Nie ma przypadków, są tylko znaki.
Zakładki:
Moja książka, bo sam ją napisałem.

Jak zostac milionerem w 24 godziny
Zaglądam
Locations of visitors to this page Pagerank dla www.lonegunman.blox.pl
Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
View blog authority
visited 28 states (12.4%)
Create your own visited map of The World or website vertaling duits?
piątek, 27 listopada 2009
Hurra! Jest dobrze.

Przez 99,8% istnienia rasy ludzkiej, człowiek żył przeciętnie za dochód rzędu 400-600 współczesnych dolarów rocznie. Oczywiście byli tacy- nieliczni - których dochody były wielokrotnie wyższe. Były także - krótkie - okresy szcześliwości, gdy średni dochód  mieszkańca Ziemi rósł znacząco, ale prawie nigdy nie przekraczał dwukrotności podanej powyżej kwoty. Dzieci były tak samo biedne jak rodzice, a oni jak ich rodzice. Wszystko zmieniło się wraz z wybuchem rewolucji przemysłowej. Dochód na głowę mieszkańca zaczął rosnąć w stabilnym tempie ok. 0,75% rocznie. Ludzie, po raz pierwszy od milleniów zaczęli wierzyć, że za rok będa bogatsi niż byli rok wcześniej.

W dwudziestym wieku realny wzrost dochodów per capita (na szeroko pojetym Zachodzie) osiagnął 1,5% rocznie, a od 1960 roku -2,3%. Sto lat temu przeciętny Amerykanin pracował ponad 60 godzin tygodniowo, obecnie poniżej 35. Sto lat temu tylko 6% robotników brało wakacje. Obecnie jest to 90% (przynajmniej w USA, w Europie te wskaźniki są wyższe). Na początku poprzedniego wieku, prace domowe zajmowały gospodyni domowej ok. 12 godzin dziennie spędzonych na prasowaniu, praniu, sprzątaniu i szyciu. Obecnie jest to około 3 godzin dziennie.

Wzrost realnych zarobków o 2,3% rocznie oznacza dla przeciętnego Amerykanina, iż jego dzieci za 25-30 lat będa zarabiały realnie prawie o 100% więcej od niego. Ich dzieci - już ponad 300% więcej. Przy zachowaniu tego tempa wzrostu przez 400 lat, przeciętny Amerykanin będzie zarabiał około 1 miliona dolarów dziennie (w obecnych cenach, a więc po uwzględnieniu inflacji).   

Jednym słowem żyjemy w cudownych czasach, w bardzo wąskim przedziale pomiędzy biedą i brakiem nadziei a dekadencją i brakiem celu. Ciekawe, czym na to zasłużyliśmy?

11:39, lonegunman
Link Komentarze (11) »
niedziela, 22 listopada 2009
Spotkanie z Innym

Mało jest tak dołujących miejsc w Internecie jak Panoramio.com. Każdy metr kwadratowy ziemi został obfotgrafowany, podróże są bezcelowym wydatkiem energii, wszystko jest do zobaczenia na podrasowanych cyfrowo zdjęciach. Zostaliśmy obdarci ze złudzenia niepowtarzalności swoich doznań. Spotkania z prawdziwą Innością należą do coraz rzadszych i tym cenniejszych doswiadczeń.

Z Tajemnicą możemy się tymczasem spotkać nawet w tak banalnych miejscach jak Luxembourg. W moim przypadku było to spotkanie z kapustą. Komu opłaca się hodować sześc główek kapusty w miejscu, w którym metr kwadratowy gruntu kosztuje zentyliony euro?  Czy Ksiażę Luxembourga jest miłośnikiem bigosu?  Czy dla podniesienia autentyczności tej wirtualnej uprawy sprowadzono także bielinki? Albo modyfikowane genetycznie mszyce? Czy tajemniczy hodowca dostaje dopłaty z unijnego budżetu?

W czasach Kapuscińskiego przygoda czaiła się za każdym rogiem. Dzisiaj trzeba się za nią uważnie rozglądać. 

 

13:46, lonegunman
Link Komentarze (5) »
czwartek, 12 listopada 2009
Non omnis Moriarty

Starość nadchodzi, kiedy zamiast, jak każdy normalny meżczyzna, myśleć co 10 minut o seksie, zaczynasz zastanawiać się, czy wolisz zostać skremowany, czy raczej tradycyjnie się rozkładać. Zwolennicy kremacji często podnoszą argument, że oni przynajmniej nie obudzą się sześć stóp pod ziemią.  Przebudzenie w środku pieca kremacyjnego też jednak nie należy do przyjemności.

Jeżeli o mnie chodzi, mógłbym zostać zjedzony. Oczywiście, po wykorzystaniu wszystkich cześci zapasowych. Nawet wymyśliłem sobie kiedyś nick: sorengreen, bo kojarzył mi się z filmem "Soylent green" propagującym takie praktyczne rozwiązanie kwestii żywnościowych. No, ale w sumie i tak zostaniemy ostatecznie zjedzeni i trafimy w wielkie koło troficznej samsary, więc to rozwiązanie niczego specjalnie nie zmienia. 

Podejrzewam też, że to, czy zostanę pochowany w trumnie ze złoceniami i atłasowymi kutasikami, czy w pudełku po butach, w ogródku koło chomika, też nie ma znaczenia, ale w tych sprawach nie można mieć nigdy pewności, a pomyłka może być nienaprawialna.

Już neandertalczycy przywiązywali wielką wagę do pogrzebów (dopóki ich nie zjedliśmy), więc być może los naszych doczesnych szczątków nie jest zupełnie pozbawiony znaczenia. Mogę sobie wyobrazić np. scenę, w której na Sądzie Ostatecznym, Bóg w zdumieniu patrzy na nieliczną grupkę wskrzeszonych i pyta: "Naprawdę nie powiedziałem wam, że zmarłych macie grzebać w piramidach wycelowanych w Syriusza, w pozycji półsiedzącej, z twarzą zwróconą w stronę Mekki? Byłem pewien, że komuś to mówiłem....". Albo w punkcie Omega, kiedy już nauczymy się sterować entropią,  zbierać rozproszoną po Wszechświecie informację i zamieniać ją z powrotem w materię - co będzie stanowiło ekwiwalent wskrzeszenia ciałem- jakiś bug w oprogramowaniu, sprawi, iż będzie to możliwe tylko wobec osób pochowanych w dębowych trumnach: "Sorry, ale podał się Pan kremacji, udało nam się odzyskać Pańskie ciało, ale jedynie w dwóch wymiarach. W tej postaci może Pan zamieszkać w odrestaurowanej specjalnie na Pana potrzeby wersji "Reksia racjonalizatora". Ta sprawa naprawdę wymaga przemyślenia.               

14:13, lonegunman
Link Komentarze (6) »
piątek, 06 listopada 2009
Kraina Chichów

Przed przybyciem (właściwie powrotem, ale "przybycie" brzmi zdecydowanie lepiej) Cesara Manrique na Lanzarote, było to miejsce słynne z pól lawy typu aa oraz z kozich bobków. Pola lawy typu aa charakteryzuje się tym, że chodząc po nich gołą stopą wydajemy okrzyki Aaa! Serio. Hawajczycy to wymyślili*.

 

Ta lawa wlewająca się do domu Manrique to akurat pahoehoe. Chodząc po niej krzyczymy: "Pahoehoe!" 

Cesar Manrique wraca w 1968 roku na wyspę, na której się urodził. Służył u Franco (ale w odpowiednim momencie spalił mundur, więc może być uznawany za bohatera także w obecnej, lewacko-liberalnej Hiszpanii), ma znajomych w samorządzie wyspy, jest malarzem, rzeżbiarzem, architektem i ekologiem. Dzięki talentowi, sprytowi i znajomościom zdobywa absolutną władzę nad wyspą, którą zmienia w swoją pracownię. Zakazuje stawiania wysokich budynków, domy każe  malować na biało z zielonymi okiennicami w głębi lądu i niebieskimi  na wybrzeżu. Zabrania stawiania reklam przy drogach. Sam jeździ drogimi samochodami, ale jest za ograniczeniem ruchu drogowego.  Gdzie to tylko możliwe montuje swoje hasiorowate rzeźby.

Buduje swój dom wtłoczony w pole lawy aa, projektuje Jardin de cactus i jaskinię Jameo del Aqua, wytycza scieżki w parku Timanfaya, przebudowuje Mirador del Rio. Mieszkańcy wyspy posłusznie za nim podażają. Malowanie drzwi i okien np. na różowo uchodzi za groźny przejaw skłonności anarchistycznych i grozi linczem.

W jakiś niepokojący sposób przypomina to Krainę Chichów- świat będącą czystą kreacją artysty. Jestem przekonany, że kiedy Cesar ginie w wypadku samochodowym pod swoim domem (scena ta -odgrywana w tym samym miejscu, ale z innymi bohaterami pojawia się w "Przerwanych objęciach" Almodovara), ludzie z Lanzarote w panice czekają na moment, kiedy oni i cała wyspa zacznie rozpływać się w nicości. Podejrzewam też, że sprawca wypadku zostaje natychmiast wyciagnięty z samochodu przez rozwścieczony tłum i pożarty żywcem.  W tak idylicznych miejscach zawsze czają się jakieś koszmary. Oglądałem "Twin Peaks"  i "Koszmar z ulicy Wiązów", to wiem.  

*Są też co prawda inne tłumaczenia, ale to uważam za najbardziej sensowne.

10:17, lonegunman
Link Komentarze (9) »
wtorek, 03 listopada 2009
Między nami jaskiniowcami

Guanczowie stosowali dosyć nietypowy model rodziny, czyli poliandrię, dzięki której kobieta mogła mieć kilku mężów. Być może była to zaszłość z czasów, gdy na jedna wyspę przypadała jedna kobieta (jeżeli Guanczowie zostali zesłani na Wyspy Kanaryjskie jako przestępcy, mogli cierpieć na dotkliwe niedobory płci pięknej). Była to generalnie cywilizacja o wysokim stopniu równouprawnienia i nic dziwnego, że szybko cofnęła się do poziomu jaskiniowców uważających przepaski biodrowe z kanarków za rozwiązanie high-tech.

Mimo wszystko, Guanczom udawało się powstrzymywać konkwistę Kanarów w sumie przez prawie sto lat (1402-1495), co jest całkiem imponującym wynikiem, biorąc pod uwagę, że wielkie imperia Azteków i Inków upadły w pięć. Co więcej, geografia Wysp Kanaryjskich, a dokładniej sam fakt, że są wyspami,  raczej nie ułatwiał długotrwałego oporu. Musiało to w jakimś stopniu przypominać prowadzenie wojny partyzanckiej w piaskownicy.

W końcu, w 1496 roku, stara kobieta z Teneryfy oznajmiła Hiszpanom, że: "nie ma już z kim walczyć, nie ma się kogo bać, wszyscy są martwi", co było jednym z tych lakonicznych zdań, których wymyślaniem trudzą się podbijane ludy, żeby pozostać na kartach historii.  

 

Znajdź Guancza na powyższym obrazku.  

19:53, lonegunman
Link Komentarze (6) »