Nie ma przypadków, są tylko znaki.
Zakładki:
Moja książka, bo sam ją napisałem.

Jak zostac milionerem w 24 godziny
Zaglądam
Locations of visitors to this page Pagerank dla www.lonegunman.blox.pl
Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
View blog authority
visited 28 states (12.4%)
Create your own visited map of The World or website vertaling duits?
poniedziałek, 26 stycznia 2009
Mrówki w beszamelu

Okazało się, że mrówki jednak nie pożarły listonosza i dzisiaj miałem okazję przystąpić do otwarcia estetycznej przesyłki z firmy Edible, zawierającej równie estetyczne pojemniczki z prażonymi mrówkami, suszonymi larwami ciem/ćmów oraz zatopionymi w toffi skorpionami, prosto z chińskich farm skorpionów i toffi. Ponieważ rodzina kategorycznie odmówiła udziału w degustacji - i to nawet biernego - wysłałem ją na długi spacer, a sam zacząłem zastanawiać się intensywnie nad doborem odpowiedniego wina. Początkowo skłaniałem sie ku różowemu, ale ostatecznie zdecydowałem się na konserwatywne i jednoznacznie niemetroseksualne czerwone. Tutaj jednak pojawił się kolejny problem  - raczej pachnące suszoną myszą Chateau Lafitte, czy jednak rozkosznie drażniące nos aromatem przepaski biodrowej zapaśnika sumo Chateau dYguem? Ponieważ akurat w obu przypadkach skończył mi się 1969 - rocznik mocnego korzenia o wielkim potencjale i urokliwości proporcjonalnej do wieku, niestety coraz trudniej dostępny na rynku- poprzestałem na piwie Wojak z atrakcyjnym stosunkiem ceny do tzw. kopa. Korzystając z nieobecności rodziny zapadłem w fotelu i włączyłem ulubiony program o kobietach po przejściach w TVN Style.

Ze względu na konieczność zapewnienia dzieciom odpowiednich wzorców osobowych, w ich obecności oglądam jedynie nagrane na wideo powtórki walk Andrzeja Gołoty oraz ostatni sezon Adama Małysza, Uważam, iż niosą one ważkie przesłanie życiowe, takie mianowicie, że my Polacy ostatecznie zawsze przegrywamy, co mam nadzieję, oszczędzi dzieciom wielu przyszłych rozczarowań. 

Spoglądając na zatroskane oblicze Anny Maruszeczko, łykając łzy i ostatnie krople Wojaka, przypomniałem sobie o mrówkach i bez dalszej zwłoki przystąpiłem do ich konsumpcji.  Problemów żywnościowych świata to one raczej nie rozwiążą. Jak wiadomo mrówki składają się w dużej mierze z chitynowej skorupki oraz w mniejszej z tchawek, więc jeżeli chodzi o wrażenia kulinarne, to przypominają one te zwiazane z jedzeniem piosku z plaży w Darłowie, po wizycie wielopokoleniowej rodziny górniczej z Zabrza. O przeżyciach związanych z konsumpcją skorpionów napiszę przy innej okazji, a na razie idę sobie powydłubywać chitynki.       

czwartek, 22 stycznia 2009
Eyes wide shut

Dosyć długo polowałem na te filmiki, ale jak powiada Pismo: szukajcie a znajdziecie, kołaczcie a zakołaczecie. Obejrzyjcie w całości, bez oszukiwania. Wyjaśnienia w następnym wpisie.

Z taką pewną niemiałością dodam tylko, że w pierwszym filmie trzeba policzyć, ile razy biała drużyna (chodzi o kolor t-shirtow, nie skory) podała sobie piłkę, a w drugim właściwie nic nie trzeba.

sobota, 17 stycznia 2009
Boomerang bra*

Zauważyliście, że słowa Osama i Obama różnią sie tylko jedną literką? No tak, wszyscy zauważyli. Ale to jednak zastanawiające, prawda? Po wnikliwym researchu za najbardziej prawdopodobne uważam następujące wyjaśnienie: Jest rok 2001. Głeboko w podziemiach kompleksu Tora Bora w paśmie górskim Safed Koh, głaszcząc swoją ulubioną oślicę, siedzi Osama bin Laden zastanawiając się nad swoja przyszłą kryjówką. W przebłysku geniuszu pojmuje, że jedynym miejscem, które zapewni mu bezpieczeństwo przed gniewem najbardziej zmilitaryzowanej demokracji świata jest Gabinet Owalny. Korzystając z technologii dostarczonej mu przez Stany Zjednoczone podczas wojny w Afganistanie, stara sie nawiązać kontakt z kolonią nazistów na Marsie. Pomimo, iż hitlerowcy, ulepszając starożytną technikę Atlantów, zbudowali wokół swojej planety system ofensywny Panzerfaust Vista (Dowód nr jeden: jakie jest lepsze wytłumaczenie serii katastrof, które spotykają wysłane przez NASA sondy badawcze?), jednemu z mudżahedinów wysłanych w samobójczą misję przez Osamę, udaje się dotrzeć bezpośrednio do przybyłego z równoległej rzeczywistości Hermanna Goeringa, odpowiedzialnego za siły powietrzne IV Rzeszy na Marsie. Korzystając z ulepszonej technologii dostarczonej przez IBM (Dowód numer dwa: dobrze udokumentowane zaangażowanie koncernu IBM w rozwój niemieckiej machiny zagłady), niemieccy szaleni naukowcy dokonują rekonstrukcji DNA Osamy. Sławne niemieckie, aluzyjne poczucie humoru sprawia, iż nowa osobowość Osamy uzyskuje kryptonim różniący się od jego imienia tylko jedną literą. Korzystając z ulepszonej technologii znalezionej w Wewnętrznej Ziemi (do której naziści udali sie poprzez tzw. przejście islandzkie około 1943 roku), szaleni naukowcy dokonują także tzw. reality altering, tworząc tzw. fałszywą biografię nowego kandydata na prezydenta. Pozostaje już tylko znalezienie hasła kampanii wyborczej. Osama korzysta (Uwaga! Dowód nr trzy!) z niesłusznie uznanej za zaginioną sury 115 Al'qaid, która w słabym tłumaczeniu na angielski brzmi: Yes, we can nothing without the God's will. Diaboliczny plan zostaje zrealizowany. Hermann Goering pije szampana patrząc na flotyllę niemieckich latających talerzy szykujących się do inwazji na Ziemię. Allah akbar.        

   

Przykład zastosowania technologii reality altering w formie słabego żartu polegającego na ukryciu imienia Osama na banknocie 20-dolarowym.

*"Boomerang bra" jest tytułem, ktory daje się, kiedy brakuje pomyslu na tytuł notki, a jednocześnie chce się przyciągnać publikę. Przykład tzw. szarego PRu lub zwykłej nieuczciwej reklamy.

22:05, lonegunman
Link Komentarze (11) »
piątek, 16 stycznia 2009
Znaki

"Posiadacze kapitału będą zachęcać klasę pracująca, aby ta kupowała coraz więcej i więcej drogich towarów, domów i technologii, zaciągając coraz droższe kredyty, aż ich ciężar stanie się nie do uniesienia. Niespłacone długi doprowadzą do bankructw banków, które zostana znacjonalizowane, a rządy wkroczą na drogę, która doprowadzi ostatecznie do komunizmu." Karol Marks, Kapitał, 1867

Dosyć przerażające, co? Byłoby jeszcze bardziej przerażające, gdyby faktycznie zostało napisane w 1867 roku, a nie w 2009. Powyższy apokryficzny tekst pochodzi z zyskującego coraz wiekszą popularność mejla rozsyłanego przez średni szczebel pracowników instytucji finansowych. Jaki z tego wniosek? 1. Nie wierz we wszystko, co przynosi internet. 2. Marks był starym głupcem. 3. Komunizm jeszcze nie zwyciężył.

ps. Marks - prawie całe dorosłe życie żerujący na swoim przyjacielu-fabrykancie Engelsie, był przekonany, że kapitaliści będą pozwalali klasie pracującej zaspokajać co najwyżej podstawowe potrzeby bytowe. Nie dostrzegł tego, co było oczywiste np. dla Forda - masy muszą wspierać konsumpcję. Czyli patrz punkt 2.  

środa, 14 stycznia 2009
Chic

Jako człowiek rozsądny, przewidujący i oszczędny, zakupów odzieżowych dokonuję raz w roku na wyprzedażach zimowych. Ma to liczne zalety i jedną drobną niedogodność, taką mianowicie, że latem muszę spacerować po plaży w Mielnie w swetrze w motywy góralskie, sztruksowych spodniach grubości 3 centymetrów i butach narciarskich. Ja to nazywam po prostu stylem. 

Niestety, chyba wypadam właśnie z targetu producentów odzieży męskiej, bo cokolwiek ubiorę, wyglądam jak łysiejący nastoletni emo-heroinista. A z drugiej strony bariery wiekowej czekają na mnie co najwyżej wdzianka a'la Jerzy Waldorff na podrywie. Innymi słowy trudno znaleźć cokolwiek dla dojrzałego, stabilnego emocjonalnie mężczyzny w sile wieku, który nie chce wyglądać jak pimp z getta w LA albo Kuba Wojewódzki. Czyli dla mnie.

Tak naprawdę niepokoi mnie jednak, że poczułem w tym roku wielki sentyment do wełnianych sweterków, w których zwykła chodzić moja babcia (z alpaki, alpagi, w każdym razie chyba z kota). Sweterki takie stanowią służbowy strój pensjonariuszy domów spokojnej starości w amerykańskich filmach. Moja podświadomość chce mi zapewne coś powiedzieć, ale na szczęście niedosłyszę.

 

W nowym sweterku na plaży w Mielnie.    

środa, 07 stycznia 2009
Grillowane mrówki

Porażony liczbą komentarzy bożonarodzeniowonoworocznych odstawiłem na chwilę bloga, żeby jakoś na spokojnie przebrnąć przez ten zalew serdeczności i pozytywnych emocji, ale oto jestem z powrotem, zdrów i wesół jak karp po świętach, szczególnie, że ostatnie kilka dni spędziłem na Słowacji, żeby z bliska przyjrzeć się procesowi wprowadzania euro w tym kraju (dzięki czemu znam 20 sposobów jak  na tym procesie zarobić - w tym tylko 19 niemoralnych), a przy okazji pojeździć na nartach, co jest o tyle godne wzmianki, iż jako człowiek dbający o swoją reputację, do tej pory uznawałem przypinanie sobie dwóch desek do nóg za uwłaczające 200 tysiącom lat ewolucji homo sapiens -zresztą słusznie- ale chyba zdołałem zaszczepić bakcyla carvingu córce Aurorze dzięki swoim nowatorskim metodom treningowym wdrażanym w ramach rodzicielskiej rywalizacji ze znajomymi i w odpowiedzi na oczywistą prowokację polegającą na pozwoleniu  na samodzielny zjazd z jednej z pobliskich gór ich trenującej od trzech lat latorośli, co spotkało się z mojej strony z błyskawiczną reakcją i zaowocowało zaciągnięciem - pod pozorem odwiedzenia fabryki czekolady - wzmiankowanej córki Aurory na  inną-nawet wyższą- górę, a  następnie sprytnym odwróceniem jej uwagi okrzykiem: "O! Yeti..." i zepchnięciem z owej góry, co może wydawać się posunięciem nieco radykalnym, ale po pierwsze dzieki temu odważnemu krokowi zdobyliśmy znacząca przewagę punktową nad znajomymi, a po drugie wychodzenie z traumy trwało znacznie krócej niż przewidywał lekarz, bo już po dwóch dniach córka Aurora przestała krzyczeć, no i w sumie bilans jest pozytywny, jezeli nie liczyć tych dwóch skasowanych deskarzy, którzy jednak i tak jedynie zanieczyszczali pulę genową swym złym gustem w doborze ubrań.   

ps. A przy okazji - zamówiłem grillowane mrówki z jednego z poprzednich wpisow. I skorpiona w czekoladzie. Wkrótce relacja z degustacji. Łykajcie ślinę.