Nie ma przypadków, są tylko znaki.
Zakładki:
Moja książka, bo sam ją napisałem.

Jak zostac milionerem w 24 godziny
Zaglądam
Locations of visitors to this page Pagerank dla www.lonegunman.blox.pl
Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
View blog authority
visited 28 states (12.4%)
Create your own visited map of The World or website vertaling duits?
piątek, 21 marca 2008
Moje 14,5 minuty sławy

Jestem już po nagraniu niszowego programu dla kobiet, gdzie robiłem za Tego-Śmiesznego-Faceta-Od-Spraw-Które-Wszystkich-Nudzą, a dzisiaj o 1 w nocy idę do niszowego programu biznesowego, gdzie będę robił za Tego-Śmiesznego-Faceta-Od-Spraw-Które-Wszyscy-Znają (ale nie stosują!!!). Zastanawiam się, czy nie przekraczam pomału tej cienkiej granicy oddzielającej dobrą zabawę od pracy na rzecz wpisu na Pudelku.

A na poczatku to był taki prosty plan. Prosty i genialny. Każdy czytelnik bloga miał kupić książkę i namówić do kupna kolejne dziesięć osób. Te dziesięć osób miało, pod groźbą zapadnięcią na chorobę Creutzfelda-Jacoba, przekonać kolejne dziesięć. Po 64 ogniwach tego łańcuszka szczęścia, liczba nabywców książki przekroczyłaby liczbę mieszkańców Ziemi. Zostałbym najbogatszym człowiekiem na świecie. Odpaliłbym Wam po stówce, wszystkich Wietnamczyków zagonił na plan kolejnego Rambo, wywołał i wygrał wojnę z Microsoftem, przywrócił Plutonowi rangę planety, rozpoczął zaciąg na krucjatę przeciwko Belgii i Holandii, wybudował stadion na każdym większym skrzyżowaniu w Polsce, podgrzał Bałtyk, zmusił ONZ do przyjęcia deklaracji o zamknięciu dziury ozonowej, wysłał zaproszenie do obcych cywilizacji ze zdjęciem Pameli Anderson (sprzed 10 lat) i sklonował Belę Lugosiego. Świat znowu byłby pięknym miejscem do życia...

środa, 19 marca 2008
Rambo

No więc właśnie obejrzałem film Rambo osiem i pół. Film porusza coraz bliższą mi kwestię: jak pozostać superbohaterem po 60-tce. Otóż nijak. Stalowy Sylwek przypomina w tym filmie nadmuchaną żabę, czyli niby wygląda tak jak zwykle, ale tym razem w proces dmuchania musiała zostać zaangażowana sprężarka. W sumie przedstawia się to trochę przerażająco, ale raczej w stylu splatter punk niż badass guy movies. Doustne przyjmowanie anabolików doprowadziło u niego do przerostu warg, które wydają niepokojące mlaskanie przy każdym poruszeniu. Brzmi to jak Kaczor Donald na prochach. Sylwek mówi mało, żeby nie tracić oddechu, a każdy stumetrowy bieg pocięty jest na 50 ujęć, żeby mu mogli wymienić baterię w rozruszniku. I dalej tak mógłbym wylewać żale, że film obejrzą tryliony miliardów widzów, a mój wpis dwie - jak namówię żonę -ale zmierzam w innym kierunku. 

Najnowszy Rambo bez wątpienia zasługuje bowiem na Oscara w kategorii "Najlepsze efekty specjalne ukazujące wnętrze ludzkiego organizmu". Od czasu "Martwicy Mózgu" i "Było sobie życie" nie powstało nic równie sugestywnie zapoznającego nas z budową organów wewnętrznych człowieka. Efekty obgryzienia kończyn przez świnie, detale operacji wycięcia wątroby za pomocą maczety, eksplozja czaszki po zetknięciu z pociskiem z działka szybkostrzelnego - pomimo dużej konkurencji, Rambo jest absolutnym przełomem w tej dziedzinie. Efekty komputerowe są tak sugestywne, a co za tym idzie zapewne kosztowne, iż zacząłem się zastanawiać, czy nie taniej wyszłoby wynajęcie przez Sylwka mieszkańców wioski w jakimś Wietnamie czy Kambodży za dwie miski ryżu, a później zapłacenie ich rodzinom odszkodowania w postaci dwóch kolejnych misek. Właściwie jestem pewien, że tak to się właśnie odbyło.    

           

wtorek, 11 marca 2008
Kobieta a pieniądze

Sława pomału póka do mych drzwi. I nie chodzi bynajmniej o Sławę Przybylską. Zostałem zaproszony do niszowego programu dla kobiet. Mam mówić o tym, dlaczego kobiety lepiej zarządzają pieniędzmi. Sama teza jest ryzykowna, a mam ją jeszcze ubarwić licznymi anegdotami, w dodatku zrozumiałymi nie tylko dla mnie. Z tym ostatnim jak zwykle może być problem.

Jak wiecie, jestem poczciwym gawędziarzem - teoretykiem z pożałowania godnym doświadczeniem jednego raptem małżeństwa. Zatem zupełnie poważnie kieruję pytanie do licznych fanek niniejszego bloga o Wasze doświadczenie z kierowaniem budżetem domowym, poniżaniem mężczyzn wyższymi zarobkami, nietrafionymi inwestycjami, zakupami pod wpływem impulsu, wyrzutami sumienia z powodu zakupów pod wpływem impulsu itd, itd. 

A w ogóle, to chce zacząć żarcikiem, o tym, że dzięki kobiecie łatwo zostać milionerem, jeżeli wcześniej było się miliarderem. Myślicie, że ubawi to wszystkich do łez?       

piątek, 07 marca 2008
Zdradzam pointę

Spokojnie, nie mam zamiaru zamieszczać powieści w odcinkach. Szczerze mówiąc nie miałem pomysłu na wpis, a nie chciałem zostawiac Was samotnych na pustyni rzeczywistości na czas krótkiej przerwy konserwacyjnej. Ponieważ w reklamie może nastapić moment fachowo zwany punktem przegięcia, jest to również przedostatni wpis na temat książki. Aż za 20 lat zacznę pisać następną. Chyba, że po drodze wydarzy się coś arcyzabawnego.

"Jak zostać milionerem w 24h":

Jeżeli kupiłeś tę książkę ze względu na tytuł, to masz w tej chwili do wyboru: albo wyrzucić ją do kosza i nadal, jak dotąd, liczyć na szczęśliwe zrządzenia losu, albo pozbyć się zbędnych złudzeń i doczytać ją do końca, pomimo że realizacja przedstawionego w niej sposobu na zostanie milionerem może zająć Ci trochę więcej niż jeden dzień. Co powiedziałbyś na zostanie milionerem w 10 950 dni (czyli 30 lat bez wliczania lat przestępnych)? To całkiem realistyczny termin, ale za to tytuł brzmi fatalnie, prawda? Umieściłby on książkę na półce z innymi interesującymi poradnikami, które nigdy nie znalazły swojego wydawcy, takimi jak „Obsługa zszywacza biurowego w dwa tygodnie”, „365 sposobów lepienia kulek z chleba”, czy też „Nauka oddychania dla średnioozaawansowanych w miesiąc” . W końcu, kto dzisiaj pamiętałby o Bronisławie Malinowskim, gdyby jego książka nosiła tytuł „Życie seksualne dzików”?

Jeżeli wierzysz w hasło – edukacja jest najlepszą inwestycją (aczkolwiek jest to równie często slogan edukujących, co edukowanych) i jednak postanowiłeś kontynuować lekturę tej książki, mam dla Ciebie słowa zachęty: istnieje sposób osiągnięcia względnego bogactwa, nawet jeżeli nie masz zamożnych krewnych, szczęścia w grach liczbowych, majętnej narzeczonej/narzeczonego, odwagi i braku skrupułów do popełnienia przestępstwa czy pomysłu na własny biznes. Nie musisz być też nadmiernie pracowity. Ani nawet wybitnie zdolny lub inteligentny. Oczywiście wiem, że posiadasz wszystkie te cechy, gdyż inaczej nie zaszedłbyś tak daleko w lekturze. Ale teoretycznie mógłbyś posiadać inteligencję uchatki. Jedyną cechą, którą musisz mieć, jest cierpliwość.

Zapewne znasz opowieści o kobiecie, która odkładała codziennie jednego dolara i dzięki rozsądnemu inwestowaniu przechodząc na emeryturę kupiła wart kilkaset tysięcy dolarów apartament na Florydzie? Lub o listonoszu, który wracając codziennie z pracy, zbierał po jednym kamieniu, z których po 30 latach zbudował sobie dom? Lub innym zbieraczu-hobbyście kolekcjonującym wypalone zapałki, z których po dwóch dekadach stworzył naturalnej wielkości replikę Santa Marii – flagowego okrętu Kolumba – i przepłynął nią Atlantyk? Akurat ta ostatnia historia jest mało znana i nie najlepiej udokumentowana. Szczerze mówiąc, wymyśliłem ją przed chwilą. Ale morał z płynący z tej i poprzednich opowieści jest jak najbardziej prawdziwy: każdy może dokonać wielkich rzeczy – w tym zostać milionerem – dysponując odpowiednio długim czasem.

wtorek, 04 marca 2008
Jak nie zostałem milionerem w 24 godziny

No, misiowie moi puszyści, dosyć tego głaskania się po brzuszkach. Rozbijać skarbony i skakać do empiku! Książka ze świetną i jakże zaskakująco niebanalną okładką, już powinna tam na was czekać.  Nie musicie się trudzić jakimiś komentarzami, uwagami lub recenzjami. Pozytywne będą oczywiste, a negatywne i tak wykasuję.

Niestety, nie moge wykasować recenzji leniucha, która jak na mój gust jest zdecydowanie za mało entuzjastyczna i generalnie zawiera za mało wykrzykników. Ale mam wiele zrozumienia dla ludzkich słabości, nawet tak przyziemnych jak zazdrość.

Jak pamiętacie, początkowo miałem zamiar cieszyć się na tym blogu anonimowością i artystyczną wolnością, ale biorąc pod uwagę, że jesteście dyskretni jak Doda opowiadająca o swoim życiu seksualnym, uznałem, że to strategia z góry skazana na porażkę. Za to nieco odchudziłem bloga, jest teraz bezbarwny jak życiorys Gosiewskiego i płaski jak EEG Lenina, ale za to poprawny politycznie i dozwolony dla dzieci od lat siedmiu.

Skoro już dokonałem kejmautu to kilka najbliższych wpisów poświęcę temu jak wziął w łeb mój szczwany plan zostania Bardzo Bogatym Rentierem (nie, nie Reniferem, że uprzedzę żarcik hjuston). To znaczy jeszcze nie wziął, ale tak sobie ekstrapoluje, odkąd dowiedziałem się, że w Polsce ukazuje się rocznie ponad 20 tysięcy tutułów o średnim nakładzie 4-5 tysięcy egzemplarzy. Jak policzyłem bliższą i dalszą rodzinę, znajomych z naszej-klasy oraz 4 czytelników niniejszego bloga  wyszło mi, że potrzebuję jeszcze od 3 890 do 4 890 nabywców, żeby zmieścić się w średniej i jakieś 999 999 890, żeby dogonić pania Rowling.     

ps. Jak ktoś jest bardzo oszczędny, to może ksiażkę wygrać w konkursie interii. Ponieważ pytania są podchwytliwe, więc podpowiadam, że odpowiedź na pierwsze z nich brzmi: taksydermistą.

poniedziałek, 03 marca 2008
Abdel Ali Slimani

Miał być wpis o książce, ale nie będzie, bo wydawnictwo, kierując się badaniami fokusowymi, wydało ją w nakładzie dwóch egzemplarzy - jeden dla autora i jeden na przemiał. Szanse na jej odnalezienie w księgarni są zatem raczej marne. Co by jednak zabić czas, puszczam kolejny odcinek Hombrew MTV. Ta muza już kiedyś robiła za podkład, ale ponieważ się na niej nie poznaliście, więc bedę ją puszczał aż się poznacie. Autor nazywa się Abdel Ali Slimani (serio) i mruczy piosenkę o wdzięcznym tytule "Mraya". Pewnie o ścinaniu głów niewiernym. W tle niezwiązane z niczym obrazki ze sssstrony: www.ffffound.com