Nie ma przypadków, są tylko znaki.
Zakładki:
Moja książka, bo sam ją napisałem.

Jak zostac milionerem w 24 godziny
Zaglądam
Locations of visitors to this page Pagerank dla www.lonegunman.blox.pl
Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
View blog authority
visited 28 states (12.4%)
Create your own visited map of The World or website vertaling duits?
czwartek, 28 czerwca 2007
Wpis przedostatni

Do Sort trafiłem przed sezonem, co miało tę zaletę, że jedynymi nietuziemcami byłem ja i lokalny oddział Hell’s Angels z Sheffield. Niewiele  brakowało, żebym wybrał się na tratwę razem z bikersami, ale po dłuższym zastanowieniu uznałem, że o ile byłaby to ciekawa historia do późniejszego opowiedzenia na blogu, o tyle nie uśmiecha mi się jej zakończenie z  pagajem w dwunastnicy, do czego niewątpliwie doprowadziłoby moje opierniczanie się przy wiosłowaniu.  Wybrałem zatem wersję lajtową i jak ostatni mumisyn przyłączyłem się do wyprawy pań nauczycielek z Andorry. Los jednak dziwnie drwi z naszych oczekiwań. Panie nauczycielki okazały się wuefistkami, z zadziwiającą jak na ich posturę kondycją, po wtóre okazały się wuefistkami znienawidzonymi przez swoich podopiecznych, płynących w kolejnych tratwach. 15-kilometrowy spływ okazał się zabójczym wyścigiem o życie, w którym rozpaczliwie staraliśmy się umknąć bandzie wychowanych w permisywizmie moralnym 16-latków, których ambicją było zatopienie naszej łodzi. Czasy się wyraźnie zmieniają, gdyż nie przypominam sobie, żebym – mimo szczerej nienawiści – zwykł walić swoją wychowawczynię wiosłem po głowie.
Aby nie pozostawić wątpliwości, kto jest najsłabszym ogniwem drużyny, wypadłem za burtę już w 10 sekund po wejściu do pontonu, właściwie zanim jeszcze odbiliśmy od brzegu. Pozwoliło to obu stronom uniknąć dalszych niepotrzebnych rozczarowań. Odtąd moja rola ograniczała się do obciążania pontonu, wypadania za burtę i odstraszania młodzieży polskimi przekleństwami. Za rok popłynę z Hell’s Angelsami.

Tym razem ilustracja w formie filmowej. Zwracam szczególną uwagę na kulerskiej przejścia pomiędzy fotografiami zrobione  z użyciem mojego nowego programu "Movie Makers for Retards".

wtorek, 26 czerwca 2007
Piosenka tygodnia o trudnym losie górników i pielęgniarek

Z powodów osobistych nastąpiło opóźnienie w zilustrowaniu poprzedniego wpisu stosownym podkładem muzycznym, który co prawda z treścią tegoż wpisu ma związek raczej radziecki, ale za to pomaga mi w chwilach, w których życie mnie przerasta, czyli każdego dnia, w którym muszę zwlec się z łóżka. Piosenka powstała jeszcze przed epoka dinozaurów, czyli we wczesnym dewonie i co ciekawe została uznana przez komisję McCarthy'ego za komunistyczną propagandę. Ale ponieważ wykonawca, niejaki Ernie Ford, bardziej wygladał na szpiega z krainy deszczowców, niż z Sowietów, ostatecznie piosenka poszła na antenę, wiele lat później wzruszając mnie do łez odniesieniami do mojej własnej biografii (If you see me comin' better step aside/A lotta men didn't, a lotta men died)
Puszczam ją w dwóch wersjach, zwracając uwagę, że zgodnie z tradycją jej wykonania można podjąć się jedynie dysponując stosownym wąsikiem.

Na Erniego musicie sobie kliknąć sami.

A Johnny jest dostępny od zaraz (wersja Erniego jest bardziej roots).

piątek, 22 czerwca 2007
Cicha woda

Dobra, koniec tych zwierzeń kulinarnych i artystowskich smutów. Podróż do Hiszpanii służyła zaliczeniu kolejnych sportów ekstremalnych, tym razem na literę R i H. Myślałem o małym konkursie, jaki to sport ekstremalny na literę h, ale dla zaoszczędzenia czasu i głupich żartów wyjaśniam, iż jest to hydrospeed. Jakiś krytykant, których nie brakuje na tym blogu mógłby powiedzieć, że to sport niemal tak ekstremalny jak pchanie wózka w Geanie, ale nic bardziej błędnego. Dla wyjaśnienia hrydrospeed kiedyś nazywał się spływem na oponie, ale obecnie jest hi-techowym sportem, w którym potrzebny jest hi-techowy wzmacniany piankowy kostium w stylu S/M oraz hi-techowa deska do pływania będąca dużym blokiem styropianu. W miejscu, w którym spływałem, 7 lat temu zaistniał śmiertelny wypadek jakieś kobiety, która zaliczyła bliskie spotkanie głowowe z pływającym balem drzewnym. Biorąc pod uwagę tłumy, które codziennie spływają Noguerą Pallaresą, istnieje większe ryzyko śmierci podczas siedzenia na własnym kibelku, niż podczas hydrospływu, ale szorowanie podbrzuszem po kamienistym - pardon moi – korycie, dostarcza niezapomnianych przeżyć. Po 10 kilometrach człowiek wychodzi z wody i cieszy się jak dziecko, że nadal posiada jeszcze trzeciorzędne cechy płciowe.

W tych właśnie okolicznościach przyrody

spływam z prądem.

Ten facet pilnował, żebym nie zwiał ze styropianem.

Bonusowo na koniec można było skoczyć z mostu. Za darmo, więc skoczyłem.

Kaczki za wodą, gęsi za wodą, a lonegunman pod wodą.

poniedziałek, 18 czerwca 2007
Piosnka tygodnia - Susanna

Art Company należy do długiego ciągu tajemniczych zespołów, które pojawiają się z jednym utworem, żeby zniknąć całkowicie z końcem lata. Nie wydaje sie wam to dziwne? Taki Rolling Stones albo, nie przymierzając Madonna od 150 lat produkują przeboje (albo ktoś je produkuje dla nich), a Art Company nie jest w stanie sklecić czegokolwiek słuchalnego. Mam powody sądzić, iż jest to element spisku, w którym ważną rolę odgrywają także sowieckie badania nad kontrola umysłow za pomoca fal elektromagnetycznych, amerykański system Echelon, konglomerat producentów ręczników plażowych oraz kolejne póby podboju Ziemi przez tzw. szaraków. Nie mogę tylko pozbierać tych wszystkich elementów w spójną i racjonalną calość.

"Zuza" jest także utworem, który poznałam, gdy moja znajomośc angielskiego ograniczała się do "howdoyoudo", więc odniosłem wrazenie, iż jest to romantyczna piosenka o wielkiej miłości. Z wiekiem przychodzi jednak także koniec złudzeń. "Zuza" opowiada o coraz bardziej intymnej sytuacji, która przerywa telefon i to w dodatku pomyłka. Dziewczyna wykorzystuje ten moment, aby dojść do wniosku, że nie chce propagowac swoich genów do spółki z podmiotem lirycznym i proponuje mu w zamian długa rozmowę, co w takiej sytuacji brzmi dla meżczyzny równie intrygujaco co propozycja wpuszczenia wydry w w nogawkę. Zatem "Susanna, I'm crazy lovin you" nie powinno się tłumaczyć dosłownie na "Zuza, szaleńczo cię kocham" lecz kontekstowo na "Zuza, mam na ciebie wielką chuć". Se la vi, brutalne, pełne rozczarowań i krótkie, całkiem jak rządy PiS (pozdrowienia dla leniucha). Utwór zilustrowany jest dosyć nieortodoksyjnym klipem, ale krytyka do youtube, nie do mnie.

czwartek, 14 czerwca 2007
A tam w dali to dom Dali

Nieoczekiwanie dotarłem do Cap de Creus, czyli na kraj świata, czyli na najdalej na wschód wysunięty kawałek Hiszpanii. Siedząc na kamieniu i słuchając porywistych ryków wiatru, ze wzruszeniem pomyślalem, że tuż obok mógł siedzieć niegdyś Salvador Dali. Na przykład tutaj:

Albo może tutaj:

Albo gdzieś indziej.

Siedział i jednym uchem słuchał porywistych ryków wiatru, a drugim ryków Dali domagającej się więcej kasy. Dla zabicia czasu bagrał ołówkiem jakieś żyrafy na cienkich nogach i cieknące zegarki.

Dali miał domek letniskowy w Cadaques, którego niestety nie obejrzałem ze względu na przejściowe kłopoty z płynnościa finansową i to pomimo, że przewodnik zachęcał opisami fallicznych elementów wystroju łazienki, w której Dali i Gali przyjmowali gości.

Pomknąłem za to do Figueras, gdzie Dali się urodził, powrócił na starość i umarł, pochowany - podobno wbrew swojej woli (nie, nie chcę jeszcze do grobu, nie chcę....!) - w swoim własnym muzeum.

Muzeum, jak to muzeum, trzeba kupić bilet. W środku, jak w Disneylandzie - cuda i zwidy.

Portret Lincolna, który z bliska okazuje się plecami i pupą Gali.

 

Krokodyl - lampka nocna

Mojżesz z ośmiornicą nad głową

Oraz powszechnie znany i ceniony "Portret Mae West ze złotymi gilami".

Z profilu

i en face

Dali był jednoosobowym kombinatem produkującym wszystko co dawało pieniądze - obrazy, rzeźby, biżuterie, freski, performance. Dzisiaj byłby cenionym twórcom reklamówek (jedną chyba zreszta popełnił). Jego rosyjska muza, która ukradł przyjacielowi, dalekiemu, ale jednak, przypominała wieloletnią pracownicę rzeźni albo posłankę Samoobrony. Mimo to jest to prawdopodobnie najczęściej  portretowaną nago żona w historii malarstwa. Chyba też ją kochał, mimo, że była finansową pijawką. Sufit jednej z głównych sal muzeum zdobi wniebowstąpienie Dali'ego i Gali, ukazane z ciekawej, acz logicznej perspektywy.

Strzepując pył z mych sandałów i wyruszając na poszukiwanie dalszych przygód, przy drodze spotkałem jeszcze trudnośniętego i zboxa. Pomachaliśmy do siebie.

wtorek, 12 czerwca 2007
Na tropach Yeti

Właściwie nie Yeti, tylko smoka, a dokładniej jaszczurki, ale "na tropach jaszczurki" brzmiało słabo. W każdym razie wojażowało się ostatnio tu i tam, a głównie tam, czyli w Hiszpanii. Hiszpania, wiadomo: Santiago Bernabeu, flamenco, corrida i jaja byka na śniadanie.  O tym wszystkim w kolejnych odsłonach, a dzisiaj z racji na artystowsko-snobistyczną fazę,  będzie o Gaudim. Gaudi, wiadomo: geniusz, wariat, miłośnik smoków, nie żyje (to tak na wszelki wypadek, do wiadomości Hjuston).  Zacząłem od końca, czyli od Sagrady, która robi wrażenie z trzech powodów - po pierwsze jest duża, po drugie dziwaczna, po trzecie niedokończona.

 

Gaudi, myśląc o smokach, wpadł pod tramwaj, a plany budowy zniszczyli komuniści, jak to komuniści mają we wzwyczaju. Więc to co się teraz buduje, a ma być skończone już koło 2020 roku, to taki patchwork (ale nie Mofinki) - trochę Gaudi, a trochę wyobrażenie o tym, co marzyło się Gaudiemu. O Sagradzie nie będę pisał, bo wiadomo. Głównie skupiłem się na poszukiwaniach smoków. Jednego znalazłem tutaj:

A drugiego we wnętrzu wieży. Właściwie tylko jego ogon (na zdjęciu również fragment autora. Właściwie tylko jego buta):

Moją uwagę przykuły drzwi. Gaudi pograżał się w tym okresie w coraz większym szaleństwie, więc jestem przekonany, że miał dostęp do wszelkich tajemnic wszechświata, które zapisał na owych drzwiach. Wystarczyłoby również zwariować, aby móc je odczytać.

Z Sagrady ruszyłem do Parku Guella na poszukiwanie Wielkiego Smoka. Jako człowiek rozsądny wybrałem stację metra położoną najbliżej wejścia do parku. Nie przewidziałem, że co prawda w poziomie odleglość jest niewielka, natomiast w pionie wprost przeciwnie. Natomiast przewidujący Hiszpanie, zasileni pieniędzmi europejskich podatników, wybudowali na  ruchome schody ze stacji do wejścia. Schody oczywiście nie działały,  dzięki czemu poczułem sie jak w ojczyźnie, co dodało mi sił, aby pokonać wszelkie przeszkody, z trzema zawałami na po drodze.

 

Guell, zadowolony z pałacy, który wybudował mu Gaudi w pobliżu Rambli, zatrudnił go do stworzenia utopijnego miasta-ogrodu. Utopia, jak to utopia, upadła po 14 latach z braku pieniędzy. Gaudi nie pracował chyba zbyt szybko i nie lubił kończyć swoich dzieł. W każdym razie po utopii został odjechany park miejski otwarty w 1992 roku (przypadkiem w tym samym roku zaczął się proces beatyfkacyjny Gaudiego i to pomimo podejrzeń o jego przynależność do masonerii).

W ogrodzie króluje najbardziej sławny smok Gaudiego, którego wyborażałem sobie jako 10-metrowego potwora górujacego nad całą Barceloną. Po 2 godzinach usilnych poszukiwań smok okazał się porcelanową jaszczurką, a nawet salamandrą.

Zawód był bolesny i jedynie częściowo zrekompensował go pan sprzedający na głównym placu niedokończonego miasta cudowne urzadzenie do masażu głowy wyglądajace jak druciany abażur (niestety nie dysponuje odpowiednią dokumentacją fotograficzną). Pan sprzedawca wyraźnie kochał swój zawód i masował głowę abażurem wszystkim parkowiczom, dzięki czemu mam we włosach cały przekrój fauny zaludniającej głowy Katalończyków i tłumnie zawijających tu turystów.

Na koniec odnalazłem jeszcze pałac Guella, ale był właśnie remontowany, więc poszedłem na piwo, stwierdzając, iż Gaudi wielkim artysta był, a tutejszy, kataloński klimat musi powodować rodzaj szaleństwa, o czym przekonamy się także w następnym odcinku pt: Na tropach wielkiej pupy Dali'ego.

poniedziałek, 11 czerwca 2007
Piosnka tygodnia

A po remanęncie zaczynamy od nowej świeckiej tradycji "piosnki tygodnia". Na pierwszy ogień zupełna ramota, z czasów gdy królowały gigantyczne lemury, czyli z lat 80-tych. Ten pan to Karel Fialka (Y sem Karel Fialka), a na obrazkach widac również jego (przybranego?) syna Mateusza (Y sem Mateusz Fialka). Fialka senior mial chyba ten jeden przebój, który został uznany nieco na wyrost za "protest song", ale właściwie nie ma to znaczenia. Znaczenie ma, ze zawsze bardzo sie wzruszam przy sluchaniu tej piosenki, ale jeżeli komuś o tym powiecie, będę musiał Was wszystkich zamordować. I Wasze rodziny dla pewności rownież. Wzruszają mnie proste historie, a ta, o ile zrozumiałem podmiot liryczny, jest o ojcu, który martwi się, co wyrośnie z syna ogladajacego codzienna porcje morderstw i gwałtów. Syn tymczasem przytomnie odpowiada, że widzi różne historyjki, do których ma zdystansowane podejście, bo wie, że w wiekszości to fikcja. A na koniec dodaje, że poza byciem kapitanem łodzi, kosmonauta i strazakiem, chciałby być również przyjacielem i tutaj już wzruszenie dławi mi krtań, a zrozumie to każdy z ambicjami wyhodowania syna na lepszego człowieka niż się jest samemu. A skąd piosnka tygodnia? A stąd, że ostatnio globtroturowałem się w różnych miejscach (o czym bedzie przez następne 20 wpisów, jak juz uporzadkuje zdjęcia) i miałem czas, aby posłuchać swojego starego zestawu "Favourite Disco Hits vol. 2"