Nie ma przypadków, są tylko znaki.
Zakładki:
Moja książka, bo sam ją napisałem.

Jak zostac milionerem w 24 godziny
Zaglądam
Locations of visitors to this page Pagerank dla www.lonegunman.blox.pl
Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
View blog authority
visited 28 states (12.4%)
Create your own visited map of The World or website vertaling duits?
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Niech nam żyje młoda para!

Zwykle staram się udowodnić, iż wymyślony przez teoretyków ekonomii racjonalny homo oeconomicus nigdy nie istniał, a my w swoich wyborach kierujemy się przypadkiem, wypaczonymi przez kulturę emocjami i błędną oceną sytuacji wynikającą z nieumiejętnej obsługi własnego mózgu. Dzisiaj jednak dla odmiany zagram adwokata diabła, pokazując racjonalność czającą się za, na pozór ekonomicznie bezsensownym, poparciem dla ślubów par homoseksualnych. Jeszcze tylko disclaimer: w tej króciutkiej analizie nie interesują mnie kwestie obyczajowe, etyczne, czy kulturowe. Przyjmuję natomiast proste założenie, iż ludzie dokonują wyborów w zgodzie z własnym interesem ekonomicznym i unikają decyzji w tej interes godzących. Zgodnie z tym założeniem pary homoseksualne, zamierzające pozostawać w długoletnich relacjach z wybranym partnerem słusznie domagają się możliwości zawierania pełnoprawnych ślubów, a znaczna cześć heteroseksualnej populacji słusznie się tej możliwości przeciwstawia. Zawierając ślub (a nie jakiś jego cywilnoprawny ersatz) homoseksualiści  mogą w pełni korzystać z ulg podatkowych (np. dotyczących prawa spadkowego), które ustawodawca przewidział jako - niewielką - rekompensatę za koszta ponoszone przez heterseksualne małżenstwa na wychowanie i wykształcenie dzieci. Oczywiście, takie rozwiazanie jest niekorzystane zarówno dla heteroseksualistów, którzy muszą z tego powodu znosić wyższe podatki (czyjaś ulga jest zawsze czyimś obciążeniem), jak również dla przytłaczającej większości społeczności homoseksualnej, która nigdy nie zamierza zawierać długotrwałych związków (chęć zawarcia ślubu deklaruje zaledwie kilka procent homoseksualistów).

Można zastanawiać się, czy w takim razie śluby powinny zawierać tylko te pary, które deklarują chęć adopcji (lub urodzenia - w przypadku par lesbijskich) dziecka. Par takich jest jeszcze mniej niż tych deklarujących chęć wejścia w związki małżenskie, ale to jednak trochę inny temat.

Jakie jest zatem ekonomiczne uzasadnienie rosnącego poparcia dla ślubów homoseksualnych? 

Zgodnie z założeniem - interes ekonomiczny. Obecnie w Stanach Zjednoczonych tzw. biznes ślubny generuje 0,5% PKB (czyli jest wart ok. 70 mld dolarów). Zalegalizowanie ślubów par homoseksualnych oznaczałoby wzrost tego sektora o 17 mld dolarów. Kolejne 2-3 mld generowałyby wydatki związane z interesem homorozwodowym  (Forbes 12/2009). Oczywiście nie wszyscy popierający śluby homoseksualne są wedding plannerami, wytwórcami tortów weselnych, przedstawicielami biur podróży ze specjalnymi ofertami dla nowożeńców, prawnikami i pracownikami USC. Jest to jednak dosyć duża grupa lobbyingowa, do której należy dodać także osoby żyjące z promowania poprawności politycznej, czy też liderów ruchu homoseksualnego, ktorym coraz trudniej przychodzi ustalenie nowych celów działania w świecie, w którym upadła już większość barier. Z pewnością istnieje też znaczna grupa ludzi, których nie obchodzą lub którzy nie zastanawiają się nad ekonomicznymi konsekwencji swoich decyzji. 

Czyli część "pro-weddingowców" zachowuje się racjonalnie, a część jednak niestety nie i ten adwokat diabła słabo mi wyszedł.

A tutaj coś w temacie, czyli Brokeback Mountain w konwencji fantasy (+ seks międzygatunkowy), czyli gra Dragon Age, czyli kreatywni marketingowcy w nieustającym poszukiwaniu nowego targetu.

 " callback6839="function () { return eval(instance.CallFunction("" + __flash__argumentsToXML(arguments,0) + "")); }">

15:34, lonegunman
Link Komentarze (8) »
środa, 23 grudnia 2009
Słowo na niedzielę

Jeżeli coś mnie jeszcze trzyma w pionie na tym padole generalnie łez i mozołu, to przekonanie o poczuciu humoru Pana Boga. Przekonanie powyższe skłania mnie do przypuszczenia, że to wszystko nie jest tak do końca na serio.

PB czasami stosuje humor sytuacyjny, na przykład zsyłając na Europę zamieć śnieżną w ostatni dzień konferencji poświęconej ociepleniu klimatu. Czasami skojarzeniowy, jak w przypadku nadania matce Buzza Aldrina nazwiska Moon. Dobrze, że nie jest zwolennikiem komedii slapstickowej, bo rodzilibyśmy się ze skórką od banana przyczepioną do stóp. Z drugiej strony obserwując mechanikę aktu seksualnego, trzeba przyznać, że jest w nim coś z burleski. Przynajmniej mamy lepiej od ślimaków, których organa płciowe potrafią się tak zapętlić, iż pozostaje je jedynie odgryźć.

Ulubionym rodzajem humoru PB jest chyba jednak humor koincydentalny. Sam wymyśliłem ten termin i nie mam do niego jeszcze dobrej definicji, więc posłużę się przykładem. Czy zastanawialiście się czego właściwie zostaliśmy pozbawieni rankiem 13 grudnia roku pamiętnego? Otóż sławetny, nigdy nie wyemitowany odcinek Teleranka miał być poświęcony zlotowi czarownic na Łysej Górze, a gościem programu był Lech Emfazy Stefański z Polskiego Towarzystwa Psychotronicznego. Czy generał Jaruzelski zadawał sobie sprawę, że stawia tamę zalewowi szatanizmu w Polsce? - jak zapytałby retorycznie Bogusław Wołoszański.

Gdyby Stauffenberg stracił w wyniku ostrzału jeden palec mniej, zapewne nie miałby problemu z uruchomieniem zapalników obu bomb, które nosił w teczce. Gdyby obie bomby eksplodowały, żadna dębowa noga od stołu nie uratowałaby Hitlera. Gdyby nie mgła panująca w Monachium 8 listopada 1939 roku, Hitler nie wyszedłby wcześniej ze spotkania ze swoimi towarzyszami partyjnymi, śpiesząc się na pociąg i 40 dni (a właściwie nocy) pracy Georga Elsera, polegającej na drążeniu schowka na bombę zegarową, nie poszłoby na marne, a wojna mogłaby się skończyć 6 lat wcześniej.

Te dwa ostatnie przykłady koincydencji i ich konsekwencji wydają się dosyć niepokojące, ale być może Niemcy, nierzucone na kolana, dyktujące warunki zawarcia pokoju i kontynuujące spokojnie pracę nad bomba atomową, rakietami średniego zasięgu i superżołnierzami z wampirzym DNA mogłyby sie okazać za kilka lat jeszcze groźniejsze niż Niemcy rządzone przez Hitlera. Może rzeczywiście istnieje Plan?

W ostatnim roku w konfliktach zbrojnych zginęło na świecie ok 26 tysięcy ludzi. Dla nich nie ma to już pewnie znaczenia, ale tak spokojnie po raz ostatni było na świecie gdzieś 3000 lat temu, koło XI w p.n.e, kiedy to poszukiwania innych ludów do podboju zajmowało zbyt dużo czasu i sił, żeby starczało ich na jakiś poważniejszy i dłuższy konflikt.

I z tą wesołą refleksją zostawiam Was na Święta.

środa, 16 grudnia 2009
Jak zostać milionerem w 24 godziny. Tym razem na serio.

Jeszcze nie wybrzmiała poprzednia świetna notka, a tu już kolejna, ale wpadł mi w ręce listopadowy numer Przekroju, a w nim artykuł wyjaśniający jak Zderzacz Hadronów spowoduje koniec świata.

Otóż Natura kieruje się w swoim działaniu zasadą lenistwa (mógłbym napisać: Bóg kieruje sie w swoim działaniu zasadą lenistwa, ale brzmi to jakoś kacersko). Zasada to mówi, iż Działanie wykonywane jest w taki sposób, aby zoptymalizować jakąś funkcję, najczęściej związaną z wydatkiem energii. Na przykład światło leci po takiej trajektorii, aby dotrzeć w inne miejsce w jak najkrótszym czasie. (tak, zaburza to związek przyczynowo-skutkowy, bo niby skąd światło wie dokąd leci, ale podobno nie takie rzeczy dzieją się w świecie kwantowym)

Dwóch fizyków teoretyków, w tym jeden z twórców teorii strun - Holger Bech Nielsen oraz jego japoński sidekick - Masao Ninomiya stworzyli wzór pokazujący, iż odkrycie czasteczki Higgsa (jeden z podstawowych celów budowy Zderzacza Hadronów) zaburzy "zasadę lenistwa", a tym samym nigdy do niego nie dojdzie. Nielsen i Ninjasan starali się w ten sposób wyjaśnić serię dziwacznych zdarzeń, które przytrafiały się Zderzaczowi w ostatnim czasie.

Teoria może nieco ekscentryczna, ale za to doskonale weryfikowalna empirycznie. Panowie NN zaproponowali eksperyment, w którym wyciagnięcie jedynego asa z talii liczącej milion kart spowoduje zamknięcie Zderzacza. Jeżeli Natura nie chce, aby kolajder działał, to spowoduje wyciągnięcie z talii właśnie tego asa.

Jajogłowi są sprytni, ale mało praktyczni. Ten sam eksperyment można przeprowadzić przy nieco innych założeniach. Należy skreślić 6 liczb w totka (albo jednocześnie we wszystkich konkursach liczbowych odbywających się na Ziemi), przy założeniu, iż połowę zdobytej w tej sposób fortuny wyda się na przygotowanie ataku terrorystycznego na instalację pod Genewą. Jeżeli panowie NN nie pomylili się przy tworzeniu wzoru (a nasz zamach w przyszłości się powiedzie),  możemy w ciągu jednego dnia stać się miliarderami, a jednocześnie uchronić Ziemię przed zagładą.

Jeżeli bowiem Zderzacz nie zostanie zamknięty, to albo nastąpi kolejna seria dziwnych katastrof albo jedna wielka, w której problem badań nad bozonem Higgsa zostanie rozwiązany na dłużej (a jeżeli założymy, że inteligentne życie rozwinęło się jedynie na Ziemi, to być może na zawsze).

Za tym drugim rozwiązaniem przemawia dziwna koincydencja czasowa - eksperymenty w Zderzaczu potrwają około roku, następne dwa lata zajmie obróbka danych. Oznacza to, że na ślad cząstki Higgsa możemy wpaść, a właściwie moglibyśmy wpaść, gdyby nie było to sprzeczne z prawami natury, pod koniec 2012 roku.

Pewnie koło grudnia.

11:33, lonegunman
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 14 grudnia 2009
More sex is safer sex

Tytuł nie jest mój, a szkoda, bo takie tytuły wręcz zmuszają do sięgnięcia po książkę. Może przynajmniej opalę się nieco w blasku jego atrakcyjności.

Autorem genialnego tytułu jest Steven E. Landsburg, z którego korzystałem niedawno przy opisywaniu jak dobrze nam się obecnie dzieje. Landsburg jest ekonomicznym fundamentalistą, dla którego ekonomia jest nauką, a ponieważ jednak jest nauką aspirującą - nie do końca pewną swego - więc stara się podkreślić swoją uniwersalność, unikając jak ognia moralności czy wnikania w różnice psychologiczne pomiędzy osobnikami homo oeconomicus. W wielu przypadkach daje to efekt niejakiego odrealnienia (jak w znanym brodatym żarcie o matematyku zmuszonym do wygłoszenia odczytu podczas zebrania kółka rolniczego: "Weźmy modelową okrągłą krowę...), w innych przynajmniej intryguje.      

W tym miejscu pora na małe rozczarowanie - więcej seksu oznacza bezpieczniejszy seks tylko dla niektórych. Zacznijmy zatem od naszej okragłej krowy, czyli założenia, że pula seksu dostępnego w populacji jest w zasadzie stała. Barbara może się oddać Stefanowi - 40-letniemu działaczowi organizacji pozarządowych mieszkającemu nadal z matką lub Tomaszowi - agentowi CBA, lat 30. Stefan utrzymuje kontakty seksualne ze średnią liczbą 2 partnerek w roku - w tym jedną stanowi postać z Leisure Suit Larry - a Tomasz z ponad 20 partnerami rocznie. Stefan nie ma nawet opryszczki, a Tomasz jest nosicielem wirusa HIV. Jedyną szansa na uratowanie Barbary przed zarażeniem jest nakłonienie Stefan, aby stał się seksualnym drapieznikiem i podniósł średnią swoich partnerów seksualnych przynajmniej o jeden. Tomasz w tej sytuacji będzie musiał zadowolić się 19 partnerkami rocznie. Michael Kramer  z Harvardu policzył nawet, iż do zatrzymania rozprzestrzeniania się AIDS w Wielkiej Brytanii należałoby skłonić wszystkich osobników mających mniej niż 2,25 partnera rocznie do zwiększenia swojej aktywności o dodatkowego jednego lub dwóch partnerów. Co ciekawe, trzy czwarte Brytyjczyków mieści się poniżej tego limitu. To znaczy, ciekawe, że jedna czwarta przekracza ten limit, czemu nie sprzyja przecież zbytnio ani klimat ani atrakcyjność populacji.

Dalej Landsburg przedstawia śmiertelne zagrożenie ze strony monogamii oraz sposób na zlikwidowanie prostytucji poprzez zwiększenie liczby zdrad małżeńskich. Nie bardzo wiem, jak możnaby to wykorzystać w praktyce, ale te teoretyczne rozważania znajdują pewne empiryczne potwierdzenie. Otóż rozkwit ruchu wstrzemięźliwości seksualnej w Stanach nie spowodował żadnego widocznego obniżenia zachorowalności na choroby weneryczne. Zupełnie jak z alkoholem - pijąc - szkodzisz sobie, nie pijąc - szkodzisz krajowi.        

12:36, lonegunman
Link Komentarze (4) »
czwartek, 10 grudnia 2009
Panopticum

Dzisiaj dla odmiany, zamiast normalnie odpowiedzieć leniuchowi w komentarzu, dam pełnoprawną notkę, dzięki czemu odwalę normę blogowania na ten tydzień.   

Panopticum przedstawione na zdjęciach nie należy niestety do mnie lecz -w pierwszej cześci - do pana Sir Wellcoma, który zasłynął założeniem fundacji Wellcome Trust, wydającej na badania biologiczno-medyczne prawie tyle ile wynosi cały budżet nauki w Polsce. Pan Sir Wellcome poza tym, że był obrzydliwie bogaty, miał również kolekcję większą od kolekcji Luwru (pod względem liczby egzemplarzy), z tym, ze specjalizował się - jak widać - w protezach kończyn, kałamarzach zrobionych z głowy kozła oraz penisach wotywnych.  Maski pośmiertne na jednym ze zdjęć należą do panów Newtona, Voltera i Raphaela, kimkolwiek by oni byli. Poza tym wiem, że klikanie na linki to teraz obciach, ale naprawdę rzućcie tu okiem.  

Druga część galerii pochodzi z kolekcji pana Roberta LeRoy Ripleya, który był kimś w rodzaju naszego Tony Halika, tyle że on podróżował po świecie, aby zbierać takie artefakty jak np. sławetna syrenka z Fidzi, będąca w rzeczy samej sprytnym połączeniem małpki kapucynki z rybą-pilotem, co nie przeszkadzało jednakowoż jej karierze w cyrku Barnuma. Na jednym ze zdjęć widać także gipsowy odlew głowy pewnego chińskiego przewodnika po Pekinie. Dla poprawy swojej atrakcyjności turystycznej wywiercił był on sobie w głowie otwór, w który wstawił świeczkę, stając się tym samym pierwszym człowiekiem ze świeczką w głowie.

Obaj panowie mieli w swoich kolekcjach także pomniejszone głowy (prawidłowo zwane tsants, do kupienia za 50 dolców sztuka), które wyraźnie w latach 20-tych ubiegłego wieku uważane były za uroczy bibelocik (tutaj np. wspomniany już Tony Halik z ze swoim małym przyjacielem).

sobota, 05 grudnia 2009
The next big thing

Po nadzwyczaj sprawnie przeprowadzonej akcji wciskania HD (90% posiadaczy supercienkich, wypasionych telewizorów 1080p nadal ogląda na nich telewizję PAL, co oznacza, że równie dobrze mogliby wbijać nimi gwożdzie w ścianę), nie tak już udanej próbie omamienia klientów Blue-ray'em oraz zupełnie nieudanym wyścigu na MHz, masoneria stojącą za koncernami elektronicznymi wpadła na pomysł wylansowania trójwymiaru. Jest to dosyć żałosne posunięcie świadczące o wyczerpywaniu się pomysłów na elektronikę użytkową. Płyty gramofonowe zostały zastapione przez taśmy, taśmy przez CD, ale próba wprowadzenia DVD-audio zakończyła sie totalną klapą, bo różnice w jakości dżwięku były już poza zasięgiem ludzkiego słuchu. Na szczęście pojawiło się MP3. Ale co dalej, że pozwolę sobie na tak dramatyczne pytanie? Ściana. 

3D jest rozpaczliwym ruchem, bo już nasi pradziadkowie mogli podziwiać stereowypukłości szwaczek i praczek dorabiajacych jako stereomodelki. Sam pamiętam z kolei kultowy film produkcji radzieckiej "Zabawy zwierząt" wyświetlany w kinie Oko. Było to unikatowe w skali światowej kino wyświetlające tylko jeden film (no, może było tych filmów ze trzy, wszystkie dla miłośników zwierząt). 

Rewolucja 3D miała nas dopaść przy okazji Beowulfa, z wychodzącą z ekranu tylną wypukłością Angeliny Jolie, zwieńczoną figlarnym ogonkiem, ale nawet on nie wywołał masowego zrywu powstańczego przeciwników płaskiego obrazu.  

Obecny szturm został już lepiej przygotowany. Od przynajmniej roku wszystkie filmy dla dzieci puszczane są w kinach w 3D, atmosferę podkręca Avatar, NVidia wypuściła okulary 3D, Fuji steoreoaparat, a Hyundai, LG i Samsung monitory do trójwymiaru. Oczywiście, stosowane w powyższych przypadkach technologie są zazwyczaj ze sobą niekompatybilne, a  najdalej zaszło Fuji robiąc aparat, z którego zdjęcia można ogladać na nim samym, specjalnej miniaturowej ramce wideo kosztującej prawie 2000 zł oraz na zdjęciach lentikularnych 6 dolarów za sztukę.

Po tej przydługiej, rytualnej filipice skierowanej przeciwko konglomeratowi elektroniczno-marketingowemu próbującemu po raz kolejny zmusić nas do zakupu rzeczy, których niepotrzebujemy,   z pokorą przyznaję, że jak zwykle uległem kuszeniu i zaopatrzyłem się w Finepix'a 3D. Oczywiście nie mogę wam pokazać zrobionych w ten sposób zdjęć, chyba, że sami go też kupicie. Po przerobieniu na bardziej popularne anglify wygladają one tak jak poniżej. I proszę nie narzekać, ze nieostre, bo do anglifów potrzebne są czerwono-zielone okulary, więc jeżeli macie takie akurat w domu, to uważajcie, żeby się nie przestraszyć, niczym widzowie braci Lumiere po raz pierwszy oglądający wjazd pociągu na stację.

Spragnionych wiekszej ilości trójwymiaru zapraszam tutaj.  

20:21, lonegunman
Link Komentarze (6) »