Nie ma przypadków, są tylko znaki.
Zakładki:
Moja książka, bo sam ją napisałem.

Jak zostac milionerem w 24 godziny
Zaglądam
Locations of visitors to this page Pagerank dla www.lonegunman.blox.pl
Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
View blog authority
visited 28 states (12.4%)
Create your own visited map of The World or website vertaling duits?
czwartek, 26 lutego 2009
Greed is good, ale...

Greed is good. Dzięki żądzy zysku stoimy tu gdzie stoimy, a małpy, lemury i ryby trzonopłetwe tam gdzie stało ZOMO. Dzięki chciwości mamy elektryczne szczoteczki do zębów i telefony komórkowe z wideorozmowami, których zapewne używałbym do robienia wielu śmiesznych żartów, gdybym tylko wiedział na jaki guzik nacisnąć, żeby włączyć tę cholerną kamerę i znał kogoś kto potrafi ją właczyć u siebie.  Mamy lekarstwa na choroby, których w ogóle nie znano jeszcze 100 lat temu. Możemy wziąć odwet na klimacie, który zmieniał nas przez miliony lat ewolucji, a teraz my możemy go w końcu zmienić. Nu pagadi, klimat.

Co złego przyniosła chciwość? Taśmę montażową Forda i wytępienie Majów, którzy sądząc z opisów nie byli wcale sympatyczni. Co przyniosła chęć zwalczania chciwości? Pola śmierci w Kambodży, wielki głód na Ukrainie i masowe polowania na wróble w Chinach.

Greed is good, pod warunkiem oczywiście, że nie jest finansowany z mojej kieszeni. Na szczęście nie jest. Ale jest finansowany z kieszeni amerykańskiego podatnika. Firmy z Wall Street przyznały swoim szefom ponad 18 mld USD bonusów w 2008 roku. Jest to szósty najlepszy wynik w historii. Citigroup swoje 45 miliardów dolarów otrzymane od rządu, przeznaczyło m.in. na zakup 12-osobowego luksusowego jeta za 50 mln. Mówiłem, że cały ten kryzys to wielkie oszustwo? Co nie zmienia faktu, że chciwy prezes Citigroup okazał się sprytniejszy od całej amerykańskiej administracji. I to sie właśnie nazywa duch przedsiębiorczości. Może czasami greed nie jest good, ale za to prawie zawsze spectacular.       

wtorek, 24 lutego 2009
Podziękowania dla spekulantów walutowych

W pierwszych słowach mojej notki chciałbym podziękować bezimiennym spekulantom z całego świata, dzięki którym polska waluta straciła na wartości, a polskie produkty stały się konkurencyjne na globalnym rynku. Gdyby nie ich nieustanny i niedoceniany wysiłek, Dell nie przenosiłby produkcji z Irlandii do Łodzi, a Fiat zamykałby fabrykę w Tychach, a nie we Włoszech. Dziękuję im również za ujawnienie nieudolnych prezesów firm, którzy dokonywali transakcji walutowych na kwoty miliardów złotych (dokładniej gdzieś w przedziale pomiędzy 15 a 200 mld złotych) za pomocą telefonu. Żyjący w permanentym stresie traderzy, młodo umierający na zawał analitycy walutowi, bezimienny tłumie inwestorów, z których 90% skończy ostatecznie w nędzy - cześć waszej pamięci.  

ps. Kończymy pomału set ekonomiczny, jeszcze jedna, góra dwie notki, a pózniej wracamy do ulubionego lajtmotiwu, w postaci kryzysu wieku średniego i korzyści płynących z zamierania komórek mózgowych.     

czwartek, 19 lutego 2009
Jak zdobyć sławę, pieniądze i kobiety (chociaż niestety bardziej w stylu Pameli Anderson, i to po 40-tce, niż Naomi Watts)

A to wszystko nawet w mniej niż 24 godziny. Jeżeli przeczytałeś moja książkę, pospieszyłeś się z  inwestycjami w akcje i właśnie topisz na giełdzie oszczędności przeznaczone na operację przeszczepu mitochondriów u syna lub powiększenia biustu u żony, tym razem mam dla ciebie ABSOLUTNIE niezawodny sposób zdobycia majątku.

Może to nieco dziwaczne, ale powstała pełnowymiarowa książka o tym jak wygrywać w „papier, nożyce, kamień” i - co nawet dziwniejsze - to nie ja nią napisałem.  Zamierzam natomiast  streścić ją (“The Official Rock Paper Scissors Strategy Guide”)  w sześciu treściwych zdaniach.

1. Zacznij od papieru, bo początkujący zwykle  startują od kamienia. Jeżeli trafiłeś na pro, powiedz aha… i spróbuj kopnąć go w krocze.

2. Wykorzystuj mniejszą inteligencję przeciwnika. Zwykle stara się on pokazać ten sam przedmiot, który wygrał w poprzedniej rundzie.

3. Uważaj na serie. Twoi przeciwnicy rzadko zagrają tym samym przedmiotem trzy razy z rzędu (jeżeli dwa razy pokazali papier,  nie zrobią tego po raz trzeci).

Pamiętaj także o utrzymywaniu szybkiego tempa gry. Kiedy mózg ma kłopoty z dokonaniem wyboru w krótkim czasie przełącza się w tryb automatyczny. Po przećwiczeniu tych rekomendacji na sucho, możesz spróbować szczęścia w jednym z licznych turniejów w Vegas (tzw. Texas Fingers Crusher) lub Tajlandii, gdzie stawki są niemal równie wysokie, a na pamiątkę możesz sobie jeszcze zabrać wątrobę przegranego.  

Czasami myślę, że zamieszczam na tym blogu tak praktyczne i  przynoszące potencjalnie nieograniczone benefity informacje, ze chyba rzeczywiście powinienem wprowadzić jakiś abonament na niego i to wyższy niż te grosze, które wyrzucacie na wspieranie „Matysiaków”, TVP Kultura i  „Gwiazd sprawdzających, czy to prawda z tą całą grawitacją, na  lodzie”. 

PS. Nie przeczytałem „Strategy Guide’a”. Streściłem streszczenie zamieszczone w Wired. Jaki jest sens tej notki, poza zapewnieniem Wam wszelkiej szczęśliwości? Pewnie ma to cos wspólnego z tym, że błędy, zapętlenia, złe automatyzmy i nieracjonalności, które popełniamy w grze, popełniamy również w życiu. Ale jeszcze nie przemyślałem co z tego właściwie wynika. Jak macie jakąś dobra puentę, to bez krępacji.  

niedziela, 15 lutego 2009
Chcę być jak Waldemar Pawlak

Zanim jeszcze przekażę wam niezawodny przepis na zostanie bogatym, poświęcę kilka linijek mojemu nowemu celowi życiowemu. Otóż chciałbym zostać politykiem. Bycie politykiem tworzy nieprawdopodobne okazje do powiększania entropii, a jakiż szlachetniejszy miałby być cel naszego bytowania poza bezwarunkowym podporządkowaniem się zasadom termodynamiki? Bycie politykiem sprawia, iż pospolity wic (w języku niemieckiej filozofii: witze) rozrasta się do rozmiarów sięgających obszarów zarezerwowanych dla sztuki. Nie mówię tutaj o politykach wygłaszających żenujące bon-moty pisane przez kabaret Klika, aby  zabłysnąć przed Moniką Olejnik, ale o prawdziwych mistrzach stand-up comedy, którzy swoje kwestie wypowiadają z kamienną twarzą, bez mrugnięcia okiem i zwiększonego przewodnictwa elektrycznego skóry. Na mojej liście przebojów zadebiutował ostatnio - i to razu bardzo wysoko w zestawieniu - minister finansów, który ogłosił, iz kryzys potrwa siedem lat. Z dużym prawdopodobieństwem (niepewność jest w przypadku tej kategorii żartów głownym źrodłem humoru) chodziło mu o biblijne siedem chudych lat, ale media zaroiły się natychmiast od poważnych analiz cyklów koniunkturalnych, z których jasno wynika magiczność liczby siedem i konieczność dopasowania do niej wszelkich planów gospodarczych.

Moim prawdziwym idolem pozostaje jednak od pewnego czasu, wspomniany w poprzedniej notce, Waldi Pawlak. Zazdroszczę mu. Jego wypowiedź o unieważnieniu kontraktów opcyjnych, była absolutnym mistrzostwem świata. Gdyby robienia z dziennikarzy idiotów było dyscypliną olimpijską mielibyśmy następną Agate Wróbel. Jak dorosnę, też chcę zostać wicepremierem (co nota bene jest znacznie fajniejsze od bycia premierem). Co poniedziałek będę zwoływał konferencje prasowa, na których a to ogłoszę urzędową obniżkę kursu dolara do poziomu oficjalnego kursu wymiany z 1971 roku, a to zawiadomię o chwilowym unieważnieniu prawa grawitacji, a to puszczę farbę o pracach rządu, który kierując się koniecznością ograniczenia emisji gazów cieplarnianych zamierza wydać rozporządzenie nakazujące urzędnikom państwowym puszczanie wiatrów do szklanych słoików typu twist. Fnord, stupid!

poniedziałek, 09 lutego 2009
Wróżby kumaka

Do tak zwanych ekspertów ekonomicznych (tych udzielających się publicznie) mam stosunek ambiwalentny. To znaczy uważam ich za głupków lub oszustów. Pracowałem kiedyś z człowiekiem, który uchodził za samego dalajlamę komentatorów ekonomicznych i to w CNBC a nie TV Biznes. Każda jego analiza podbudowana była opracowaniem grubszym niż cały dorobek naukowy doktora Migalskiego. Po pierwszych zdaniach z jego ust każdy czuł się Gosiewski przy Dornie. Jedynym problemem było to, że stosowanie się do jego rad prowadziło najkrótszą drogą do zameldowania się na stałe na Dworcu Centralnym z dietą opartą na tytoniu wydłubywanym z niedopałków.

Muszę jednak uczciwie przyznać, że duża część informacji ekonomicznej trafia do nas za pośrednictwem dziennikarzy. Tymczasem dziennikarzem może zostać w Polsce jedynie osoba, która nie jest w stanie przeczytać ze zrozumieniem „Elementarza” Falskiego. Kiedy w końcu dziennikarz wydorośleje, zmądrzeje i zrozumie co pisał do tej pory, najczęściej umiera. Populacja 70-letnich dziennikarzy jest tak mizerna jak populacja 70-letnich górników przodkowych.

Zatem, czysto teoretycznie, mogą istnieć rozsądni i uczciwi komentatorzy ekonomiczni niemogący się przebić przez dziennikarskie, barbarzyńskie hordy. Nawet przed nimi stawia się zadania, których nierozwiązywalność wynika z samej istoty rzeczywistości (w języku niemieckiej filozofii takie kwestie określane są jako: Ferfluchtebanditen). Uważam, że każda prognoza na okres krótszy niż dwa tygodnie i dłuższy niż 6 miesięcy nie ma żadnej praktycznej wartości. W pierwszym przypadku bąble na powierzchni bagna rzeczywistości bierzemy za długoterminowe trendy, w tym drugim nie jesteśmy jeszcze w stanie uchwycić rzeczywistych trendów dopiero rodzących się gdzieś w głębinach. W dodatku jestem przekonany, iż odrobina zdrowego rozsądku jest w większości przypadków znacznie bardziej pożyteczna od głębokiej wiedzy ekonomicznej. Dobrym przykładem będa tutaj tzw. zabezpieczenia walutowe, w które weszły polskie firmy (niektóre w ogóle nierozliczające się w walutach). Czy pod koniec 2007 roku ktoś wierzył, ze dolar spadnie jeszcze bardziej? Dyrektorzy finansowi polskich spółek w oparciu o analizy ekonomiczne oraz opinie doradców bankowych (dziękujemy bankowi, który nigdy nie śpi) wierzyli. Zamiast jednak zastosować zabezpieczenia kursowe (tzn. wykupić opcje), wybrali czystą spekulację. Nie wchodząc w szczegóły, było to równie rozsądne jak wrzucenie zapałki do baku z benzyna, żeby sprawdzić poziom paliwa. Mniejsze ryzyko wiązałoby się z przepuszczeniem pieniędzy włożonych w zabezpieczenia na ruletce. I tym razem nie jest to właściwa temu blogowi lekka przesada. Tako po prostu rzecze statystyka (w języku niemieckiej filozofii: Also sprach statistichen). Jakoś trudno wykrzesać mi współczucie dla firm, które toną obecnie pod ciężarem swoich beznadziejnie durnych decyzji. Największa zaletą wolnorynkowego darwinizmu jest  to, że łysiejące owce kończą na grillu, a spółki prowadzone przez ludzi pozbawionych przodomózgowia bankrutują. Wiem, że przemawia przeze mnie w tej chwili korwino-mikkowski idealizm, ale w końcu na własnym blogu mogę dać upust swojej wierze w sprawiedliwy świat, w którym wolny rynek swoją niewidzialną ręką karze głupotę i nagradza cnotę. Niestety, w prawdziwym świecie wicepremier RP proponuje unieważnienie prawnie wiążących kontraktów, ze względu na fakt, iż prezesi, pod wpływem pigułek gwałtu podanych im przez banki, nie byli w stanie zapanować nad żądzą podpisanie niekorzystnych dla nich umów. Z premierem Pawlakiem, jak z Busterem Keatonem – nigdy nie wiadomo, kiedy się śmiać.

 

 

Tyle tytułem wstępu, a w następnym wpisie przedstawię Wam niezawodny (tym razem naprawdę) sposób na zdobycie bogactwa i zapewnienia długotrwałej rozkoszy partnerkom życiowym*.

* jak wynika z badań przeprowadzonych nie pamiętam przez kogo i opublikowanych nie pamiętam gdzie, ale niewątpliwie rzetelnych i trudnych do podważenia, jakość życia seksualnego kobiety skorelowana jest z grubością portfela jej partnera. Nie będziemy jednak ciągnąć tego tematu, ze względu na fakt, że nie używamy na tym blogu słowa seks, a po za tym Jolanta Pieńkowska już i tak była obiektem zazdrości milionów polskich kobiet.