Nie ma przypadków, są tylko znaki.
Zakładki:
Moja książka, bo sam ją napisałem.

Jak zostac milionerem w 24 godziny
Zaglądam
Locations of visitors to this page Pagerank dla www.lonegunman.blox.pl
Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
View blog authority
visited 28 states (12.4%)
Create your own visited map of The World or website vertaling duits?
wtorek, 27 lutego 2007
A w poniedziałek nadal nic nie jest jasne

I koniec świata nie nastąpił, chociaż do połnocy jeszcze 30 minut. Kto wie. Tak sobie myślałem, że jak Cameron rzeczywiście odnalazł grób Jezusa (własciwie łatwiej byłoby mu szukać w Meksyku ze wzgledu na dużą populację "Chezusów"), to Bóg może się nagle złapać za głowę i  krzyknąć coś w rodzaju: "kuuurne...zapomniałem o kościach" i wcisnąć reset. A może wcisnął, ale to model oparty na Atari albo jakimś ZX Spectrum i reset nastąpi dopiero w 2012?

Złapałem grypę spokrewniona z Ebolą, wirusem Zachodniego Nilu i chorobą szalonych krów, więc właściwie nie jestem pewien, czy dożyję tego 2012, co byłoby pewną ironią. Tak, wiem, że Creutzfeldta wywołuja priony (albo i nie), ale kto widział priona? A jak kichnąłem na monitor, to do tej pory widzę łażace po nim wirusy. Uważam też, że gdyby moje wirusy spotkały te AIDS-mutanty wychodowane przez Simona Mola, to by im nieźle dokopały. White Power!

Simon Mol odnalazł drogę do serca i innych organów rozważnych i romantycznych kobiet.  Do romantyzmu odwoływały się recytowane przez Krecika strofy poświęcone walce narodowowyzwoleńczej ludów afrykańskich, a do rozwagi - pieczołowicie kutywowany mit o zbawiennym wpływie afrykańskiego słońca na wielkość przyrodzenia. W każdym razie Mol przyczynił się podobnież do spadku popularności lokali gay-friendly. Na topie sportów ekstremalnych w warszawce jest teraz chodzenie do klubów hetero-friendly.

Ale wracając do końca świata (który właściwie był tematem przewodnim tego bloga od początku, ale sam się wcześniej w tym nie zorientowałem), to znaków jest coraz więcej. Dzisiaj np. spadł śnieg. Może przypadek, a może nie...A w Szkocji oficjalnie zakazano pielęgniarkom używania słów tata i mama, żeby nie sprawić przykrości dzieciom, które mają dwie mamusie albo dwóch tatusiów albo tatusia i kozę albo mamę i plastikowy pojemniczek itd, itd. Szkocja dawno odeszła od prostych reguł z czasów Willa Wallace'a, który pomysłodawców takich pomysłów obdarłby ze skóry, nasmarował solą i ponownie założył skórę. Chodzi oczywiście o Wallace w interpretacji Gibsona, nie o tego prawdziwego, który właściwie olewał wszystko poza rezaniem Anglików i szorowaniem tyłkiem po wrzosowiskach. A w Niemczech z kolei toczy się proces o uznanie małżeństwa pomiędzy bratem i siostrą. I  tutaj liberalne społeczeństwo może napotkać kamyczek na swej drodze ku doczesnej nirwanie nie zakłócanej balastem rozterek moralnych. Bo z jednej strony istnieje tabu kazirodztwa, a drugiej społeczeństwo samo zrezygnowało z chęci wchodzenia w to co się dzieje pomiędzy dwojgiem ludzi albo trojgiem albo dwojgiem i dobermanem itd, itd. Więc wkrótce słowa brat i siostra też wyjdą z użytku i wszyscy bedziemy po prostu friends, co zostanie zadeklarowane w konstytucji europejskiej i wtedy wejdą muzułmanie, a właściwie nie będą musieli wchodzić, o czym już pisałem, i oni nie będą friends i to bedzie taki mały koniec świata, ale tym akurat się nie przejmuję, bo w tej cukierkowotolerancyjnej Europie, żeby nie wyjść na faszystę, można rozmawiać właściwie tylko o pogodzie, a i to pod warunkiem, ze narzeka się na global warming i cytuje Al Gore, który przytył pewnie ze stresu związanego z ociepleniem i z troski o mieszkańców III Świata. Wymyśliłem sobie nawet, że jak już trochę się uspokoi po tych wszystkich zmianach, to zacznę handlować wielbłądzim nawozem, bo wydaje mi się to bardzo arabskie, a będę probował podszywać się pod potomka jakiegoś arabskiego podróżnika. Więc mam plan i będę się go trzymał.

niedziela, 25 lutego 2007
W poniedziałek wszystko będzie już jasne

Nie jest to sensacja na miarę reaktywacji Dentro, ale jednak zmobilizowała mnie do przerwania milczenie...po raz kolejny

Autorzy filmu dokumentalnego twierdzą, że znaleźli szczątki Jezusa i całej jego rodziny (Boga Ojca i Ducha Świętego też?). James Cameron (ten od Terminatora i Titanica) i grupa izraelskich archeologów o szczegółach, prawdopodobnie najważniejszego odkrycia archeologicznego w historii, mają poinformować w poniedziałek, na konferencji w Nowym Jorku.

Historia zaczyna się w 1980 roku Jerozolimie, w dzielnicy Talipiyot, gdzie odkryto liczącą 2 tys. lat jaskinię w której znaleziono dziesięć sarkofagów. Na sześciu widniały inskrypcje z imionami: Jesua syn Józefa, Maria, Maria, Mateusz, Jofa (Józef, określany w filmie jako brat Jezusa) oraz Juda, syn Jezusa (filmowcy twierdzą, że to autentyczny syn Jezusa z Nazaretu)

piątek, 23 lutego 2007
Reklama

Dentro żyje.

wtorek, 06 lutego 2007
Nie ma przypadków, są tylko znaki

Wczoraj przeglądałem strony internetowe ze swoim nazwiskiem. Robię tak od czasu do czasu, trochę z narcyzmu, trochę po to, żeby wiedzieć, co będą wiedziały o mnie służby specjalne, gdyby z jakiś powodów się mnę zainteresowały. Nie, żeby miały jakis powód. Chociaż tak do końca nie wiem, bo pamięć mam dosyć wybiórczą. Tak sobie nawet myślę, że jakby mnie zawlokli do jakieś piwnicy, to z tego samego powodu nie powiem im co robiłem 14 stycznia 2002 roku o godzinie 14.00 nawet gdyby mi zerwali paznokcie. Podziwiam tych wszystkich, którzy bez zmrużenia oka recytują: 28 lutego 2004 roku spotkałem się z panami Żaglem, Kuną i Łasicą w restauracji Stylowa. Piliśmu chablis, zagryzając ogórkami konserowymi marki Romanek. Poniewaz mam wrażliwy tył i wielogodzinne siedzenie na nodze od stołka mogłoby byc dla mnie nieprzyjemne, zacząłem nawet kiedyś prowadzić pamiętniczek, zapisując w nim wszystkie  odbyte spotkania i zjedzone posiłki, coby ułatwić pracę panom śledczym, ale oczywiście go zgubiłem.

Wracająć do porzuconego na chwile watku głównego -przeglądam sobie te strony ze swoim nazwiskiem i trafiam nagle na jakąś bardzo skomplikowaną rozprawę z logiki norm z wieloma nicnieznaczącymi wzorami matematycznymi, wśród których dostrzegam jednak takie oto zdanie: Poprawna postać wyrażania normy logicznej musi brzmieć: XY (to ja) winien miłować swoich bliźnich. Nie nazywam sie Jan Kowalski, nie znam autora, nie mam pojęcia o czym pisze, ale to zdanie robi na mnie wrażenie. Muszę iść kogoś pomiłować.


poniedziałek, 05 lutego 2007
Starcie tytanów

Kto zwycięży w pojedynku dobra ze złem? W prawym narożniku Rambosław Sikorski, roommate Bin Ladena z Tora Bara-Bara, osoba o wyglądzie człowieka i odpowiednio dobranej żonie, prawdopodobnie agent MI6 i CIA (to na plus), który przyczynił się do spadku wagi naszego wojska polskiego (to na minus), w lewym narożniku człowiek z fajką, sympatyczny gaduła, który każdą tajemnicę wywiadu sprzeda za swoje zdjęcie na 8 stronie gazetki parafialnej, nieco podejrzliwie nastawiony do świata, co wynika z głębokich kompleksów z dzieciństwa, kiedy to chłopaki nie chciały go w swojej bandzie. Od 1990 do 2006 roku jedyne interesujące zdarzenie w jego życiu, to zmiana marki tytoniu w 1998 roku. Łudząco podobny do przywódcy Al-Kaidy, przez co cieszy się wielką estymą w krajach arabskich. Pomóż prezydentowi/premierowi w wyborze:

czwartek, 01 lutego 2007
Coming out

Po zastanowieniu dochodzę do wniosku, że nie jestem gejem, bo nie lubię Barbry Streisand. Ani Rysia Rynkowskiego. W queście za kobiecą stroną swojej natury doszedłem jednak do wniosku, który wywoła zapewne liczne szyderstwa, szczególnie ze strony Kill'n'Gore Trouta, który nawet pieśni aborygenów uważa za nazbyt popowe oraz Trudnegośniętego, który co prawda słucha Papa Dance i Rysia Rynkowskiego, ale swój spaczony gust ukrywa za gardą postmodernistycznego żartu. Ale do rzeczy - otóż lubię Nancy Sinatrę - figlarne, niezsynchronizowane układy taneczne, długie botki, niewinne lata 50/60-te, kiedy Audrey Hupburn była jeszcze młoda, a kobiety miały trochę ciała w odpowiednich miejscach, siedziały szczęśliwe w domach i czekały na mężów piekąc im ulubione ciasta i prasując gazety. Z tą niewinnością to może akurat nie całkiem. Ostatnio widziałem po raz kolejny rodzinną komedię: "Pół żartem, pół serio". Opowiada ona o przymierających głodem dziewczynach, które wyruszają nad morze złapać bogatego męża, a Jack Lemmon w tym samym celu przebiera w damskie ciuszki (co lubił robić również w życiu prywatnym). Perwersja pod powierzchnią normalności. "Blue velvet" albo inne "Miasteczko Twin Peaks" w wersji retro. "Śniadanie u Tiffany'ego" ze wspomnianą Audrey to z kolei opowieść o call girl, która w drodze na tytułowe śniadanie jest gotowa - tutaj eufemizm - podejmować się coraz mniej ambitnych zadań. Podobna perwersja w pozornie niewinnym opakowaniu kojarzy mi się z Nancy, chociaż mnie akurat wszystko się kojarzy. W tym przypadku chyba nie tylko mnie, bo "These boots" pojawiaja się w ścieżce dźwiękowej m.in. "Full Metal Jacket", a "You shot me bang, bang" stało się inspiracją (i muzycznym tematem przewodnim) "Kill Billa".