Nie ma przypadków, są tylko znaki.
Zakładki:
Moja książka, bo sam ją napisałem.

Jak zostac milionerem w 24 godziny
Zaglądam
Locations of visitors to this page Pagerank dla www.lonegunman.blox.pl
Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
View blog authority
visited 28 states (12.4%)
Create your own visited map of The World or website vertaling duits?
środa, 21 maja 2008
The Doctor

O ile ichtiologiem postanowiłem zostać pod wpływem filmu "Szczęki", o tyle doktorem pod wpływem Doctora Who, znanego jako The Doctor albo zwyczajnie: Time Lord. Serial jest dosyć czerstwy i oglądam go jedynie ze względu na sentyment do Daleków (Eks-ter-mi-nejt!), którzy przywodzą mi na myśl posła Kalisza. Trochę z wygladu, a trochę z zachowania, bo też chcą zniszczyć życie na Ziemi.   

W każdym razie, w jednym z ostatnich odcinków Doctor Who przybywa do fabryki opanowanej przez kosmitów, a właściwie ludzkie klony wyhodowane przez kosmitów z zupy brokułowej. Klony są niezwykle wydajne, nie biorą zwolnień lekarskich, pracują 24 godziny na dobę i noszą takie nazwyska jak Karampuk lub Gzystcsyxcss. Współpracownica Doktora zadaje oczywiste w tej sytuacji pytanie: Are you Polish? Are you from Poland? Klony opanowały język angielski jedynie w stopniu pozwalającym powiedzieć: Aj kejm hier to łork i przystąpić do mordowania angielskiej klasy średniej. I w ten oto sposób nasza dumna nacja zadebiutowała w kultowym brytyjskim serialu.

Doctor Who ma również spin off w postaci serialu Torchwood - angielską odpowiedź na X-files, z tą drobną różnicą, iż w Torchwood wszyscy są biseksualni i jednym z głównych pytań każdego odcinka pozostaje kto prześpi z głównym bohaterem. Zdaje się, że Korona Brytyjska nadal nie uwolniła się od dewastujacego wpływu monopłciowych elitarnych szkół średnich na młodzież męską. Myśle, że powinniśmy Brytyjczykom wysłać więcej Ig Wyrwal.    

poniedziałek, 12 maja 2008
Trawestując trawers

...wszedłem na pierwszy metalowy stopień, na drugi, na trzeci i stwierdziłem, że właściwie Via Ferratę mam już zaliczoną, więc zszedłem, aby zjeść kolejnego batonika (szczerze mówiąc z tych wszystkich przygód to najbardziej lubię zjadanie batonika). Głupio było jednak wracać od razu do wioski,   postanowiłem zatem wdrapać się jeszcze na czwarty szczebelek, a jak już tam byłem, jakaś resztka adrenaliny krążąca w żyłach zmobilizowała mnie do kontynuowania wędrówki - przez wiszący mostek, przez drabinkę, aż do przewieszki. Na przewieszce utknąłem. Nie miałem sił ani przejść do przodu, ani się cofnąć. Wisiałem na linach myśląc o tym, że jak kiedyś stąd zejdę, to na pewno będzie to temat wielce zabawnej opowieści, wolałbym jednak już ją snuć, zamiast w niej tkwić. Myślałem także, że w pewnym wieku trzeba z godnością zacząć poznawać swoje ograniczenia, ale była to z jednej strony myśl banalna, a drugiej nieprawdziwa, bo 10 lat temu zakończyłoby się to identycznie, więc nie było sensu specjalnie użalać się nad utraconą sprawnością fizyczną. Myślałem także o byłym mężu adziblondzi, co może wydawać się dziwne w tych okolicznosciach, a nawet nieco dwuznaczne, ale on potrafiłby przejść tę trasę, nie tylko bez zabezpieczeń, ale w dodatku używając tylko jednego palca i to tkwiącego w...uchu (poprawność tego bloga zabija całą zabawę). Więc tak sobie wisiałem, nade mną przelatywały chmury, łaziła po mnie miejscowa fauna,  troczki wpijały mi się w...udo. Zaczynało być niewygodnie.

W tej sytuacji zacząłem rozważać spadnięcie ze skały. Inne rozważania dotyczyły telefonu do żony, która mogłaby z kolei zaalarmować miejscowy GOPR, bo mnie było jednak troche niezręcznie, biorąc pod uwagę, że tkwiłem na trasie nie trudniejszej od małpiego gaju w Powsinie. W chwili, gdy sięgałem po komórkę  usłyszałem nadchodzącą wycieczkę szkolną, jodłującą wesoło. Myśl o zastępie szwajcarskich skautów beztrosko wędrujących mi po plecach sprawiła, iż wykrzesałem resztki dumy, która pozwoliła mi sięgnąć do najbliższego szczebelka i kolejnego i kolejnego...Po 20 minutach byłem na dole, zjadłem batonika i postanowiłem zacząć od tej pory koncentrować się na przeżyciach niewymagających kondycji fizycznej.          

 ps. Nie a propos: pamiętacie Igę Wyrwał, która niegdyś gościła na naszych gościnnych łamach? Sugerowałem wtedy, iż  warunki fizyczne uczynią z niej rychło polską celebrity. I jak zwykle się sprawdziło - "Wprost" podaje, że Iga rozpoczyna karierę filmową. Może dla Kazimiery Szczuki też jeszcze istnieje szansa uczciwej kariery, nie opartej na przedrzeźnianiu niepełnosprawnych dziewczynek?  

piątek, 09 maja 2008
39 and still rockin'

Jeżeli chodzi o zamiłowanie do sportów ekstremalnych to, jak wiecie, sytuuję się między Indianą Jonesem, a panem Dulskim, ze wskazaniem jednakowoż na tego drugiego. Czterdziesty trzeci punkt ze stu do zrobienia przed śmiercią - czyli wędrówkę Via Ferratą - postanowiłem zatem odbyć na niezbyt dużej wysokości w stylu lajcikowym w jednej z malowniczych alpejskich wiosek, zdominowanej przez podstarzałych rosyjskich turystów deptakowych. Moje przeświadczenie o słuszności wyboru ugruntował pan w sklepie sportowym, który wydając sprzęt poprosił jedynie o kartę kredytową. W Polsce w takiej sytuacji trzeba byłoby zapewne pokazać legitymację klubu wysokogórskiego, aktualne zaświadczenie od lekarza sportowego, kartę pływacką i wspólne zdjęcie z Hillarym ze szczytu Czomolungmy.  Na pytanie, czy chodziłem już po VF, odpowiedziałem bez wahania, że tak, co nie mijało się zbytnio z prawdą: kiedyś ganiałem za dzieciakami po drabinkach na placu zabaw. Pan spojrzał na mnie, mruknął: "Jasne" i dał mi krótki wykład na temat użycia uprzeży wspinaczkowej. Na koniec wręczył mi kask i powiedział: Nie pomoże przy upadku, ale uchroni przed spadającymi kamieniami. Widząc moją minę dodał: "Spoko, najwyżej raz do roku ktoś spada". Zapadła krępująca cisza. "Eee, nie ma się czym przejmować..raz do roku w całym regionie". Ponieważ i tak już zapłaciłem, więc faktycznie nie było się czym przejmować, zarzuciłem sprzęt wspinaczkowy na plecy i poszedłem szukać swojej VF. Pierwsza kolka złapała mnie po wyjściu ze sklepu na ulicę, a zanim dotarłem do skałek, na których zaczynała się VF, plułem już krwią. Dały niestety znać o sobie pewne braki kondycyjne. Usiadłem sobie jednak pod skała, zjadłem batonika, później drugiego, wypiłem trzy napoje energetyzujące i już po godzinie mogłem wstać na nogi bez czerwonych plam przed oczami. Wpiąłem karabińczyk, poźniej drugi, później jeszcze trzeci - którego generalnie się nie wpina, bo uniemożliwia poruszanie się, ale ostrożności nigdy za wiele - i....

Tutaj nastepuje tzw. cliffhanger: czy bohater tekstu dożyje swoich 39 urodzin, czy znajdzie w sobie odwagę, by postawić nogę na pierwszym stopniu, czy w połowie trasy zacznie dzwonić do żony po pomoc - tego wszystkiego dowiecie się w kolejnym odcinku...      

środa, 07 maja 2008
Beast from the East

Zostawmy na razie sporty zimowe na boku, ponieważ urzekło mnie to wspaniałe ujęcie Nikołaja Wałujewa (216 cm, 144 kg).

Gdybym z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu zaczął uprawiać sport i tym sportem byłby boks i gdybym w wyniku rzutu kostką został sparringpartnerem Bestii, a gdyby on przypadkiem kichnął, to miałbym zgruchotane kości jeszcze przed uderzeniem w deski. W związku z tym zastanawiam się, co sobie myśli ten człowiek stojący tyłem:

ps. Zupełnie nie apropos chciałbym podziękować vazq'u i jego uroczej małżonce za miłe spotkanie w Lublinie. Jedyny problem na jaki się natknąłem, polegał na tym, że kiedy chciałem powiedzieć coś inteligentnego lub śmiesznego, przypominało mi się, że już to napisałem na blogu, więc głównie milczałem, ale może w sumie wyszło to naszej rozmowie na zdrowie.

psps. Tym bardziej nie apropos, chciałbym poinformować czytelników spragnionych bardziej multimedialnego kontaktu z autorem bloga, iż pod tym adresem można posłuchać jak opowiadam bajki (pod koniec już trochę majaczę, ale to długi dzień był).