Nie ma przypadków, są tylko znaki.
Zakładki:
Moja książka, bo sam ją napisałem.

Jak zostac milionerem w 24 godziny
Zaglądam
Locations of visitors to this page Pagerank dla www.lonegunman.blox.pl
Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
View blog authority
visited 28 states (12.4%)
Create your own visited map of The World or website vertaling duits?
wtorek, 29 czerwca 2010
Dlaczego zagłosuję na Jarka

Tak sobie kalkuluję i kalkuluję, i za każdym razem wychodzi mi, że w niedzielę muszę zagłosować na Polskę solidarną, a nie liberalną. Nie tylko dlatego, że Polska jest najważniejsza. Przede wszystkim dlatego, że jest to jedyny sposób na pozbycie się PISu ze sceny politycznej.

Wygrana Komorowskiego oznacza PO z pełną odpowiedzialnością, ale sparaliżowaną strachem przed wyborami parlamentarnymi. Cokolwiek Platforma zrobi, z dużym prawdopodobieństwem doprowadzi to do wygranej PISu i ustanowienia...pardon moi...narodowo-socjalistycznej koalicji z SLD. 

Z kolei Kaczynski jako prezydent, to następny rozdział wojny na górze, nieustanne awantury podsycane przez obie strony i generalnie dryfowanie państwa, na czym, jak do tej pory, najlepiej wychodziliśmy. Im bardziej politycy i media są zajęte własnymi sprawami, tym większe szanse na spokojny rozwój kraju. Pewnie przydałaby się jakaś reforma finansów publicznych, ale Tusk i Komorowski, z oddechem opozycji na karku, raczej jej nie przeprowadzą. Natomiast przekroczenie 55% długu w stosunku do PKB, automatycznie uruchomi mechanizmy oszczędnościowe o skali, na jaką nie poważyłby się żaden polityk. Będzie ostro, ale krócej.

Jarosław Kaczyński w pałacu prezydenckim, to także osierocony PIS, wewnętrzne konflikty, Poncyliusz wieszający Kamińskiego za trzecie Ziobro i spadające notowania. Trzeba tylko pilnować, żeby prezydent nie latał samolotem.     

Rzecz jasna, zwolennicy PISu powinni w niedzielę głosować na Komorowskiego.

A film bez związku, ale śmieszny.

piątek, 25 czerwca 2010
Ciacho

Obejrzałem wczoraj polską komedię pt. "Ciacho". W piątej minucie filmu spróbowałem zadławić się własnym językiem, żeby tylko przerwać ten koszmar.  Film był taką otchłanią głupoty, że przez moment rozważałem wyrzeczenie się polskiego obywatelstwa. W ten sposób nikt nie mógłby mi zarzucić, że reżyser tej szmiry, ani jej widzowie (prawie 1 milion ludzi, pewnie wyborcy Napieralskiego), są moimi rodakami. Film był tak przerażająco zły, że prawdopodobnie został wyprodukowany przez podziemie szatanistyczne i zapowiada nadejście Antychrysta. Jedyną rzeczą powstrzymującą mnie przed wyłączeniem telewizora  była ciekawość, czy któryś z występujących w tej kupie łajna aktorów (Stenka, Kot, Karolak, Kononowicz), popełni w końcu harakiri ze wstydu. 

Okazało się jednak -na szczęście - że "Ciacho" jest tylko dwugodzinną reklamą, awangardowym wykorzystaniem product placementu, w którym coś na kształt fabuły służy wypełnieniu dziury pomiędzy kolejnymi wejściami głównego bohatera, czyli firmy Global FX. Global FX jest platformą tradingową służącą głównie do handlu walutami. Dzięki spekulacjom na Globalu, jedna z głównych bohaterek jest milionerką, którą stać na kupno mężowi elektrycznego samochodu (kolejny product placement, na mniejsza skalę, ale za to ze szczegółową instrukcją obsługi). Reklama jest nachalna, głupia, bezczelna i chętniej wszedłbym po niej w kontakt z Bezpieczną Kasą Grobelnego niż z Global FX, ale przynajmniej tłumaczy dlaczego ten film w ogóle musiał powstać.  

Reżyser tego gniota, który o kilka długości pobił poprzedni rekord durnoty polskiego filmu dzierżony przez "Dlaczego nie?",  jest równocześnie właścicielem firmy producenckiej East Pictures obecnej na New Connect. Przez chwile zastanawiałem się nawet nad zakupem jej akcji, ale obecnie uważam, że mniejszym obciachem byłoby zostanie akcjonariuszem firmy zajmującej się zbieraniem psich kup.             

14:26, lonegunman
Link Komentarze (15) »
czwartek, 24 czerwca 2010
Bardzo bliskie spotkania III stopnia

W jednym z poprzednich wpisów w barbarzyńsko prostacki sposób przedstawiłem bryk z pomysłów Benjamina Libeta. Nie mam jednak wyrzutów sumienia z powodu zawartych tam uproszczeń i przeinaczeń. Sam Libet pisał w dosyć zawikłany sposób, przez co część jego krytyków oskarżała go nawet o wiarę w zdolność świadomości do podróży w czasie w celu dopasowania się do decyzji podjętych nieświadomie. W rzeczywistości Libet niczego takiego nie twierdził, ale byłoby to całkiem odjazdowe.

Prowadzone przez Libeta doświadczenia zostały ostatnio powtórzone i wzbudziły kolejną dyskusję nad złudzeniem wolnej woli, która jednak w Polsce została szybko przykryta przez rozważania o tym, że jak pada, to wody w rzekach przybywa.  

Sam Libet twierdził, że co prawda "free will" może być złudzeniem, ale istnieje za to "free will not", co byłoby dowodem na jego poczucie humoru, gdyby nie fakt, że autorem tego bon-motu musiała być oczywiście jego podświadomość. "Free won't" oznacza, że decyzje podejmowane są na poziomie nieświadomym, ale świadomość może je ewentualnie zablokować.

Pomysł, że znaczną część codziennych decyzji podejmujemy nieświadomie nie jest specjalnie odkrywczy. Sam zazwyczaj jadę do pracy na autopilocie, budząc się przed komputerem i nie pamiętając nawet, czy kogoś tego dnia rozjechałem. Trudniejsza do przełknięcia jest koncepcja, według której wszystkie lub prawie wszystkie nasze decyzje podejmowane są na poziomie nieświadomym, a świadomość jest w nieustanny sposób oszukiwana, że ma coś do powiedzenia w tej sprawie. Co jednak dzieje się w momencie, gdy mechanizm samooszukiwania sie świadomości (wiara, że to JA jestem szefem) zaczyna szwankować? Prowadzi to nas do innego ciekawego pytania: dlaczego ludzie mogą nagle uwierzyć, iż są sterowani przez UFO, KGB, Mossad, sąsiada spod trójki, Illuminati lub samego Antychrysta? Oprócz dosyć prawdopodobnego wytłumaczenia, iż rzeczywiście istnieje globalny spisek, dzięki któremu niewinni ludzie stają się marionetkami tajnych stowarzyszeń, można podać także inne. W schizofrenii paranoidalnej dochodzi do zaburzeń mechanizmu oszukiwania świadomości. Ludzie dotknięci tym zaburzeniem stwierdzają, iż idą gdzieś lub robią coś, o czym świadomie nie decydowali. Ponieważ myśl o tym, że do tej pory żyli w fałszywym przekonaniu o samodecydowaniu o własnym życiu (bo mózg jest tak zbudowany, aby dawać świadomości złudzenie podejmowania decyzji) jest trudna do zaakceptowania. Łatwiej i w pewien sposob bardziej logicznie jest przyjąć, iż to ktoś lub coś z zewnątrz przejęło kontrolę nad naszym ciałem. Tak naprawdę jednak obcy, podejmujący za nas decyzje, żyje w naszym własnym mózgu, dobrze ukryty przed świadomością*. I lepiej, żeby dalej oszukiwał swiadomość, bo inaczej skończymy siedząc w piwnicy z czapką zrobioną z folii po czekoladkach na głowie.         

*dla jasności - ostatni akapit jest z założenia efekciarski. "Obcy w naszej głowie" to po prostu rejony mózgu, które nie sa bezpośrednio związane ze świadomością. Nie chodziło mi o małego aliena żerującego na naszych neuronach.

09:35, lonegunman
Link Komentarze (2) »
piątek, 18 czerwca 2010
Rewolucja w 3D

Obejrzałem Avatara w 3D i w 2D i muszę Wam powiedzieć, że w obu przypadkach to żenada. Może w 2D trochę mniejsza. Może. Trochę.

Poniżej przedstawiam najprostszy odbiornik 3D, który każdy może skonstruować z pomocą kilku desek, szkła, kitu i pana Rysia.

  

Jeżeli jednak to opcja wyda nam się zbyt tania, to możecie sprzedać dopiero co kupione kamery, aparaty, telewizory oraz monitory HD,  zarobione pieniądze wydać na 3 piwa i zacząć gromadzić kasę na "rewolucję 3D*".

Na początek powinien pójść  Finepix 3dw1, który generalnie jest dwoma obiektywami w jednej obudowie. Wersja do-it-yourself to dwa aparaty Lomo połączone taśmą klejącą. Efekt w zasadzie podobny. Zdjęcia z Lomo możemy przekształcić za pomocą jakiegoś darmowego programu w zdjęcie stereoskopowe, do obejrzenia w dosyć obciachowych, ale spełniających swoje zadanie okularkach z kolorowymi szkiełkami. Zdjęcia z finepixa można z kolei obejrzeć na monitorku aparatu (bez okularów), na cyfrowej ramce do zdjęć (kosztującej tyle samo, co aparat) lub na monitorze 3D, o którym za chwilę. Finepix nagrywa także filmy 3D, co byłoby wow, gdyby nie ich jakość, zbliżona do kasety VHS z lat 80-tych po tysięcznym przejrzeniu.

W następnym kroku powinniśmy kupić monitor 3d, który - co ciekawe - jest zupełnie zwykłym monitorem, tylko 120 hercowym, o odpowiednio wyższej cenie. Zapewniam was, że obraz na takim monitorze nadal jest płaski, jak pewna moja koleżanka ze szkoły średniej. Żeby zhackować mózg i wywołać wrażenie 3 wymiaru potrzebne są jeszcze okularki Nvidii i - suprise,suprise - karta graficzna tego samego producenta. Jeżeli akurat masz Radeona, zostajesz ze szczelinowymi okularkami za 100 dolców, nieco podobnymi do tych, które chłopaki z Kombii nosili na etapie "Inwazji z Plutona". Jeżeli jednak szczęśliwie posiadasz Nvidię (ale tylko określony typ), jest już nieźle.

Okulary działają na dosyć zabawnej zasadzie - otóż migają z częstotliwością 120 herców, synchronizując się z obrazem na monitorze. Oznacza, to że do każdego oka wpada nieco inny obraz (60 razy na sekundę do prawego i 60 razy na sekunde do lewego). W zasadzie ten sam efekt można osiągnąć długotrwałym treningiem naprzemiennego zamykania oczu z podobną częstotliwością. W takiej sytuacji rośnie jednak niebezpieczeństwo wzmocnienia się wałów nadoczodołowych, przez co zapewne uzyskasz szybko wygląd Nikołaja Wałujewa. Technologia okularów migawkowych znana jest już od dłuższego czasu, ale przy monitorach pracujących na niższych częstotliwościach, musiałeś się zastanawiać, czy mózg ci eksploduje, czy wcześniej, ponownie zapoznasz się ze swoim śniadaniem. W nowej generacji okularów efekt jest bardziej dyskretny, tzn. pewnie za 10 lat, twój oszukiwany mózg zastrajkuje, a ty postanowisz dołączyć do jakieś nowej rodziny Mansona. Sam efekt jest jednak niezły, a byłby lepszy, gdyby można było obejrzeć coś poza swoimi własnymi filmami nagranymi finepixem. Nawet Avatar wyszedł na DVD i BD jedynie w wersji 2D.

Nadal także nie wiadomo, czy na dłuższą metę wygra wersja okularkowa (wyobrażacie sobie, że siedzicie ze znajomymi przed telewizorem, każdy w ciemnych okularach, czekając na to kto pierwszy dostanie ataku padaczki?), czy też rozwiązanie zastosowane w monitorku finepixa. W tym przypadku dwa obrazy wysyłane są do oczu pod kątem, tak jak w dawnych kartkach pocztowych z puszczająca oczko Chinką. Zresztą Fuji wraca do tego pomysłu wprowadzając aparaty do drukowania zdjęć 3D (obecnie zdjęcia z finepixa można wydrukowac wysyłając je do Japonii. Mimo, że generalnie popieram globalizację, wysyłanie zdjęć do wywołania na druga półkulę, uważam za przegięcie, tym bardziej, że ich jakość pozostawia sporo do życzenia, a trzeci wymiar można zauważyć dopiero po zażyciu wywaru z psilogrzybków). 

No, tak, czy inaczej, w weekend idziemy z dzieciakami na Shreka 3d. Mam nadzieję, że do rodziny Mansona przystaną już po mojej śmierci.

A na koniec coś zupełnie nietrójwymiarowego, ale odjechanego (w dodatku z wkładem polskiej myśli technicznej)i dającego zupełnie nowe możliwości drażnienia sąsiadów.

*Zastanawiam się, czy określenie 3D przyjmie sie już na stałe w języku polskim, dając nowe znaczenie jakże popularnemu i lubianemu określeniu: "pijany w 3 d..." 

     

15:36, lonegunman
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 14 czerwca 2010
IPad - jak zaoszczędzić 1000 zł

Przez wiele lat uważałem Jobsa za modelowego wciskacza kitu. MacAir wcale nie jest najcieńszym laptopem na świecie. On tylko został  zaprojektowany, żeby tak wyglądać. IPhone nie był technologicznym przełomem, on był tylko ładny, itd, itd. Gdyby Microsoft prowadził taką politykę wobec klientów jak Apple, Gates już dawno zostałby publicznie stracony, za aprobatą Komisji Europejskiej. Kiedy dowiedziałem się, że Apple wprowadził w swoich kabelkach (służących np.  do podłączenia iPoda do telewizora) specjalny chip szyfrujący, który uniemożliwił podbój rynku przez chińskie zamienniki po dwa pięćdziesiąt (przy oryginale kosztującym ponad stówę), miałem szczerą nadzieję, że będzie to PRowa śmierć robaczywego jabłuszka. Okazało się jednak, że fanboje potrafią wybaczyć Jobsowi praktycznie wszystko - i koszmar synchronizacji przez iTunes (tylko dlatego, że Apple nie chce stracić monopolu na dostawy aplikacji), i cenzurę w iStore, i niewymienialne baterie, i wojnę z Flash'em, i wredną strategię "iBarbie" (kup słabo wyposażony telefon, a poźniej dokupuj kamery, czytniki, pokrowce, stacje dokujace, kabelki i inne niezbędne badziewie po kosmicznych cenach).

Kiedy z kolei zobaczyłem specyfikację iPada (znanego pod nazwą kodową: iAlways) uznałem, że być może jego 4 generacja będzie się już do czegoś nadawała (podobnie jak w przypadku iPhone) i straciłem nim zainteresowanie. Do czasu.

Do czasu, aż z nudów pobawiłem się iPadem w sklepie. Trudno przychodzi mi uzewnętrzniania uczuć, ale muszę wyznać, że była to miłość od pierwszego dotyku. Obecnie iPad jest włączony non-stop (z krótkimi przerwami na ładowanie). Dotkliwie odczuwam brak multitaskingu, ktory pozwoliłby mi na włączenie wszystkich programów na raz. Choroba rozprzestrzeniła się także na rodzinę. Dzieciaki zdołały się już nawet o niego pobić (ze mną, oczywiście).

Najdziwniejsze, że nie potrafię do końca wskazać powodów tej fascynacji. Jedynym wytłumaczeniem, jakie przychodzi mi do głowy jest dodanie przez Apple jakieś substancji uzależniającej do farby.

A na koniec obiecane 1000 zł oszczędności: w swej niepohamowanej żądzy zysku, Jobs zablokował w iPadzie możliwość łączenia się z internetem przez komórkę (sztuczka, którą potrafi każdy, najtańszy netbook). Chodzi o to, że wersja iPad 3G jest zdecydowanie droższa od wersji pozbawionej możliwości włożenia karty gsm. Gdyby można było łączyć się z internetem przez komórkę (tzw tethering), tylko łosie kupowałyby model, który umożliwi Stevowi powiększenie konta o kolejny miliard dolarów. Na szczęście nawet nagrubsze kapitalistyczne pijawki nie powstrzymają postępu i wolności reprezentowanych przez Chińską Republikę Ludową, a dokładniej firmę  HUAWEI. Jej mobilny punkt dostępowy E5830, uniezależnia iPada od  publicznych sieci WiFi. Do modemu wkładasz kartę GSM, modem wysyła sygnał WiFi, iPad łączy się przez WiFi z internetem i możesz przeglądać Wired nawet na szczycie Giewontu, gdyby - rzecz jasna - nie było to równocześnie szczytem obciachu.     

Tagi: apple iPad
15:04, lonegunman
Link Komentarze (16) »
środa, 09 czerwca 2010
Katastrofa Smoleńska jako Rów Mariański

Katastrofa w Smoleńsku była - paradoksalnie - zarówno dla przeciwników, jak i zwolenników Lecha Kaczyńskiego, w jakimś stopniu logicznym, chociaż oczywiście tragicznym, zwieńczeniem jego drogi życiowej. Dla zwolenników, Prezydenta poległ w służbie Ojczyzny, "śpiesząc się do ludzi", na "przeklętej ziemi", w dodatku - przynajmniej do pewnego stopnia z winy Rosjan, tych samych, z którymi walczył o przywrócenie pamięci historycznej. Na poziomie czysto racjonalnym może nie do końca składa się to w całość (nie ma dowodów na to, że kontroler lotu podawał błędne dane pilotom za bezpośrednią namową KGB), ale za to na poziomie emocjonalnym tworzy bardzo spójny, przejmujący, końcowy akord prezydentury.

Dla przeciwników Prezydenta, katastrofa i jej rozmiar wynikają z tak lubianej przez Kaczyńskiego biznatyjskości rytuałów, wodzostwa, lekceważenia procedur. Tam gdzie dla jednej strony mamy Prezydenta, który kulom się nie kłaniał (patrz wyprawa do Gruzji), dla drugiej cara, który podważa autorytet pilotów i "się wścieknie", jeżeli samolot nie wyląduje o czasie. Gazeta Wyborcza stwierdziłaby zapewne, że zwolennicy Prezydenta to ludzie zewnątrzsterowni, niewolniczo przywiązani do formy, poszukujący w państwie i jego przedstawicielach figury ojca - czasami surowego, którego zdanie jest ostatecznym prawem, ale z drugiej strony szczerze oddanego swojej rodzinie. Ale jak wiadomo, dla Gazety świat, to kwartał ulic w pobliżu Czerskiej (dlatego z imperium medialnego Agory czytam jedynie Wysokie Obcasy, żeby pośmiać się z wynurzeń feministek zamieszczanych obok reklam na wygładzanie pupy). Mnie osobiście znacznie trudniej znaleźć wspólne cechy tych zwolenników prezydenta, których znam. Co nie znaczy, że one nie istnieją. 

Każde uogólnienie jest generalnie mniejszym lub większym kłamstwem, wydaje mi się jednak, że dla drugiej strony, Ojczyzna to nie jest już "zbiorowa odpowiedzialność". Od Ojczyzny wymaga się, żeby była sprawnie funkcjonującym i zarządzanym państwem, które nie przekracza swoich uprawnień i nie wpycha się tam, gdzie nie jest potrzebne. Dlatego pretensje dziennikarzy pod adresem PO, iż "nic nie robi" trafiają w pustkę. PO nadal rządzi WŁAŚNIE DLATEGO, że niewiele robi. Panstwo ma być sprawnie zarządzanym koncernem, a nie firmą rodzinną, w której właściciel osobiście nadzoruje to, co dzieje się na linii produkcyjnej. Przeciwnicy ideologii (czy ładniej - filozofii rządzenia) braci Kaczyńskich, to ludzie końca historii. Spory ideologiczne przeszły dla nich z poziomu, tak lubianych przez Kaczyńskich i prof. Staniszkis , pryncypiów, na poziom taktyczny - obniżenia podatków o 2, czy 3%, usprawnienia biurokracji, wyprostowania prawa. Pamięć historyczna jest dla nich ważna, ale zbytnie jej celebrowanie przypomina trochę odwieczne odwoływanie się do wygranej Polskich Orłów na Wembley.

Katastrofa Smoleńska oprócz osobistego, tragicznego wymiaru, jest dla nich także porażką państwa. Państwa, które ma ambicje bycia normalnym krajem europejskim, a którego Prezydent ginie w wyniku dramatycznego splotu ludzkich  pomyłek wynikających z brawury, lekceważenia przepisów (lub ich braku), ad-hoc-owości, braku "chain of command", polskiej skłonności do improwizacji i być może słabej znajomości jezyków. Dla zwolenników Prezydenta takie wytłumaczenie jest oczywiście nie do przyjęcia, bo po pierwsze odbiera epicki wymiar katastrofie, po drugie godzi w samego Prezydenta, jako przedstawiciela państwa, które jak się okazało (czy "okazałoby się", gdyby to była prawda),  ma nadal dużo cech republiki bananowej.    

Pęknięcie pomiędzy (w uproszczeniu) proPISowcami i proPOwcami jest głębokie i co ciekawe, jest to spór ideologiczny  (a jednak) nie na tradycyjnej osi lewica-prawica, tylko centralizm konserwatywny-liberalizm konserwatywny (liberalna obyczajowo i "prospołeczna" ekonomicznie lewica, wogóle w tym sporze nie istnieje). Trzeba pamietać, że nie jest to jednak tak głębokie pęknięcie, jak przy wyborach 1990 roku, kiedy to nagle 1/4 wyborców postanowiła głosować za przybyszem z dżungli o mimice R2D2 (wtedy sądziłem, że znaczną część moich rodaków  trzeba będzie poddać długotrwałemu i kosztownemu leczeniu). Sądzę natomiast, że to pęknięcie pozostanie z nami jednak na dłużej (co nie jest zresztą wielką tragedią - bardzo zbliżony podział mamy w Stanach przynajmniej od czasu wyboru Georga Busha). Podział ten jest bowiem tyleż ideologiczny, co psychologiczny i wynika z innego postrzegania rzeczywistości przez obie strony. "Psychologiczny" oznacza w tym przypadku "nieracjonalny", "emocjonalny", wynikający z permanentych cech osobowości. Innymi słowy, trudny do zmiany.  

Zresztą, moża tak naprawdę ma on podłoże parazytologiczne i wynika z zarażenia części populacji toksoplazmozą? Wyjaśnienie tego, być może nieco zaskakującego stwierdzenia, już jednak w innym wpisie.      

13:02, lonegunman
Link Komentarze (10) »
środa, 02 czerwca 2010
Katastrofa w Smoleńsku jako powtórka eksperymentu Milgrama

Ponieważ patriotycznym obowiązkiem jest w tych dniach wypowiedzieć się na temat stenogramu zapisu czarnych skrzynek, więc i ja zabiorę w tej kwestii głos, dla uproszczenia i oszczędności czasu posługując się autoplagiatem.

Eksperyment Milgrama jest prawdopodobnie najbardziej znanym eksperymentem psychologicznym w historii. Grupa normalnych obywateli pod wpływem delikatnej sugestii prowadzącego eksperyment, doprowadza elektrowstrząsami do śmierci drugiego uczestnika eksperymentu (który jest na szczęście podstawionym aktorem, co pokazuje, że wbrew powszechnemu przekonaniu psychologowie nie są pozbawionymi uczuć psychopatami). Wydaje się, że eksperyment Milgrama dobrze pokazuje mechanizm, dzięki któremu "dobrzy ludzie" pod wpływem rozkazów przełożonych dopuszczają się paskudnych rzeczy. Efekt Milgrama działa jednak także w innej skali. Pielegniarka, zgodnie z zaleceniem lekarza i wbrew własnemu doświadczeniu i przekonaniom, aplikuje choremu zabójczą dawkę leku. Drugi pilot ryzykuje życiem swoim i pasażerów, nie chcąc sprzeciwić się autorytetowi kapitana samolotu. 1 grudnia 1993 roku samolot linii Express II Airlines, podchodził do ladowania zbyt stromym kursem. Pomimo pełnej świadomości błędu kapitana (co ujawniła czarna skrzynka), drugi pilot - nawet w chwili, gdy samolot szorował już kadłubem po czubkach drzew - nie odważył się bezpośrednio mu przeciwstawić. 

Od chwili wypadku w Smoleńsku, podstawowym pytanie pozostaje, dlaczego pilot zdecydował się lądować w tak złych warunkach pogodowych. Nikt jednak nie musiał wchodzić do kabiny i wydawać mu takiego polecenia. Nawet sama osoba prezydenta Kaczyńskiego i historia lądowania w Tibillisi nie miała znaczenia (chociaż według mnie miała i to jest ten fragment, którego nie powinni czytać "zwolenicy Wielkiego Prezydenta"). Pilot wiedział, że najwyższy autorytet w państwie oczekuje od niego lądowania w Smolensku i znalazł się w pułapce autorytetu. Musiał  wylądować niezależnie od warunków.

Naiwnie wydaje nam się, że sami zachowalibyśmy się inaczej w podobnej sytuacji. Tymczasem aż dwie trzecie uczestników eksperymentu Milgrama doprowadzało do elektroegzekucji drugiego uczestnika, a 90% nadal raziło go pradem po symulowanej utracie przytomności. To znaczy, że 90% z nas zachowałoby się zapewne tak samo. jak ujeła to Cordelia Fine w "A mind of its own": ..it's not so much the kind of person you are as the pressures of the situation in which you find yourself that will determine how you behave". Pretty scary, huh?  

Jest jedna moc potężniejsza od siły autorytetu - moc instrukcji. Pilot mógłby bardziej racjonalnie ocenić sytuację, gdyby przed oczami widział kartkę z napisem: "Nigdy nie ląduj we mgle". Następny prezydent - dla własnego dobra - powinien osobiście zawiesić ją w kabinie pilotów.