Nie ma przypadków, są tylko znaki.
Zakładki:
Moja książka, bo sam ją napisałem.

Jak zostac milionerem w 24 godziny
Zaglądam
Locations of visitors to this page Pagerank dla www.lonegunman.blox.pl
Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
View blog authority
visited 28 states (12.4%)
Create your own visited map of The World or website vertaling duits?
wtorek, 29 września 2009
Człowiek renesansu

Tym razem, pomimo sugerującego to tytułu, nie będzie o mnie. Chciałbym wam przedstawić Edmunda Domalewskiego, prof. Veritatologii. Jego dziadkowie byli baronami i posiadali dwa duże majątki w dobrach księcia Lubomirskiego. Rodzice także byli dobrze sytuowani i poza rozległym majątkiem, mieli sklep spożywczy w Omelnym.

Sam Edmund Domalewski, pomimo braków w formalnym wykształceniu, opracował nowy system matematyczny oraz nowy system gramatyczny. Poprawił tablice Mendelejewa, skorygowal Keplera i Newtona. Odczytał poprawnie hieroglify egipskie i pismo klinowe. Poznał przedalpejską kulturę ludów i zreferował dokładne dzieje Sumerów. Ponadto opracował poprawną teorię pochodzenia życia na Ziemi i genezy Kosmosu. Swoje opracowania w liczbie 24 tomów przekazał m.in. Komisji Europejskiej w Brukseli (cytaty z laudacji zredagowanej przez pedagog Teodozję Andrzejewską).

Edmund Domalewski istnieje naprawdę (o ile ustalimy definicję "istnienia naprawdę"). a przynajmniej tak wynika z dokumentów, w których posiadanie wszedłem zgoła nieoczekiwanie. Z Googla mozna się dowiedzieć, że potomek baronów odegrał także ważną lecz tajemniczą rolę w schizmie, która dotknęła Jednotę Braci Polskich.

Edmund Domalewski nie jest po prostu niezgodny w fazie z rzeczywistością, bo takich ludzi Polsce nie brakuje, a właściwie można powiedzieć, że  stanowią oni hałaśliwą wiekszość. Jedyny profesor Veritatologii ma jednak potencjał na zostanie polskim Munchausenem. W kraju w przeważajacej cześci płaskim i szarym jak zagon ziemniaków, potrzebujemy ekscentryków, jak kania dżdżu. Na ekscentrykach zbudowana została potęga Korony Brytyjskiej. Żeby zostać normalnym krajem Polska potrzebuje więcej ekscentryków. Nie sztucznego i wykoncypowanego Palikota, ani jadącego na jednym żarcie Gracjana Roztockiego, ale prawdziwego, krwistego ekscentryka, który ze swego fotela po dziadkach bierze się za bary z Newtonem i rozgryza hieroglify, jak Wałęsa krzyżowkę.            

11:53, lonegunman
Link Komentarze (15) »
piątek, 25 września 2009
Piękni, inteligentni

Czy uważacie się za mądrzejszych, ładniejszych lub dowcipniejszych od średniej w populacji? Hm...pewnie nie, bo więcej czasu spędzalibyście w realu, zamiast sterczeć przed komputerem, lecząc swoje kompleksy anonimowością....No dobra, to było nieeleganckie, ale musiałem jakoś zacząć. 

Może jednak zacznę raz jeszcze, bez wstępów.

Większość z nas (a przynajmniej większość Amerykanów, bo to oni zostali zbadani pod tym kątem) uważa się za dary losu - posiadając cechy zapewniające społeczne uznanie i będąc prawie pozbawionymi cech generalnie uznawanych za niepożądane. Ponad 80% kierowców uważa swoje umiejętności za ponadprzeciętne, 70% studentów ocenia swoje zdolności przywódcze za wyższe od średniej, a tylko 2% za niższe od średniej (to muszą być prawdziwi looserzy, obłożeni klątwą realistycznego spojrzenia na rzeczywistość). Wszyscy badani studenci (a badanie objęło okrągły milion) uznali, że są świetni w kontaktach międzyludzkich, 60% z nich umiejscowiło się w górnej 10%, a 25% w górnym 1% towarzyskich championów. Oczywiście moznaby mieć nadzieję, że życie już wkrótce zweryfikuje ich samocenę, gdyby nie inne badania pokazujące, że 94% profesorów zatrudnionych na uniwersytetach amerykańskich uważa się za lepszych w pracy od swoich kolegów.

Fenomenem, który od lat intryguje socjologów, jest fakt, iż - zarówno w Ameryce, jak i Polsce - oceny  przyszłości świata, czy też kraju sa znacznie bardziej pesymistyczne, niż oceny własnej przyszłości. Wierzymy także, że z większym prawdopodobieństwem będziemy zarabiali więcej od naszych współobywateli, ale z mniejszym - rozwiedziemy się lub zachorujemy na raka.

Jesteśmy potomkami ludzi, którzy dzięki swojemu nieuzasadnionemu optymizmowi wyparli prawie całkowicie z populacji osobniki zdroworozsądkowe i trzeźwo patrzące na światy.

O czym także w nastepnych odcinkach....           

14:35, lonegunman
Link Komentarze (8) »
środa, 23 września 2009
Z poradnika Adama Słodowego

Zapewne wiekszość z Was, młodzi telewidzowie, marzyła kiedyś o posiadaniu superwypasionej łodzi motorowej. W dzisiejszym odcinku postaramy się spełnić to marzenie. W tym celu potrzebne nam będzie: 20cm przylepca, model łodzi motorowej produkcji chińskiej, prosta kamera cyfrowa (można w tym celu wykorzystać np. telefon żony), 5 baterii tzw. paluszków oraz syn lat 4. Syn posłuży nam do usprawiedliwienia pozostałych zakupów oraz wytłumaczenia tajemniczego zniknięcia telefonu. Baterie wkładamy do nadajnika kierującego ruchem łodzi, a  wspomniany wyżej telefon mocujemy przylepcem do modelu łodzi. Następnie włączamy funkcje nagrywania wideo w  telefonie. Po odzyskaniu i osuszeniu telefonu, nagranie umieszczamy na popularnym serwisie internetowym youtube. Biorąc pod uwagę słabą jakość nagrania, możemy bez obaw o dekonspirację podpisać je jako Wspomnienia z wakacji nad Morzem Czarnym. W następnym odcinku zademonstruję w jaki sposób spełnić marzenie o zostaniu Robertem Kubicą oraz o udziale w katastrofie lotniczej.

22:29, lonegunman
Link Komentarze (6) »
piątek, 18 września 2009
Aleja Ofiar Kaczyńskich

Oj, długo Dziennik będzie przepraszał Prezydenta, dłuuuugo..... 

08:53, lonegunman
Link Komentarze (5) »
czwartek, 17 września 2009
Fangs

Nikt nie oglada True Blood? Naprawdę? Moglibyśmy wspólnie ponarzekać na II sezon i stwierdzić, że Anna Paquin to może i dobrze grała, ale jak miała 11 lat, czyli jednym zdaniem poprowadzić przez chwilę small talk, tak skutecznie zastępujący iskanie w budowie społecznych więzi.

True Blood poza byciem tysiącdwusetnym serialem/filmem o wampirach lansuje również napój pomarańczowy o nazwie Tru Blood, sprzedawany (w realu) przez pewną firmę specjalizującą się we wprowadzaniu na rynek marek, które pojawiają się w filmach. Firma ta nazywa się Omni Consumer Products, czyli tak jak pewna diaboliczny korporacja marząca o władzy nad światem, a przynajmniej nad Detroit, w "Robocopie". Tylko mnie wydaje się to przezabawne i interesujące? Tak?...Chyba muszę popracować nad odbudową więzi społecznych w realnym świecie*.


*Co gorsze, mam przeczucie, że tylko ja pamiętam jeszcze Robocopa.

czwartek, 10 września 2009
Człowiek musi sobie polatać

Znaki, znaki...ale skąd mamy wiedzieć co one znaczą? Na polatanie szybowcem wybierałem się już w sierpniu, a dokładniej w drugiej połowie sierpnia, to znaczy w ostatnią sobotę sierpnia. A w piątek rozbił się na Bemowie szybowiec z pilotem i instruktorem. Ale jestem Wulkaninem, kieruję się chłodną logiką a nie emocjami. W czasie nalotu najbezpieczniej jest w leju po bombie, a katastrofy lotnicze nie występują w seriach. W sobotę jednak nie polatałem z powodu zamknięcia przestrzeni powietrznej w związku z pokazami lotniczymi w Radomiu. Pokazami zakończonymi nagłym wzrostem entropii w samolocie Su-27. W następnym weekend, nieco jednak zaburzony emocjonalnie, stawiłem się na lotnisku. W końcu jednak katastrofy lotnicze nie występują w tak długich seriach, prawda? Prawda.

Zawsze dziwiło mnie, dlaczego przy wypadkach szybowcowych ludzie nie ratują się skokiem ze spadochronem. Wiekszość rzeczy dzieje sie jednak tak nisko nad ziemią, że oglądasz ją od spodu zanim jeszcze pomyślisz: O, katastrofa. Co ma swoje dobre strony. Nie musisz się przejmować całą ta plataniną  linek, rączek i zapięć.       

W skali kopa adrenalinowego - skakaniu ze spadochronem przyznałbym jakieś 5 punktów, a szybowcowi 8 (przy czym 10 to skok do basenu z rekinami lub wyprawa do Harlemu z napisem "OJ Simpson did it"). Podczas skoku jesteś tylko ty, szybko zbliżająca się ziemia, no i facet przyczepiony do twoich pleców. W szybowcu jest zgrzytający laminat i narastająca klaustrofobia. Kiedy szybowiec nurkuje  nosem w ziemię, odruchowo zapierasz się nogami, z pełną świadomością, że jeżeli pilot go nie wyprostuje, to za kilka sekund będziesz miał pięty powyżej brwi. Ciążenie zwiększa się do 4 g, dzięki czemu masz wrażenie, że twoje uszy po raz pierwszy w życiu się spotkają.  Na szczęście siła odśrodkowa utrzymuje obiad w dolnych partiach żołądka. Przynajmniej dopóki nie wylądujesz.

Czyli generalnie gorąco polecam.

czwartek, 03 września 2009
Did you spot the gorilla?

Nieoczekiwanie natknąłem się na notkę, którą zamierzałem kiedyś zamieścić na blogu, ale wydała mi się na tyle słaba, że z niej zrezygnowałem. No, ale i tak nie mam niczego lepszego pod reką, więc postanowiłem ją puścić, tym bardziej, ze nawiązuje ona do filmików, które pokazywałem w tym miejscu jakiś czas temu, a nigdy nie wyjaśniłem o co właściwie chodzi.   

Klipy, które widać pod linkiem, w nieco innej formie (zamiast człowieka-misia, występował w nich człowiek-goryl)  zrobiły furorę wśród psychologów badających postrzeganie u człowieka. A nawet większa zrobiły wśród różnej maści life-coach'erów. Jeżeli bowiem nie zauważyłeś goryla na filmie, to może nie zauważasz mijających cię w pędzie możliwości? Miliony ludzi zajmowały się odrywaniem rzepów z ubrania, a tylko jeden wpadł na pomysł opatentowania zapięcia, które zlikwidowało traumę powstająca u trzylatków na tle problemów z zawiązywaniem butów.  Miliony ludzi uprawiały przez pokolenia seks, aż ktoś wpadł na pomysł,  że  właściwie Internet jest ciekawszy. Itd., itd. Patrzymy a nie widzimy, jak mówi Pismo. Gdybyśmy tylko posiedli tę umiejętność, otworzyłyby się przed nami bramy percepcji prowadzące do szczęścia, bogactwa i  lepszego pożycia.

Co ciekawe, problem postrzegania jest tyleż psychologiczny, co fizjologiczny.  Mózg nie byłby w stanie przetwarzać gigabajtów informacji docierających do nas poprzez zmysł wzroku. Stosuje  tysiące sprytnych sztuczek ułatwiających wyłapywanie tych informacji, które w wyniku ewolucji uznał za istotne. Reaguje na szybki ruch na skraju pola widzenia, ale nie jest w stanie dokładniej określić co się poruszyło. Nieco bardziej przerażający jest fakt, iż selekcja informacji zaczyna się już na poziomie siatkówki.   Liczba receptorów w oku jest znacznie większa niż liczba neuronów dostarczających informacje do mózgu. Siatkówka nie jest inteligentniejsza od średnio rozgarniętej dżdżownicy, takiej z której naśmiewają się nawet inne dżdżownice, ale  decyduje o tym, co widzimy.  Obraz, który dociera do mózgu jest odwrócony do góry nogami  i pełen szczegółów, które mózg musi usunąć. Pomyślcie np. kiedy ostatnio widzieliście swój nos? A z dużym prawdopodobieństwem nadal tkwi on na waszej twarzy zasłaniając sporą część pola widzenia. Po prostu mózg uznaje, że skoro nos nie zmienia położenia, można go po prostu wyeliminować.    

Sprawa z nosem jest dosyć oczywista i nie każdy ma potrzebę jego nieustannego oglądania. Złudzenia optyczne wywołują już jednak głębszy niepokój, bo pokazuja, że zmysł, na którym najbardziej polegamy-wzrok, może okazać się bardzo zawodny i to w nieoczekiwany sposób, np. pod wpływem sugestii.

Spójrzcie na powyższy obrazek z odległości ok. pół metra. Chciałbym, żebyście zobaczyli na nim Alberta Eisteina. A teraz odsuńcie się od monitora na 2,5-3 metry. Jezeli, w odróżnieniu ode mnie, z tej odległości widziecie jeszcze monitor i ten mały obrazek na nim - chciałbym, abyście pod wpływem mojej sugestii hipnotycznej, zobaczyli Marylin Monroe. Adin, dwa, tri...I co, ulegliście potędze mojego umysłu?