Nie ma przypadków, są tylko znaki.
Zakładki:
Moja książka, bo sam ją napisałem.

Jak zostac milionerem w 24 godziny
Zaglądam
Locations of visitors to this page Pagerank dla www.lonegunman.blox.pl
Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
View blog authority
visited 28 states (12.4%)
Create your own visited map of The World or website vertaling duits?
poniedziałek, 29 września 2008
Rzeź niewiniątek

Nieoceniony przyjaciel prawdziwego mężczyzny, który nie boi się obudzić w sobie dziecka, kobiety, a czasami nawet Rasputina, czyli magazyn "Logo" zmieścił niedawno informacje o nowych, designerskich setach klockow Lego (tunningowanych przez niezależne firmy typu "Brick testament" czy "Brickarms"). Kilka z nich naprawdę ujęło mnie swoim ujęciem tematu. Spójrzcie na kwadratowe plamy krwii w "Rzezi niewiniątek". Coś takiego widziałem ostatnio w Duke Nukemie po strzale z shotguna w świniostwora. Kolejne obrazki to: "Chrystus chodzący po wodzie" i "Bush w piekle". W tej konkurencji my, Polacy nie gęsi lecz swój set mamy i nawet udało nam się  go wypromować jako dzieło sztuki (ostatni obrazek).  

ps. Zanim wrócimy do nudnych, pseudonaukowych rozważań poświęconych nieracjonalnym decyzjom, ogłaszam mały konkurs bez nagród na tytuł następnego wpisu. Ponieważ nie znam się na niczym szczególnie, więc mogę generalnie pisać na dowolny temat, bez ograniczającego wyobraźnię skażenia jego znajomością.

czwartek, 25 września 2008
W poszukiwaniu straconego krachu

Zastanawia mnie brak w mediach zdjęć z Ameryki z żebrzącymi dziećmi, ponurymi robotnikami w kaszkietach podróżujących w starych pick-upach w poszukiwaniu pracy i graczy giełdowych wyskakujących masowo z drapaczy chmur w rytm piosenki „It’s raining men”. W jakiś sposób ten kryzys jest różny od wszystkich poprzednich. Po pierwsze, trudno znaleźć ofiary kryzysu. Po zastanowieniu wychodzi na to, że głównymi poszkodowanymi są Chińczycy, trzymający znaczną część swoich rezerw dewizowych w dolarze, który prawdopodobnie spadnie w najbliższych miesiącach (chociaż tego też nie jestem pewien).

Za wywołanie kryzysu ponoszą odpowiedzialność żądni zysku bankierzy inwestycyjni (a czego mielibybyć żądni – orzeszków?), co skończyło się dla nich zwolnieniami i – z drugiej strony-wielomilionowymi odprawami lub realizacją opcji na akcje, na pocieszenie. Zamiast powiedzmy 100 milionów zarobili 10, ale trudno twierdzić, że grozi im z tego powodu śmierć głodowa.

Do uzyskania kredytu hipotecznego w Stanach wystarczał do niedawna dochód uzyskiwany z wyłuskiwania monet z wózków sklepowych. Wbrew jednak powszechnie panującej opinii, wzięcie kredytu nie było wymuszane groźbą powrotu niewolnictwa. Bezrobotny wuj Tom siedzący na progu swojej przyczepy kempingowej i grający rzewne piosenki na banjo mógł dzięki taniemu kredytowi kupić sobie w końcu chatę i przenieść się na werandę. Wątpię, aby upadek  Lehman Brothers w jakikolwiek sposób dotknął go osobiście.  Podobnie zresztą jak spadek wartości kupionej nieruchomości lub podwyższenie kosztów kredytu. W najgorszym razie wrócił wraz z banjo do przyczepy. Zgodnie z konstytucyjnym prawem USA, dłużnik nie mogący spłacać kredytu hipotecznego po prostu zostawia swój dom bankowi i odchodzi. Oczywiście nie każdy dysponuje miejscem w trailer parku. Wbrew intuicji liczba bezdomnych w Stanach jednak spada, a nie rośnie. Po pęknięciu bańki spekulacyjnej, ceny nieruchomości spadły do poziomu dostępności dla różnego rodzaju organizacji zwalczających bezdomność.

Trzeba także pamiętać, że banki inwestycyjne – główni bad guys obecnego kryzysu – wpakowały w rynek miliardy dolarów kredytu (w postaci różnego rodzaju derywatyw, w których na koniec nikt już nie mógł się połapać) i odsuwając na kilka lat widmo spowolnienia gospodarczego w Stanach. Oczywiście, to spowolnienie w końcu nadejdzie, a Stany jeszcze bardziej się zadłużą, ale dzięki taniemu dolarowi być może nie wpadną w recesję. Giełdy światowe stały się chudsze o kilka miliardów dolarów, ale to akurat wyjdzie im tylko na zdrowie. W perspektywie historycznej, obecny kryzys – jak do tej pory – był jednym z łagodniejszych i trudno go porównywać nie tylko z Wielkim Krachem (spadek kapitalizacji giełdy nowojorskiej o 98%), ale i z końcem bańki internetowej (-51%). Najbardziej oberwało się giełdom na obrzeżach świata finansowego – takim jak giełda warszawska. Wzrosty na giełdzie podczas ostatniej hossy znacznie jednak wyprzedziły tempo wzrostu gospodarczego. Obecnie wyceny wróciły tylko do swojego „zdrowego” poziomu. Co ważniejsze, o ile przewidywanie gdzie znajdą się indeksy giełdowe za 2 miesiące nie ma sensu, o tyle z 90% procentowa pewnością można powiedzieć, że za dwa lata będą stały wyżej niż obecnie (10% zostawiam na wariant ostatecznego krachu systemu kapitalistycznego i triumf komunizmu  pod wodzą zmartwychwstałego Kim Ir Sena, kiedy to paznokcie będą cennym źródłem białka. Ale o tym już kiedyś pisałem).

     

Ponieważ generalnie znam się na wszystkim, chciałem dzisiaj zabrać głos w temacie światowego kryzysu finansowego, ale następny wpis będzie już normalny.

środa, 24 września 2008
Czy jesteś racjonalny, konsumencie?

...Czasami konsumenci zachowują się racjonalnie w kategoriach ekonomicznych, czasami działają według swojej „wewnętrznej” racjonalności, czasami zachowują się zupełnie nieracjonalnie, nawet według własnych kryteriów. Nie istnieje idealny „racjonalny konsument”, tak samo jak nie istnieje idealnie „nieracjonalny konsument”. Zazwyczaj, w zależności od nastroju, pogody, plam na Słońcu, doświadczenia, wychowania, cech osobniczych i tysiąca innych czynników, zachowujemy się w sposób, który spodobałby się ekonomistom lub, taki, który przyprawiłby ich o ból głowy. Co gorsze, racjonalność w rozumieniu ekonomii różni się od tego co sami uważamy za racjonalne. W dodatku, ekonomia nie zajmuje się pojedynczym konsumentem, ale pewnym statystycznym, „uśrednionym” konsumentem -  wypadkową decyzji tysięcy lub milionów indywidualnych konsumentów. Dodajmy do tego stale zmieniające się otoczenie, w którym aż roi się od samowzmacniających lub samowygaszających pętli, a łatwo nam będzie zrozumieć dlaczego ekonomia nadal boryka się z pytaniem, czy w ogóle jest nauką.

Problem z racjonalnym konsumentem ilustruje klasyczny już test zakupowy. Powiedzmy, że masz do kupienia czajnik elektryczny. W Twoim lokalnym sklepie kosztuje on  50 złotych. W gazetce reklamowej elektronicznego hipermarketu, który znajduje się na drugim końcu miasta znajdujesz informację, iż ten sam czajnik kosztuje jedynie 25 złotych. Czy jesteś gotów pojechać po niego (załóżmy dodatkowo, iż koszt podróży jest zerowy, jedyne co tracisz to Twój czas)? Większość respondentów odpowiada, że tak.  Zamieńmy teraz czajnik na telewizor za 5000 złotych. W hipermarkecie jest on tańszy o 25 złotych. Czy nadal jesteś gotowy po niego pojechać? Dla większości respondentów, w takiej sytuacji potencjalny zysk nie jest wart wyprawy na drugi kraniec miasta. Co się stało? W obu przypadkach mieliśmy do zarobienia taka samą kwotę – 25 złotych. Racjonalny – w ujęciu ekonomistów - konsument powinien pofatygować się po nie w obu przypadkach.

Kiedy opowiadam ten przykład, zazwyczaj muszę go powtórzyć dwa razy. Dla moich słuchaczy próba uzyskania korzyści w wysokości 25 złotych przy zakupie za 5 tysięcy, jest całkowicie niezrozumiała. Gros z nich błyskawicznie znajduje wiele uzasadnień swojego wyboru. Mimo, iż każde z tych tłumaczeń wzbudza wątpliwości ekonomistów – 25 złotych to w każdym wypadku 25 złotych! – postępowanie konsumentów nie jest w tym przypadku racjonalne ekonomicznie lecz wynika z wbudowanych w naszą strukturę psychiczną, a zapewne także biologiczną, zasad sprawiedliwości i relatywnej korzyści.

Zasadę sprawiedliwości ilustruje kolejny eksperyment, w którym jeden z uczestników ma zaproponować drugiemu sposób podziału stu dolarów. Jeżeli obie strony uzgodnią i zaakceptują zasady tego podziału, pieniądze staną się ich własnością. Oczywiście, pierwszemu uczestnikowi zależy na tym, aby oddać jak najmniej, a drugiemu aby uzyskać jak najwięcej. Naczelną reguła jest jednak to, iż odrzucenie oferty powoduje stratę u obu stron transakcji.  W teorii zatem, każda oferta powinna zostać przyjęta. W praktyce jednak większość transakcji, w których pierwszy uczestnik oferuje mniej niż 20 dolarów drugiej stronie, jest odrzucanych. Drugi uczestnik woli stracić wszystko, niż zgodzić się na transakcję, w której czułby się wykorzystany.

Obserwacje pokazują także,  iż w życiu zwykle kierujemy się raczej relatywnymi niż absolutnymi różnicami. Wydaje nam się, iż różnica pomiędzy 1 a 2 jest większa niż pomiędzy 101 a 102. Relatywne postrzeganie wartości wpływa – jak się wydaje – także na nasze postrzeganie czasu. Z wiekiem zaczynamy przekonywać się, iż nasz subiektywny czas płynie coraz szybciej. Jednym z wytłumaczeń tego zjawiska jest fakt, iż pomiędzy, powiedzmy 7 a 14 rokiem, długość naszego zwiększyła się dwukrotnie, pomiędzy 14 a 21 już tylko o 1/3. W wieku 10 lat jeden rok to 1/10 naszego życia. W wieku 40 lat, to już tylko 1/40. W przykładzie z naszym czajnikiem 100% „dodatkowy” zysk sprzedawcy (25 złotych doliczone do 25 złotych wartości czajnika) wydaje nam się niesprawiedliwe, podczas, gdy ze spokojem akceptujemy 0,5% „dodatkowy” zysk sprzedawcy w przypadku telewizora kosztującego 5000 złotych. Problem pojawia się w chwili, gdy druga strona zaczyna wykorzystywać nasz sposób kalkulacji dla własnej korzyści...            

ps. Nadszedł czas mordowania Was kolejną książką w odcinkach. Nie bedzie to ani zabawne ani lekkie, ale życie wymaga czasami poświęceń.  

niedziela, 21 września 2008
Co słonko widziało

Dzieciństwo spędziłem jedząc wyroby czekoladopodobne z brukwi popijane octem, kontakt z kulturą zachodnią mając jedynie poprzez ten sam, puszczany co roku na Sylwestra western z Johnem Waynem (dlatego teraz identyfikuję się z postacią Kaznodziei). Moim marzeniem było wówczas mieć nieograniczony dostęp do amerykańskich komiksów oraz filmów powstałych na podstawie tychże komiksow. Gdybym wiedział, że marzenia z dzieciństwa tak łatwo się spełniają, z pewnością marzyłbym o czymś ambitniejszym. Na przykład o kucyku. A tak, siedzę czytając najnowszy zeszyt Hellboya (a właściwie dwa zeszyty-o czym za moment) i wspominając "Złotą Armię" (God bless you, Axxo), czyli drugą część Hellboya filmowego. To trochą obciach wyjaśniać kim jest Hellboy, ale na niniejszy blog, jak wiemy, mogą zaglądać także dzieci. Hellboy zatem, jak sama nazwa wskazuje, jest demonem wezwanym na polecenie faszystów przez Rasputina (tego samego) w celu wywołania Ragnaroku (tego samego). Coś idzie nie tak i Hellboy ląduje po niewłasciwej stronie mocy (tzn. jasnej). Trochę tak jakby w dalszym ciagu "Rosemary's baby", Mia Farrow  kołysankami zrobiła ostatecznie brainwash małemu szatankowi i wychowała go na porządnego człowieka. Albo kupujesz tę historyjkę albo wróć do lektury "Nad Niemnem".

Hellboya filmowego gra Ron Perlman, czyli niezapomniany Grzygzzz z "Walki o ogień" (naprawdę w filmie nazywał się jakoś inaczej, ale to ten co dostał kamieniem w głowę, dzięki czemu ludzie odkryli komedię slapstickową. Jeżeli nadal nie kojarzycie, było to niedługo przed sceną, w której czlowiek zerwał z opresyjną tradycją pozycji misjonarskiej). Perlman jest absolutnie tip-topowym Hellboyem, niewymagającym przesadnej charakteryzacji. I to jest plus pozytywny filmu. Plusem negatywnym jest Guillermo de Toro na stołku reżyserskim. De Toro zdobył uznanie lewicowego establishmentu faszystowskim filmem "Labirynt Fauna". "Labirynt" jest faszystowski w takim znaczeniu w jakim były nimi filmy Eisensteina lub Leni Riefenstahl. Wszyscy oni robili dobre technicznie, kłamliwe filmy. Jestem pewien, że będą się smażyć w jednym kotle. De Toro pokazuje frankistów zabijających z zimną krwią małe, smutne dziewczynki oraz republikanów,  żyjących na łonie natury i starającyvh się nie deptać ściółki leśnej. Prawda jest jednak taka, że obie strony z równym zapałem mordowały małe, smutne dziewczynki. "Labirynt" jest zatem tak samo wiarygodny jak film o dobrych Rosjanach wkraczających do Polski, po to, by uchronić ją przed Niemcami.

No więc, wracając do głownego wątku, "Złota armia" jest słaba. I to pomimo Perlmana.             

Nowy komiks ("Prawie kolos") trzyma poziom, bo wraca w nim jedna z moich ulubionych postaci, czyli Baba Jaga (ta sama). Na fali franchisingu pokazał się w Polsce także inny komiks o Hellboyu (Hellboy Animated) będący skomiksowanym filmem rysunkowym (napiszę to wolniej, żebyście dobrze zrozumieli - na podstawie komiksu nakręcono film rysunkowy dla dzieci, z którego zrobiono komiks). Bez rysunków Mignoli jest to "Jonek, Jonka i Kleks spotykaja Borostwora", czyli nic, czego znajomością można zabłynąć na uroczystości wręczenia Nike, z jedną jednakowoż ciekawostką. W jednym z epizodów Hellboy przybywa do Polski, aby spotkać się z Twardowskim i jego wielkim kogutem. W następnym tomie zapewne spotka się z Wiedźminem.  

ps.  "Polska dzięki wojnie domowej w Hiszpanii, sprzedała duże ilości sprzętu wojskowego obu stronom (Republice za około 213 mln zł a frankistom za 13 mln zł" (Wiki).

psps. Czy myślicie, ze Guns of Brixton to przeróbka Broniewskiego? ("When they kick out your front door" - "Kiedy pod drzwiami staną, i nocą kolbami w drzwi załomocą"). 

wtorek, 16 września 2008
Tylko zdjęcie

Ponieważ dzisiaj milczę, więc będzie tylko reklama strony Chrum.com. Nawet Wiśniewski chodzi w ich T-shirtach.

  

środa, 10 września 2008
Klapsy poprawiają krążenie

Na mojej wsi pojawiły się bilboardy z napisem "Kocham - nie biję"(dzieci). Już pominę złośliwą i nie na temat uwagę, iż hasło kojarzy mi się z tym lansowanym kilka lat temu przez Sławka Starostę: "Kochaj, nie zabijaj". Nas tutaj, na wsi bardziej mierzi fakt, iż wszyscy ludzie na plakatach wygladają na mieszkańców Ursynowa, a nawet konkretniej Kabat, posiadaczy mieszkań urządzonych w stylu minimalistycznym i Suv-a , ale o małej pojemności silnika, żeby nie zatruwać srodowiska (bo i w rzeczy samej są to różnego rodzaju celebryci). 

W świecie przedstawionym na plakatach kochający ojciec wykonuje społecznie użyteczny zawód aktora lub pracuje jako dziennikarz we wpływowej gazecie albo w najgorszym razie tygodniku, może nawet zna osobiście red. Maleszkę. Kochająca matka jest popularną aktorką albo ewentualnie zajmuje odpowiedzialne stanowisko w koncernie farmaceutycznym. Oboje są przekonani, że poza ulicą Czerską, a najdalej za rogatkami Warszawy rozciagają się dzikie pola zamieszkane przez wąsatych Polaków, żyjących z zapomóg z Unii i tłukących dzieci butelkami po winie Arizona. Oboje zdają sobie sprawę z brzemienia białego człowieka, którego misja jest szerzenie cywilizacji pośród zdegenerowanych hord słuchaczy Radia Maryja i dlatego z radością wzięli udział w tej sesji fotograficznej, własnym przykładem świecąc prosto w oczy ciemnogrodowi.

Goraco popieram akcje społeczne, w których elity radośnie się kompromitują, próbując oświecać naród bez skrępowania  własnym stereotypizmem, ksenofobią i brakiem wyobraźni.

ps. Gdybym się niejasno wyrażał, to teraz nastąpi eksplikacja: na bilbordach nie ma górników, rolników, stoczniowców ani traktorzystów, z czego ergo wynika, że te grupy nie kochają swoich dzieci i dlatego je biją. Jedyna grupa, która nie bije dzieci, bo je kocha, jest warszawska inteligencja pracująca. Tak samo jak wszyscy Żydzi kochają pieniądze, Murzyni koszykówkę, a Tatarzy nabijanie głów na piki.    

psps. Dzisiaj rusza kolider hadronowy, więc korzystając z okazji chciałbym się na wszelki wypadek pożegnać.

pspsps.A tutaj coś dla moich najbardziej zagorzałych fanów: recenzja.        

niedziela, 07 września 2008
Pamiętajcie o Grunwaldzie

Czy myśleliście ostatnio o Grunwaldzie? Prawdziwe starcie cywilizacji. Po jednej stronie zjednoczone siły europejskiej, kwiat rycerstwa z Niemiec, Szwajcarii i Inflant, broniące przedmurza chrześcijaństwa, z drugiej Armia Mordoru - niewierni, uciekinierzy ze Złotej Ordy (Tatarzy), poganie (albo prawie poganie) z Litwy, heretycy z Rusi, krewni Vlada Palownika (Wołosi), pewnie nawet kilku orków. Porządek i postęp (krzyżacka artyleria polowa) kontra barbarzyńcy okryci skórami zwierząt.  Tak, zdecydowanie powinniśmy pamiętać o Grunwaldzie. Wtedy po raz ostatni skopaliśmy tyłek Europie. 

Jedno z niewielu zachowanych zdjęć Zyndrama z Maszkowic. Tutaj w wieku 3 i pół roku.

ps1. Po moim wywodzie na temat średniowiecznych strategii militarnych, Junior po dłuższym zastanowieniu zapytał: A kto liczył punkty?

wtorek, 02 września 2008
Konwersacja w stylu kolonialnym

Zabijając czas na lotnisku Gatwick wchodzę do sklepu z elektroniką obejrzeć aparaty fotograficzne, na które mnie nie stać. Podchodzi do mnie miła pani zagadywaczka, pytając, czy może mi w czymś pomóc. Przez chwilę próbuję sobie przypomnieć, jakiego bon-motu użyłby w takiej sytuacji Bond, po czym, w przypływie desperacji pytam: czy ten aparat nagrywa filmy w high definition (wiem, że nagrywa, bo już dawno sprawdziłem, ale kulturalnie byłoby o czymś trzeba porozmawiać, nie?)? Pani przez chwile patrzy na mnie w zadumie, jak na dużą jaszczurkę przybyłą gdzieś z rubieży cywilizacji sąsiadujących bezpośrednio z krainą psiogłowców, po czym bardzooooo woooolno i wyraźnie roz-dzie-la-jąc sy-la-by mówi: TO JEST APARAT FOTOGRAFICZNY i, kręcąc wyimaginowaną korbką w powietrzu, dodaje: DO KRĘCENIA FILMÓW UŻYWA SIĘ KAMER FILMOWYCH.

cdn.