Nie ma przypadków, są tylko znaki.
Zakładki:
Moja książka, bo sam ją napisałem.

Jak zostac milionerem w 24 godziny
Zaglądam
Locations of visitors to this page Pagerank dla www.lonegunman.blox.pl
Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
View blog authority
visited 28 states (12.4%)
Create your own visited map of The World or website vertaling duits?
czwartek, 13 listopada 2008
Marność nad marnościami, a wszystko marność. Tako rzecze Lone Gunman

Jako człowiek przewidujący, jestem przygotowany do stawienia czoła różnym sytuacjom, nawet dosyć abstrakcyjnym, jak np. występ pieśniarski w You Can Dance z foką na ramieniu. Występ taki może mi zapewnić sławę oraz nieunikniony udział w licznych quizach i ankietach, w których będę musiał  szybko znaleźć odpowiedź na pytania typu: ulubiony utwor muzyczny na literę H, trzynaście rzeczy, które zabrałbyś na bezludną wyspę (oczywiście playmate stycznia, lutego, marca…., a na dokladkę Iga Wyrwał)*, 5 rzeczy, których o mnie nie wiecie i których raczej nie chcielibyście się dowiedzieć, cztery ulubione dodatki do pizzy, czy też najważniejsza książka w życiu. W tej ostatniej kategorii zapewne wygrałby „Świat według Garpa”. Jest to książka dostatecznie gorzka i nie przesadnie słodka, ironiczna i pełna zadziwienienia nad absurdem życia, w konstrukcji troche Vonnegutowska, chociaż widać, że Irving lubi swoich bohaterow, a Kurt z reguły ich nienawidzi. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo jedyne co naprawdę z niej pamiętam, to wypadek, w wyniku którego główna bohaterka odgryza swojemu kochankowi 1/3 przyrodzenia (takie szczegóły z jakiś powodów mi się utrwaliły), uprawiając pozamałżenski seks w samochodzie ze zgaszonymi światłami, przed czym przestrzegają – jak się okazuje słusznie – na wszystkich kursach jazdy i kursach przedmałżenskich. Pamięć ludzka działa w dziwaczny sposób, ale pomimo fragmentaryczności wspomnień, jestem przekonany o wielkości książki Irvinga.

Gdybym miał jednak wskazać na książkę, która wywarła na mnie największy wpływ , a wpadłem na to niedawno w pociągu dalekobieżnym relacji Warszawa-Szczecin– byłby to „Zwierzoczłekoupiór” Konwickiego. O ile dobrze pamiętam – znowu kłania się Altheimer, Alkaseltzer, czy inny Niemiec-  opowiada owa książka o dziewczynce, która przeżywa różne cudowne przygody, mając za przewodnika  wielkiego, mówiacego dobermana. A na koniec okazuje się, że cała opowieść  była próbą jej ucieczki przed rzeczywistościa, w której leży w szpitalu, chora na raka i umiera.  Kiedy doczytałem książkę do tego miejsca, poczułem się jakbym dostał kijem bejsbolowym trzymanym przez Yogi Berra (naprawde istniał taki gracz, co prawda łapacz, a nie pałkarz, ale pewnie też niezle trzymał kija, miś został narysowany poźniej, a jeszcze później, w kultowym odcinku "Zrób to sam" (DIY) Adam Słodowy pokazał co zrobić, żeby  Yogi zaczął chodzić jak w filmie, ale to nie ma nic a nic wspólnego z niniejszą opowieścią). 

Znienawidziłem Konwickiego. Nie można bezkarnie uśmiercać bohaterów, których czytelnik  polubil i do których się przywiązał. Janek Kos zawsze wychodzi cało z najgorszych opresji.  

Konwicki miał jednak rację, mówiące dobermany nie istnieją, a śmierć  jak najbardziej. Jesteśmy ślimakiem pełznącym po ostrzu noża (pamiętacie tę okładkę płyty, czy to był Perfect?), ślepym na grozę, która może nas spaść na nas w każdej chwili. Nie mamy za wiele powodów do radości na tym świecie, przynajmniej do długotrwałej radości, chyba, że kogoś bawią żarty cmentarne.

Podejrzewam, iż u zarania ludzkości stanem przyrodzonym była głęboka depresja wynikająca ze zrozumienia, iż jesteśmy ożywionym śluzem zmierzającym znikąd donikąd. A nawet jeżeli istnieje jakieś donikąd, to jest ono tak obce, iż jeszcze bardziej przerażające. Jednakże  żyły wówczas także  jednostki zbyt prymitywne, aby dostrzec smutek własnej egzystencji. Zajmowały one na drabinie społecznej pozycję wiejskich głupków, trzymanych – ze względu na swoją nadpobudliwość i głośny styl bycia - przed jaskiniami dla odstraszania tygrysów. Z czasem, samobójstwa i brak poczucia celu doprowadzily do wymarcia normalnej części populacji, a my wszyscy jesteśmy potomkami tych nierozsadnych i krótkowzrocznych optymistów, jadących na endormofinowym haju, ubocznym skutku mutacji genetycznych wywołanych zbyt długim przebywaniem na słońcu. Ale to depresja jest naturalnym stanem czlowieka, o czym staramy się usilnie  zapomnieć oddając się na przykład wyborom najpiękniejszej pupy świata. I własnie w imię wyższego celu, jakim jest  dalsze utrzymania naszego dobrego samopoczucia,  uważam, iż książka Konwickiego powinna zostać spalona.  

A ponieważ żyjemy w świecie mediów interaktywnych, więc teraz czekam na wasze typy książek, których wolelibyście nigdy nieprzeczytać (OPRÓCZ mojej).

*Jako człowiek przewidujący, przewiduję, iż niniejszą notkę może przeczytać moja małżonka, więc uprzedzając fakty, dobrowolnie i bez lizusostwa, ani tym bardziej nie pod presją strachu, szybko dodam, iż oczywiście był to tylko cienki żart, bo w rzeczywistości wystarczałaby mi małżonka, świece i butelka wina. No, może jeszcze ewentualnie telewizor z kablówką.

wtorek, 04 listopada 2008
Easy-sleazy glider

Rozpaczliwe poszukiwania sposobu na obniżenie kosztów dojazdu do pracy doprowadziło mnie do easy-glidera. Urządzenie to nazwane zostało uboższym krewnym segway'a i rzeczywiście posiada sporo wspólnych z nim cech, a mianowicie takich, że jest nieużyteczne do niczego w szczególności (a na pewno nie do dojazdów do pracy, chyba że dysponuje się własnym pasem ruchu), a poza tym głupio się na nim wygląda. Miałoby to nawet swój urok, gdyby nie cena 9,2-krotnie wyższa od przyzwoitej. 1000 Euro za kółko od dziecięcego rowerka z doczepionym silnikiem elektrycznym robi wrażenie nawet na zblazowanych Szwajcarach (gdzie znajduje się siedziba firmy EG), śpiących na siennikach wypchanych złotem zarobionym na sprzedaży scyzoryków, udzielaniu pożyczek hipotecznych Polakom i robieniu interesów z hitlerowcami. Na szczęście istnieje jeszcze eBay, na ktorym można czasami znaleźć niespecjalnie zajeżdżonego glidera za 250 euro, co stanowi już tylko mniej więcej 2,3-krotność przyzwoitej ceny. Nadal jeszcze pozostaje sprawa nieużyteczności glidera jako środka komunikacji, co stanowi niezwykle delikatną kwestię w rozmowach z małżonką, ale my mężczyźni wiemy doskonale, że liczy się nie tylko przyziemna utylitarność, ale także radość z przejechania gliderem pod nosem sąsiada, który notabene akurat niedawno kupił sobie Freelandera.

Z używanymi gliderami jest niestety ten problem, iż serwis urządzenia jest gorszy niż serwis Renault w Polsce, a to już o czymś świadczy. Niedawno pojawiło się przedstawicielstwo easy-glidera w Poznaniu, więc może w końcu uda mi się kupić nowe akumulatory, bo stare pozwalają na przejechanie najwyżej 100 metrów, czyli mniej niż dystans dzielący mnie od sąsiada. I jeszcze - oczywiście najważniejsze - dane techniczne: prędkość 20 km na godzinę (w wersji z tzw. rydwanem doczepianym do kółka) lub ok. 25 przy rolkach (twardziele jeżdżą na rolkach). Podobno można również obejść fabryczną blokadę silnika, co pozwala rozwinąć ok. 40-45 km/h (pracuję nad tym).

W poniższym, dosyć, powiedzmy sobie otwarcie, nudnym filmiku, polecam mniej więcej 39 sekundę, w której poznaję magiczną moc siły odśrodkowej.