwykle nieuświadomionych - założeniach. Czasami prowadzą one do całkowicie nieracjonalnych zachowań (patrz świńska grypa), bez nich jednak  nie moglibyśmy funkcjonować (gdybym codziennie sprawdzał palcem, czy woda wrze, bo osiągnęła 100 stopni, czy też nastapił gwałtowny spadek ciśnienia atmosferycznego, to prawdopodobnie miałbym później kłopoty z utrzymaniem kubka herbaty w rękach). Skoro czarny kolor postrzegany jest jako agresywny, to nie tylko przez postronnego obserwatora, ale także przez osobę tkwiącą w tym stroju. A to zapewne powoduje, iż STAJE się ona BARDZIEJ agresywna. Jeżeli zatem w ciemnej uliczce stajesz oko w oko z facetem w czerni, to uciekaj szybciej, niż gdyby ten człowiek ubrany był w pastele. Chyba, że to ksiądz. Chyba, że jesteś Nergalem. Wtedy też zwiewaj. 

            

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 29