Nie ma przypadków, są tylko znaki.
Zakładki:
Moja książka, bo sam ją napisałem.

Jak zostac milionerem w 24 godziny
Zaglądam
Locations of visitors to this page Pagerank dla www.lonegunman.blox.pl
Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
View blog authority
visited 28 states (12.4%)
Create your own visited map of The World or website vertaling duits?
niedziela, 29 kwietnia 2007
Bad luck

Czy ktoś zauważył, że EURO w Polsce przypada na rok końca świata? Nam, dumnemu szczepowi piastowemu, zawsze wiatr w oczy.

poniedziałek, 23 kwietnia 2007
Haj laif

Jako młody chłopiec marzyłem o tym, żeby zostać strażakiem albo przynajmniej James Bondem. To znaczy bez tego całego biegania i strzelania, bo to męczące i właściwie też bez panienek, bo to męczące, ale za to z podróżowaniem, poznawaniem nowych, ciekawych ludzi i zabijaniem ich. Bez zabijania, bo to męczące. Wiecie, jednego dnia kawa na pl. Św. Marka w Wenecji, drugiego sauerkapusten w Berlinie itd. I właściwie się mi spełniło. Raz- albo i dwa- w miesiącu zrywam się o piątej rano, pędzę na lotnisko, daję się obmacać facetom, których widzę pierwszy raz na oczy (Dla jasności: gdybym ich widział dziesiąty raz, nie zmieniłoby to niestosowności sytuacji. Z natury jestem nieśmiały), wsiadam do samolotu, dopasowanego wymiarowo do obstawy Królewny Śnieżki, piję kawę zalewaną recyklingowana wodą z toalety, pędzę na zabijające poczucie sensu życia spotkanie, wypadam ze spotkania i biegiem zasuwam z powrotem na lotnisko, gdzie zdążę się jeszcze znieczulić pieruńsko drogim browarem i już o 21.00 jestem w domu, niczym p. Kazio z "Nie lubię poniedziału" dojeżdżający kolejka WKD. Morał więc jest taki, że życie agenta 007 też pewnie wcale nie jest usłane różami, tym bardziej, że on w tym wszystkim musi jeszcze znaleźć czas na zabijanie i tentegowanie. A powyższy wpis powstał z braku pomysłu na wpis, ogólne zblazowanie oraz porażające swoją odkrywczością stwierdzenie, że marzone marzenia mogą się nieco różnić od marzeń zrealizowanych, ale nie wolno się mazać.

wtorek, 17 kwietnia 2007
Lonegunman - new and improved

Jak już wspominałem na tych łamach, dopada mnie od czasu do czasu kryzys wieku średniego, powodując przypływy energii powodujące chęć samodoskonalenia, a nawet pogodzenie rozwiniętej i dojrzałej sfery duchowej z nieco mniej rozwiniętą i dojrzałą sferą fizyczną.

Ograniczyłem liczbę zjadanych kalorii do 2500 dziennie, ale dążę z uporem do średniej etipskiej. Mięso jadam tylko w piatek, po zachodzie słońca. Tłuszcze nasycone wywołują u mnie wysypkę. Na śniadanie spożywam ziarna zbóż wygrzebane z ciemnego chleba i zapijam szklanką oliwy z oliwek (extra virgin, hehe). Myślę, że jestem na progu bulimii. 

Pomału opada ze mnie wierzchnia warstwa tłuszczu i ukazują się dawno niewidziane mięśnie. Ze zdziwieniem stwierdzam własną dużą niesymetryczność. Moja prawa połowa to prawdziwy twardziel, a lewa taki bardziej mamisynek.

Przy podawaniu ręki lekko skręcam się z bólu, żeby wszyscy zauważyli kłykcie poobijane od walenia w trenażera (nie wiem, czy istnieje takie słowo, ale brzmiało ono lepiej od "worka treningowego" albo - pardon moi - "gruchy"). Jeżdżę rowerem dociążanym dzieciakami w przyczepce. Tylko pod górę. Dzieciaki w ogóle są bardzo przydatne jako obciążniki. 

Jestem jak terminator, pokryty cienką warstwa mięśni i ściegien. Z przewagą ściegien (zaczynam odczuwać brak białka). Jestem jak brzytwa, gotowy na wszelkie wyzwania. Takie jak walenie w klawiaturę od 8 do 16-tej.

ps.

Wpis o Spartanach nie wywołał większych emocji, więc dalszego ciagu nie będzie, mimo, że miało być o seksie, zdradzie i różnych sprytnych sposobach wkładania skórzanych portek.

psps.

Poseł Maksymiuk jest przekonany, że spędził wakacje z Sandrą - aczkolwiek bynajmniej nie Bullock - w "jakimś Szramie", co pokazuje, że równie dobrze jak do Egiptu, mogli go wywieźć na Pustynię Błędowską.

pspsps.

Narzuca sie w tym miejscu taki, powiedzmy sobie szczerze, słaby, ale jednak polityczny dowcip.  Otóż, uważam, że poseł Maksymiuk powinien się wybrać w przyszłym roku do Nepalu, bo tam yeti jest zwierzęciem chronionym i nikt mu wypoczynku nie zakłóci.

piątek, 13 kwietnia 2007
300

Obrzejrzałem w końcu "300". Film gejowski, ale rezanie wrażych Irańczyków, zwanych dla niepoznaki Persami ogląda sie z przyjemnością. Cywilizacja śródziemnomorska jednak rulez. Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział "300" to film o 300 Spartanach broniących przesmyku termopilskiego. Film z Termopilami ma niewiele wspólnego i jest raczej antyczną wersją "Władcy Pierścieni". Był robiony z użyciem trzech,  rozmnożonych komputerowo aktorów, grających do niebieskiej ściany. Kserkses jest dwumetrowych metalowcem, a Leonidas wygląda jakby nosił na brzuchu kaloryfer i grał w "Village People". Jak pisałem, dobry film.

Oryginalna historia termopilska też jest niezła. Ma wszystkie elementy, które cenię w Historii - krew, pot, łzy, celne punchline'y, kłamstwa, przeinaczenia, biedaków, którzy o niewłaściwej porze znaleźli się w niewłaściwym miejscu oraz bohaterów, o których pamietają już tylko panie bibliotekarki.  

Zacznijmy od Spartan, którzy rozmnażali sie bardzo opornie, a w dodatku mieli niemiły zwyczaj zrzucania co pewien czas dzieci ze skały (albo porzucania ich na skale - tutaj źródła różnie mówią, w zależności od osobistych preferencji). W związku z tym dziwnym nawykiem, nigdy nie było ich zbyt wielu. Ponieważ otoczeni byli przez helotów- niewolników, którzy za nimi nie przepadali (o przyczynach trudnych relacji personalnych pomiedzy helotami a Spartanami za chwilę), bardzo cenili życie swoich obywateli. Gdyby zakłócone zostały relacje ludnościowe pomiędzy Spartanami a helotami, ci ostatni, jak barwnie pisze Herodot: "zjedliby Spartan żywcem". Z tegoż to powodu, Spartanie bardzo rzadko wojowali. Patrząc na to, co działo sie w innych rejonach Grecji, mogli uchodzić nawet za pacyfistów, by nie powiedzieć wprost - tchórzy. Ponieważ praktycznie całe życie poświęcając się przygotowaniu do walki, a jednocześnie nie chcąc zmniejszać własnej, dorosłej populacji, w zastępstwie prawdziwej wojny, polowali z nożami na bezbronnych helotów. To wyjaśniałoby poniekąd napięte stosunki pomiędzy tymi dwoma klasami społecznymi.

Ciąg dalszy w następnym odcinku....    

środa, 11 kwietnia 2007
Dzong co ma świecący nos

Nadal uważam, że Kim zatrudnia jakis spin-doktorków od takich njusów:

Karl Szmoliński, emeryt mieszkający w pobliżu Berlina, jest jednym z najlepszych hodowców królików w Niemczech. Rok temu wygrał ogólnokrajowy konkurs - wyhodowane przez niego zwierzę ważyło ponad 10 kg i było większe od cocker spaniela (pewnie wykorzystał technologię produkcji nrdowskich pływaczek, dzięki której stawały się większe od Agaty Wróbel. Nadmuchał go).Wkrótce jego hodowlą zainteresowali się przedstawiciele reżimu Korei Północnej. Zaproponowali Szmolińskiemu założenie tam wielkiej króliczej fermy. Dzięki mięsu z tej superhodowli miano w przyszłości zaradzić szalejącemu w komunistycznym kraju głodowi. Szmoliński zapalił się do projektu i w krótkim czasie wyhodował 12 gigantycznych królików. Niemieckiemu emerytowi obiecano wówczas, że będzie mógł polecieć do Korei i osobiście zająć się fermą. Gdy tylko pierwszy tuzin zwierząt został wysłany do Azji, Koreańczycy zerwali kontakty z hodowcą. - Króliki nie żyją. Zostały zjedzone! - powiedział w rozmowie z "The Times" oburzony Szmoliński. Przypuszcza, że zwierzęta po przybyciu do Phenianu zamiast na eksperymentalną fermę trafiły do kuchni i zostały podane na urodzinowym bankiecie dyktatora Kim Dzong Ila, który odbył się 16 lutego. (Rzepa)

poniedziałek, 09 kwietnia 2007
Wesele

Święta spędziliśmy na refleksji nad przemijaniem postaci świata oraz na weselu. Wesele było prawdziwie korzenne - na 250 osób, w tzw. sali weselnej będącej stumetrowym barakiem i rozpoczęło się niezapomnianym szlagwortem: "Ona jest szalona". Śpiewak i jednocześnie MC, wykazał się olbrzymim poczuciem humoru dedykując ten utwór drużbom,  improwizując w trakcie jego wykonania i zabawnie zmieniając słowa piosenki na: "Ona jest napalona". Towarzyszyła temu hip-hopowa melorecytacja zawierająca dramatyczne pytanie:"Tylko na kogo? Na Ciebie, czy na mnie?!".  A poźniej temperatura imprezy, pomimo chłodu na zewnątrz, tylko wzrastała. Niestety duch w narodzie ginie, przezornie zabrana sztacheta pozostała w bagażniku, piło się też umiarkowanie, co niestety potwierdza obiegową opinię, że trzeba uciekać z inwestycji w akcje producentów alkoholu. Gdyby jednak "Dom Weselny" wybierał sie na GPW, w ciemno polecałbym wejście w ten deal, to kura sikająca ropą naftową.

Zastanowiły mnie wielkie lustra wiszące na ścianach sali. Mam teorię mówiącą, iż dla gości weselnych stanowią one namiastkę warholowskich 15 minut sławy. Zobaczenie siebie w takim lustrze, to prawie jak zobaczenie się w TVP Kultura.

Dzieciaki okazały się absolutnymi party animals i musieliśmy je wywlekać do samochodu. Juniorka dopytuje się kiedy znowu pojedziemy na wesele, a junior wtóruje jej swoim: "da,da,da!" (co oznacza zarówno: "tak", "chce", jak i stanowi nawiązanie do piosenki zespołu Trio). Podsumowując, ja tam byłem, mjut i wino piłem, a kto czytał ten trąba.

ps. A w GW artykuł o moim idolu Jamesie Randim, dzięki któremu zacząłem doskonalić się w sztuce prestidigiti....prestidididi...w sztuce iluzji. I jeszcze jako bonus na dziś, zabawna wypowiedź Keitha Richardsa (za Wprost): Najdziwniejsza rzecz, którą próbowałem wciagnąc? Mój ojciec. Był skremowany i nie mogłem sie oprzeć, by skręcic z niego działkę.

poniedziałek, 02 kwietnia 2007
Dziwne obyczaje kosmitów
W  "Rzepie" poza jasnogórską obroną lustracji, ciekawy artykuł o pustyni Nasca (tam, gdzie jest ten starożytny kosmodrom, niby mówią, ze nie ma, ale to oczywiste ściemnianie kosmitów). W artykule opis zwyczajów ludu Cachuachi, który stosował dosyć specyficzne rytuały dotyczące składania ofiar. Otóż lamy (nie, nie lamowie) przeznaczone na ofiarę były duszone. W trakcie duszenie niestety puszczają zwieracze. Wysłanie bogom wygłodzonych lam mogło zostać jednakowoż przez owych bogów źle przyjęte. Sprytni Cachuachi rozwiązali ten problem - i tutaj dochodzimy do kwestii w sumie nawet bardziej interesujacej niż potencjalni kosmici startujący z kosmodromu w kształcie kolibra - poprzez zatykanie odbytów lam połówkami świnek morskich. No, to tyle co wyniosłem z lektury.