Nie ma przypadków, są tylko znaki.
Zakładki:
Moja książka, bo sam ją napisałem.

Jak zostac milionerem w 24 godziny
Zaglądam
Locations of visitors to this page Pagerank dla www.lonegunman.blox.pl
Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
View blog authority
visited 28 states (12.4%)
Create your own visited map of The World or website vertaling duits?
środa, 28 marca 2007
Zajobista komedia

Po wieczornym spacyfikowaniu dzieciarni obejrzałem sobie kolejna polską komedię, która próbuje naśladować Guya Ritchego, ale nie chodzi mi w tym momencie o małżeństwo z Madonną, tylko o styl, a muszę tutaj wspomnieć, że "Przekręt" uważam za od 10 do 12,35 raza lepszy od "Pulp Fiction". Ponieważ my tu jednak wszyscy w ojczyźnie bardziej z roli i z tych, co to żywią i broną, to i komedia raczej wieśniacka, a część tak zwanych gagów, to po prostu ilustracja żartów, które sobie z chłopakami opowiadaliśmy w przedszkolu (a było to już jakiś czas temu). Ilustracja: jeden z bohaterów chce się nauczyć angielskiego przez sen, ale przez pomyłkę kupuje płytę z językiem węgierskim i wstając rano z zaskoczeniem stwierdza, że  biegle posługuje się językiem Petofiego a nie Byrona. Warto przypomniec, że podobne problemy przeżywał już Tytus  przygotowując sie do podróży wannolotem.

W całym filmie są 4 gagi, które mnie rozbawiły. W tym celu coby wam oszczędzić czasu zmarnowanego na obejrzenie całości, przytoczę je tu wszystkie: 1. Osiedlowy supersam, który wybucha w pierwszej scenie nazywa się Stonka (przyczyna wybuchu pozostaje nieznana do końca filmu, chyba mieli jakaś kasę na efekty specjalne). 2. Mama do synka: Tylko uważaj przechodząc przez jezdnię. Synek: Grozisz mi? (oczywista to kalka z Cartmana, ale nadal śmieszna). 3. Henio Gołebiewski (Cegiełka) gra w filmie dobrze ustawionego prezesa firmy Edi-Alu handlujacej złomem. 4. W kinie, z którego wychodzą główni bohaterowie wyświetlany jest film: "Matrix V: Rekolekcje".

Przeczytałem to co powyżej i nawet te sceny nie wydają mi się już takie śmieszne. Właściwie to od roku nie obejrzałem bez zażenowania żadnego polskiego pop-filmu. "Samotność w sieci" była typowym szczękołamaczem, "Dublerzy" stanowili silną konkurencję dla "Planu 9 z kosmosu", "Nigdy w życiu" (tak, tak, to też obejrzałem, żona mnie zmusiła) porażało wyznaniami miłosnymi w stylu: Chcę, żeby moja wiertarka wróciła do twojej lodóweczki.

ps. Dla potrzeb obcokrajowców zaglądających na ten blog wyjaśniam, że przeczytaliście recenzję filmu "Job, czyli ostatnia szara komórka" Konrada Niewolskiego (oryginalne hasło reklamowe filmu przytaczam w tytule).

sobota, 24 marca 2007
Mid-life mid-class crisis

Kobiety mają swoje małe smuteczki. A to, że obcas się złamał, a to zupa za słona, a to pupa za duża albo za mała, a to facet zapomniał jej odpowiedzieć na pytanie, którego ona zapomniała zadać, ale to i tak nie zwalnia go od bycia draniem. Mężczyźni mają bardziej totalne smutki. Dotyczące życia albo śmierci albo braku piwa w lodówce. Mój na ten przykład smutek bierze się z tego, że jestem cholernie szczęśliwy. Trudno mi sobie wyobrazić, żebym był szczęśliwszy. Czyli raczej funkcja szczęścia zbliża się z każdym rokiem do punktu przegięcia. Jestem w sytuacji człowieka, który wdrapał się na szczyt góry, rozejrzał i pomyślał: A teraz, kurna, osiem godzin schodzenia. Ktoś powie, to lepsze od stoczenia się z góry (co zawsze może nastąpić) albo od stania pod górą, szczególnie jak się na  przykład nie ma nóg. Albo jak cię przysypie lawina. No, ale skoro się już wie, że przed nami nie za dużo szczytów (i szczytowań - musiałem to powiedzieć. Inaczej powiedziałby to trudnośnięty lub troć) trzeba uważnie stawiać kroki. Faceci przeżywający taki mid-life crisis zazwyczaj wymieniają żonę na młodszą, kupują lepszy samochód, zaczynają uprawiać sporty ekstremalne (przypis 1 - tam na dole). Problem w tym, że po pierwsze jestem leniwy, a po drugie - powołam się w tym momencie na mądrość ludową - lepsze jest wrogiem dobrego. Na przykład, gdybym znalazł sobie 18-letnią kochankę, to byłoby ona kosztowna i czasochłonna, a po dwóch tygodniach wiedziałbym już, że chrapie w nocy, uwielbia Tokio Hotel, mówi "włanczam", a "Sonda" kojarzy się jej jedynie z płukaniem zołądka. Czar nowości pryska a zabrudzona kartoteka karmiczna pozostaje. Mógłbym też na przykład kupić lepszy samochód.Ale taki samochód nic poza jeżdzeniem w zasadzie nie robi. A mój stary samochód też jeżdzi. I wysiedziałem w nim przytulny dołek. Może gdybym kupił sobie helikopter zaszłaby jakaś jakościowa zmiana (przypis 2) ? Na razie kupiłem sobie taki mały, sterowany radiem. Pobawiłem się i oddałem Juniorowi. Junior nadal nie mówi, ale latanie helikopterem idzie mu nieżle. Myślę, że od tego wszystkiego wyrośnie mu druga głowa. Co się tyczy sportów ekstremalnych, to też za dużo ich nie zostało. Mam nadzieję zaliczyć w tym roku wszystkie na literę W, Y i Z, ale tak bardziej z obowiązku niż dla przyjemności. Pozostaje chyba tylko jakieś przebudzenie duchowe. Może satanizm?

Jakieś inne pomysły na reszte życia? Sensowne.  

Przypis 1. W okolicach 40-tki rośnie liczba tzw. zgonów rekreacyjnych. Chłopaki mając w świadomości swój wizerunek sprzed 20 lat, wyruszają na biegun, gdzie dopada ich alzheimer.

Przypis 2. W związku w licznymi pytaniami wyjaśniam, że na prawdziwy helikopter mnie nie stać. To był przykład. Stać mnie na nowy rower.

czwartek, 22 marca 2007
Łysy sypie

Właściwie nie chciało mi się pisać o taśmach prawdy Oleksego, bo sprawa jest dosyc jasna. Józek wykonał trudny technicznie manewr jednoczesnego kopnięcia się w jaja i w tyłek, znany od tej pory jako podwójny ritberger Oleksego. A ponieważ naraził się chłopakom z ferajny, w najbliższym czasie czeka go spacer w betonowych butkach po dnie Wisły z rybą w ręce i kamieniem na języku. Rozbawiło mnie za to stwierdzenie Józka: Ćwiczę umysł, dużo czytam i będę, kurwa, jak brzytwa. Józek Brzytwa Oleksy.      

środa, 21 marca 2007
Rosomaki

Przeczytałem właśnie w GW, że w transportowcu opancerzonym Rosomak montowany jest standardowo odtwarzacz MP3. Wzruszyło mnie to tak bardzo, że od razu postanowiłem się tą informacją z Wami podzielić. Jakieś inne propozycje?

Poza tym oglądam sobie "Prison break" (z wdziękiem przetłumaczone na "Skazany na śmierć") i czytam w Newsweeku wspominki o Scottcie, ale nie Riddley'u tylko Robercie, typowym brytyjskim bufonie, który na wyprawę na biegun południowy zabrał kucyki. W kilka dni kucyki zamarzły lub zostały pożarte przez orki (nie, nie takie z Władcy Pierścieni). W drodze powrotnej zamarzł sam Scott, który jednak w liście do żony (tytułowanej już wdową) napisał, że cieszy się, iż podjął się tej wyprawy, gdyż raz jeszcze udowodnił hart ducha angielskiego dżentelmena. Ostatnie chwile życia  zatruwała mu jedynie myśl, że w zdobyciu bieguna wyprzedził go Amundsen. Jak wspaniały system indoktrynacji stworzyło Imperium Brytyjskie hodując obywateli, którzy podejmowali się najgłupszych przedsięwzięć i nie czuli nawet specjalnego żalu rozstając, się w trakcie ich realizacji, z życiem. W dodatku kopiąc w kalendarz z imieniem krolowej na ustach.  A "Prison break" do obejrzenia. Bez zachwytów. Trochę za duże spiętrzenie nieprawdopodobieństw. Gdyby "Prison break" było poświecone wyprawie Scotta, to  kucyki zagryzłyby orki. "Prison break" nie jest poświecone wyprawie Scotta. Tak mi to tylko przyszło do głowy.

sobota, 17 marca 2007
Tym razem bez seksu, chociaż hardcorowo

Za kilkanaście dni ukaże się nowa płyta zespołu Pogodno z muzyką do spektaklu "Opherafolia". Widzowie mogli go obejrzeć podczas ubiegłorocznego Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Oparty został na "hardcorowym blogu Alinki z Gryfina, dziewczyny nad wyraz wrażliwej, ale zdemoralizowanej środowiskiem w którym przyszło jej żyć". Album "Opherafolia" to jeden z elementów projektu, na który składają się również spektakl muzyczny oraz film dokumentalny z pleneru/obozu artystyczno-integracyjnego na stacji Wolimierz pod wodzą twórców spektaklu: Dymitra Walczaka, Romana Grawera, Jana Dzbana i zespołu Pogodno, który miał miejsce zimą ubiegłego roku. Krążek ukaże się 30 marca nakładem Mystic Production. Promuje go singel z kompozycją "Alinka". (onet.pl)

"Alinka" lata już w Trójce. Jan Dzban istnieje także w "Tekstyliach bis", czyli encyklopedii młodych (młodych, hehe) tfu-rców. O jego prozie wypowiada się m.in. Masłowska. Z wypowiedzi wynika, że to głupia blondyna ruda, która jeszcze niewiele wie o życiu.  Mam poczucie, że jakoś, po cześci ukształtowałem Dzbana. Gdyby nie ja, bytowałby w sposób gnuśny i pykniczy i dopiero dzięki mnie poznał ciemną stronę egzystencji. No, może bez przesady, ale kilka razy nie dałem mu na piwo, a raz nawet zabrałem do myjni samochodowej i kazałem siedzieć w środku, kiedy zaczęły nas otaczać te złowieszcze szczotki.

wtorek, 13 marca 2007
Edukacja

Czasami nachodzi nas potrzeba zapoznania dzieci z ciemną stroną życia. No bo powiedzmy sobie szczerze, żyją w cieplarnianych warunkach, nie znają nocy stanu wojennego, ani szoku zwiazanego z brakiem Teleranka w TVP, nie znają szarego papieru toaletowego, ani paprykarza szczecińskiego (za którym, prawdę mówiąc, nieco tęsknię), ani filmów Romana Wionczka ani świata, w którym Kaczora Donalda puszczano raz do roku, po 12 godzinnej relacji z obrad plenum KC PZPR.

Zatem, po wręczeniu datku weteranowi wojennemu z Afganistanu koczującemu pod naszym kościołem, rozpoczęliśmy z małżonką krótka pogadankę o tym jak będzie wyglądał świat, kiedy w pracy zorientują się w końcu, że problemy z przepustowością łącza mają coś wspólnego z fascynacją taty słabo skompresowanymi filmami o potworach z laguny.  Że będziemy musieli jakoś przepędzić weterana z Afganistanu, że lody bedziemy widzieli tylko, gdy spadnie śnieg, że trzeba będzie ograniczyć liczbę nerek w rodzinie, że będziemy jeść suchy chleb, a w niedzielę z odrobiną soli, że wszędzie trzeba będzie chodzić na piechotę, więc będziemy musieli się dzielić butami itd, itd. Po długim milczeniu, które zmusiło nas do zastanowienia, czy nie przesadziliśmy z szokową terapią odkrywania prawdy o życiu, usłyszeliśmy od juniorki taką wypowiedź: "Eee...przesadzacie rodzice. Samochód to na pewno będziemy mieli. A ja będę jadła w przedszkolu". Jak mówi dyrektor Moczyknur w "Potworach": Dzieci coraz trudniej dzisiaj straszyć.

poniedziałek, 12 marca 2007
Wstrząsający w formie i treści komiks o przygodach potwora z Loch Ness

Nad jeziorem Loch Ness jak codzień wstawał świt. Z oddali dobiegał dźwięk kobzy.

Nad brzegiem jak codzień bielały kości ofiar potwora. Kobza smętnie zawodziła.

Nagle! Na powierzchni wody ukazała się charakterystyczna V-fala spowodowana tarciem głowy potwora o powierzchnię jeziora. W tle słychać było skocznego reela.

Tam on jest!

Z otchłani wypełzł ohydny stwór. Po wodzie niosło się Auld Lang Syne.  

(opowieść zrozumiała bardziej dla osób znających kontekst oraz głównych bohaterów eposu).

czwartek, 08 marca 2007
Kopa w rzyć demokratom
Okazało się, że rodzina Gore zużywa więcej energii i gazu w miesiąc, niż przeciętne amerykańskie rodziny w rok. Facet chce zwiększyć efekt cieplarniany, żeby dostać nastepnego Oscara za następny film o zwalczaniu efektu cieplarnianego. Nigdy nie wierzyłem demokratom. McCarthy powinien załatwić ich wszystkich.
wtorek, 06 marca 2007
Wilq, czyli Anthony de Mello w wersji spidowej

Absolutnie najlepszy słowiański komiks z okolic Opola.

poniedziałek, 05 marca 2007
5 rzeczy których o mnie nie wiecie
i się nie dowiecie.
czwartek, 01 marca 2007
Z archiwum XXX

Tak sobie przeglądam, a czasami czytam różne rzeczy, wyznaczam linie powiązań, szukam prawdziwych znaczeń i wychodzi mi, że koniec świata za trzy lata jak w mordę strzelił.

Mężczyźni mieszkający w głównym mieście Tanzanii, Dar es Salaam, żyją w strachu przed atakami o podłożu seksualnym, których sprawcą ma być podobny do nietoperza demon. Część osób obarcza odpowiedzialnością za ataki demona zwanego Popo Bawa, co w tłumaczeniu oznacza skrzydlaty nietoperz. Niektórzy mężczyźni czuwają przez całą noc, a część śpi w grupach poza domami. Inni z kolei smarują się świńskim tłuszczem, aby zniechęcić Popo Bawa. Doniesienia o działalności demona stały się powszechne już wiele lat temu w Zanzibarze, skąd ma pochodzić.

Prawdopodobnie wiąże się to jakoś tą Polką, która poleciała na lotni wyżej niż Everest i przeżyła, ale ma teraz cholerny lęk wysokości. 

A w ogóle to zgłosiłem się do Syndykatu. Być w Syndykacie Gazety Wyborczej, to jak oficjalnie dołączyć do Tajnego Sanhedrynu albo Rady Mędrców z Agharty.  Być w Syndykacie, to bardziej cool niż dostać legitymację Ogólnoświatowego Związku Illuminatów. Nosiłbym taki malutki znaczek wycięty z tekturki "Jestem w Układzie", chodził w fartuszku murarskim z cyrklem w jednej rece i kielnia w drugiej, chrząkał znacząco i mrużył szklane oko. Tak sobie marzyłem, ale nie spełniam warunków regulaminu. Przez grzeczność nie podali których. Najbardziej pasuje "blog nie może nawoływać do nienawiści rasowej ani puszczać smętny żartów o red. Michniku". Może też nie jest to "blog tematyczny", chociaż ja uważam, że jest bardzo tematyczny, wręcz monotematyczny. Tak czy inaczej, zostaje z Wami w - jak to ładnie zostało nazwane - Szumie (W bardziej mistycznym ujęciu Syndykat to miejsce przebywania sefirot, a Szum to oczywiście Szeol).