|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Moja książka, bo sam ją napisałem.
Rock it!
Zaglądam
Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
View blog authority
visited 28 states (12.4%) Create your own visited map of The World or website vertaling duits? |
poniedziałek, 01 lutego 2010
Chaos w eterze
Z Onetu (01.02.): Po okresie umocnienia polskiej waluty można przypuszczać, że zacznie się osłabiać - uważa wiceprezes Narodowego Banku Polskiego Witold Koziński.Nie ma nic trwałego na tym świecie. Przypuszczam, że po okresie umocnienia(złotego - PAP), nastąpi jego osłabienie. Pytanie, kiedy to nastąpi. Nie jestem w stanie tego powiedzieć, nie ma tu jakiejś projekcji" - powiedział w poniedziałek dziennikarzom Koziński. Tłumaczenie: Złoty się wzmocni lub osłabi. Nastąpi to wcześniej lub później. Z Onetu (01.02): Złoty zszedł poniżej 4 za, jednak odbił i poziom 4/EUR obronił się. Widać, że Londyn agresywnie kupuje złotego, zlecenie było dość duże i stąd tak szybki ruch kursu - powiedział PAP Marek Cherubin, diler walutowy z Banku BPH. Tłumaczenie: Citi posłuchało opinii Pana Prezesa. Kurs złotego się zmienił. Update: Doradca Pana Prezesa w NBP zarabia średnio 21 tysięcy złotych. Otóż ja, zobowiązuje się do udzielania rad Panu Prezesowi za 2 tysiące złotych miesięcznie albo nawet i za darmo, w zamian za mozliwość słuchania jego kształcących i pożytecznych wypowiedzi.
środa, 27 stycznia 2010
Zatrzymać globalne ocieplenie! The time is now!
Cd poprzedniej notki.... 6. Czy "kryzys klimatyczny" został wywołany w celu zniszczenia cywilizacji? Tak uważają "zaprzeczacze", widząc w "panikarzach" tajny masoński związek spadkobierców Malthusa (dla przypomnienia Malthus to ten gość od twierdzenia, że ludzkość wzrasta szybciej od dostępnych źródeł żywności, więc co pewien czas należałoby zmniejszać jej liczebność. Pogląd idiotyczny, któremu zaprzecza cała historia cywilizacji, ale w jakiś sposób działający na wyobraźnię. Zresztą osobiście nie mam nic przeciwko takim ruchom jak "Save the Earth - kill yourself". Uważam, że mogą one nawet pozytywnie wpłynąć na jakość puli genetycznej). Obowiązek redukcji emisji dwutlenku węgla o dalsze 20% do 2020 roku przez Polskę (jeden z postulatów konferencji kopenhaskiej) oznaczałby na przykład redukcję polskiego dochodu narodowego o 503 miliardy dolarów, co zepchnęłoby naszego polskiego tygrysa gospodarczego z powrotem w czasy wczesnego Łokietka, czy późnego Gierka. 7. Ojej!!! Niekoniecznie "ojej". Te 503 miliardy zielonych (co za precyzja wyliczeń!) nie miałyby zastąpić węgla, jako źródła opału w naszych elektrowniach. Musiałyby zostać wydane na unowocześnienie przemysłu, podniesienie jego wydajności energetycznej, budowę alternatywnych źródeł energii itd. Jednym słowem, ktoś by na tym zarobił. Czyli gospodarka dostałaby kopa (trochę w stylu tego lewaka Keynesa, ale zawsze). A przy okazji mielibyśmy więcej elektrowni słonecznych i tych odlotowo wyglądających farm wiatrowych. 8. Kto za tym wszystkim stoi? W opinii "zaprzeczaczy", ocieplenie klimatu jest "nową wojną". Otóż, chłopaki z Klubu Rzymskiego i Bildenberga spotkali się kilka lat temu zasmuceni wiadomością, że oto wkraczamy w okres bez wojen, a jak wiadomo nic tak nie napędza gospodarki jak jakaś wojenka (i w dodatku redukuje populację). Potrzebny był zatem jakiś inny pretekst, do transferu pieniędzy z kieszeni podatnika do kieszeni grubego przemysłowca. Taki motorem rozwoju mógłby być -według mnie - fajny plan podboju i terraformacji Marsa. Plan oparty na poszerzaniu granic poznania miałby jednak znacznie mniejszą siłę oddziaływania niż oparty na strachu (zresztą nawet te oparte na strachu - jak świńska, czy ptasia grypa szybko się zużywają). Należało wymyślić zagrożenie dla całej cywilizacji i globalne ocieplenie świetnie się w ten plan wpisywało, a w dodatku pomagało w zdobyciu Świętego Graala wszystkich masonerii świata, czyli utworzenia globalnego rządu. W wersji hard ten diaboliczny plan, którego rezultatem są postulaty redukcji emisji dwutlenku węgla o 5% co roku do 2050 roku, miałby doprowadzić do krachu cywilizacji, jaką znamy obecnie i usunięcia części zrakowaciałej tkanki - w jaką przekształciła się ludzkość - z powierzchni Ziemi. Tyle wersja "zaprzeczaczy". Na wysokim poziomie ogólności może być ona nawet prawdziwa (pomijając wątki paranoiczne). Uważam, że rzeczywiście potrzebujemy jakiegoś nowego wyzwania na globalną skalę, bo inaczej stoczymy się w dekadencję i cywilizacyjnego Altzheimera. Osobiście wolałbym ten program podboju Marsa lub nawet rozwiązanie problemu głodu na świecie, ale ostatecznie walka z globalnym ociepleniem – nawet jeżeli nie mamy na nie wpływu, też jest ok. 9. Czy zatoniemy? Wątpliwe. Jeżeli rzeczywiście globalne ocieplenie występuje i spowoduje stopnienie lodowców, to prawdopodobnie zatonie Holandia, ale to koszt, który jestem gotów ponieść. Chociaż pewnie Holendrzy dadzą sobie radę (Podobno poszukują już nowych terenów do osiedlenia się. Możemy im zaproponować np. kieleckie. Nigdy tam nie byłem i jego utrata niespecjalnie by mnie zabolała. A i fajnie byłoby mieć Amsterdam pod bokiem). Ocieplenie to zmiana zasięgu występowania chorób tropikalnych, zaburzenia pogody, tornada, huragany i powodzie. Ne ma jednak wiarygodnych danych wskazujących na wzrost liczby huraganów. Ludzie osiedlają się na terenach, których wcześniej - właśnie ze względu na występujące tam wichury - unikali. Przysuwają się też coraz bliżej rzek, przez co są częściej niż w przeszłości zalewani. Firmy ubezpieczeniowe płaczą i płacą, ale nieprzesadzajmy. Kto lubi firmy ubezpieczeniowe? Wzrost poziomu dwutlenku węgla to także zwiększenie się produkcji biomasy o 6% w ciągu ostatnich 18 lat (i aż 42% w lasach Amazonii). Wzrost temperatury oznacza z kolei wzrost parowania wody, a to - zwiększone opady. Między innymi dzięki temu w takich subsaharyjskich krajach jak Mauretania, czy Czad produkcja zboża zwiększyła się między 10. Kim są bad guys? W prostym świecie podział byłby prosty - według "zaprzeczaczy" - "oni" to rządy pragnące wydrzeć pieniądze podatnikom, skorumpowani naukowcy, nawiedzeni ekolodzy i producenci turbin wiatrowych. Według "panikarzy" - oni to ciężki przemysł, lobby węglowo- ropne, prawicowi pseudonaukowcy i rodzina Bushów. W rzeczywistości "ciężki przemysł" to również firmy budujące elektrownie atomowe. Po latach wstydliwego milczenia, atom znowu wraca na salony jako najlepsza z najgorszych alternatyw do spalania paliw kopalnych. Z kolei takie firmy jak Shell poszukując nowych nisz rynkowych wydają miliardy dolarów na badania nad alternatywnymi źródłami energii i prawdopodobnie przebierają nogami, aby dostać rządowe dotacje na ich wprowadzenie do masowej produkcji. Uwaga! Podsumowanie dla tych, którzy nie mieli czasu przeczytać całego tekstu! Globalne ocieplenie jest z bardzo dużym prawdopodobieństwem realnie występującym zjawiskiem. Nie wiemy, czy zostało wywołane przez człowieka – wystąpiło wraz z rewolucją techniczną i przebiega dosyć gwałtowne. Może to być jednak spowodowane tylko współwystępowaniem, a nie korelacją. Z pewnością Ziemia przeżyła juz okresy wyższej temperatury i wyższego stężenia CO2 w powietrzu. Jako zjawisko naturalne, globalne ocieplenie może się zwiększyć, zmniejszyć lub przejść w globalne oziębienie. Nic na to nie poradzimy. Zwiększenie temperatury nie jest z kolei najgorszym rozwiązaniem, obok zjawisk negatywnych, wywołuje także zjawiska pozytywne (zwiększenie produkcji roślinnej). W dłuższej perspektywie nie zaszkodzi jednak przyjęcie założenia, iż należy zmniejszać emisję gazów cieplarnianych. Może mieć to pozytywny wpływ na środowisko, na gospodarkę i produkcję rowerów. Nie należy jednak także ulegać propagandzie strachu, bo skończymy siedząc przed jaskinią i ciosając siekierkę z krzemienia przy łunie świateł bijącej z otaczających nas elektrowni atomowych. Howgh! Większość danych pochodzi od prof. Zbigniewa Jaworowskiego, jednego z umiarkowanych zaprzeczaczy, ale jednocześnie glacjologa i członka Nongovernmental International Panel on Climate Change.
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Globalne ocieplenie - kłamstwo, które ma zniszczyć cywilizację
Nieprosta sprawa z tym ociepleniem klimatu.... Po tym błyskotliwym wstępie przejdę do wyjaśniania dlaczego nieprosta. A tytuł, podobnie jak część danych, pożyczyłem sobie z wywiadu z prof. Zbigniewem Jaworowskim, jednym z "zaprzeczaczy" (dla odróżnienia od "panikarzy", czyli wyznawców wiary we wpływ człowieka na zmiany klimatu). 1. Jest to ocieplenie, czy go nie ma? Jest i to silne, od mniej więcej 1900 roku, co zbiega się akurat z początkiem rewolucji przemysłowej i co powinno skłonić nas do zastanowienia, czy przypadkiem nie jest to nieprzypadkowa zbieżność przypadków. Ale....W ostatniej dekadzie wzrost temperatury praktycznie się zatrzymał (to właśnie spowodowało niepokój kłamczuszków z Climatic Research Unit i próby podrasowywanie wyników). 2. Jeżeli ocieplenie rzeczywiście występuje, to czy jest ono spowodowane przez człowieka? Może tak, może nie. Zahamowanie wzrostu temperatury w dekadzie, w której spaliliśmy więcej paliw kopalnych niż kiedykolwiek wcześniej w historii, trochę zaburza prostą i pouczająca opowieść o złej cywilizacji, która przygotowuje własną zagładę. Średnia temperatura z USA pomiedzy 1998 rokiem a 2008 rokiem spadła o 1 stopień, podczas, gdy globalna emisja dwutlenku węgla wzrosła w tym czasie o 34%. Z drugiej strony, takie efektowne dane mają małą wartośc, bo na pewno sa rejony Ziemi, w których w tym smaym czasie temperatura wzrosła, a 10 lat, to jednak za mało, żeby oceniać procesy zachodzące przez stulecia. Co więcej niektóre modele zmian klimatycznych przewidywały takie - chwilowe - zatrzymanie wzrostu temperatury. 3. Czy grozi nam kolejna epoka lodowcowa? Stosunkowa niezmienność klimatu jest złudzeniem wywołanym jętkowatością naszego istnienia. Były okresy, w których Grenlandia nie była może "zielona wyspą", ale przynajmniej nadawała się do osadnictwa i okresy, w których budowano karczmę na Bałtyku dla kursujących po lodzie karawan handlowych z Polski do Szwecji. Pojawiła się nawet swego czasu klimatologiczna teoria rozwoju cywilizacji pokazująca, iż cywilizacja zachodnioeuropejska rozwijała się skokami - kwitnąc, kiedy podnosiła się temperatura i hibernując w okresach ochłodzenia. Ostatnia mała epoka lodowcowa trwała od 1350 roku do 1880 (co ciekawe, proces topnienia lodowców zaczął się już w 1750 roku i jest to ten sam proces, który obserwujemy obecnie). Być może to nie rewolucja przemysłowa wywołała ocieplenie klimatu, ale ocieplenie - rewolucję przemysłową. Ciekawsze pytanie brzmi jednak - ile dzieli nas od następnej małej (albo i większej) epoki lodowcowej? Wystarczy siegnąć po stare numery Problemów z lat 80-tych, aby przekonać się, że wielu poważnych uczonych i niepoważnych futurologów spodziewało się ochłodzenia w ciągu najbliższych 20-25 lat (czyli mniej więcej teraz). 4. Czy w tej sytuacji elektryczne samochody powinny zostać zdelegalizowane? Pytanie jest oczywiście pod publiczkę. Elektryczne samochody same w sobie nie mają ani pozytywnego ani negatywnego wpływu na emisje CO2 (bo ważne jest żródło pozyskiwania przez nich energii). GDYBY jednak groziła nam kolejna epoka lodowcowa i GDYBY rzeczywiście człowiek miał możliwość wpływania na klimat, to obywatelskim obowiązkiem byłoby zakupić dwa 4-litrowe cadillacki z wczesnych lat 70-tych i nie wyłącząć silników nawet na minutę. Oczywiście, to dwa "big if", ale lubię takie potencjalne zawieszki w Matrixie i z dziką satysfakcją oglądałbym kolejną konferencję w Kopenhadze nawołująca do budowy elektrowni węglowych i zwiększenia zużycia paliw kopalnych. 5. Czy kłamczuszki z Climatic Research Unit są złymi chłopakami? Jako naukowcy tak. Rosjanie przekazali do CRU wszystkie swoje dane z lat 1860-205 z 476 stacji pomiarowych pokrywających 20% powierzchni lądowej Ziemi. Ludzie z CRU wybrali dane ze 121 stacji, w taki sposób, aby temperatura z lat 1965-2005 była wyższa, a z lat 1860-1960 niższa od tej uzyskanej ze wszystkich stacji pomiarowych. Z drugiej strony CRU prawdopodobnie wierzy w ocieplenie klimatu i złowieszczą rolę czlowieka w tym procesie. Czy po to, żeby zatrzymać nieruchonnie - według nich - nadciągającą katastrofę na skalę globalną, nie można usprawiedliwić lekkiej "poprawy" wyników, które okażą się bardziej przekonujące dla polityków i opinii publicznej? Pokusa jest duża. Lenin nazwałby to zapewne nawet dziejową konieczością. Co jeszcze raz pokazuje, ze dobrymi chęciami piekło wybrukowane. Ten wpis będzie miał dużo części....
Niedźwiedzi kandydat do Nagrody Darwina, który poruszył sumienia milionów.
piątek, 22 stycznia 2010
Tough guys wear black
Twardzi i źli. Ze względu na ograniczone zaufanie do inteligencji widzów, od pradziejów kinematografii, czarne charaktery nosiły czarne kapelusze (off topic: obecnie łatwiej ich rozpoznać po tym, że używają pecetów, zamiast apple'ów. Notabene, to jakiś hollywódzko-jobowski spisek - czy widzieliście kiedyś w kinie, żeby bad guy używał ipoda? Jeżeli w ogóle słucha muzyki, to albo z jakiegoś Sony albo ze spatynowanego gramofonu - jak Lecter). Czarny jest postrzegany jako kolor śmierci i zła prawie w każdym zakątku świata. Badania przeprowadzone w Stanach pokazują, iż wystarczy, aby połowa stroju hokeisty lub futbolisty (chodzi oczywiście o futbol amerykański, chociaż nie ma to akurat wielkiego znaczenia) była czarna, aby jego wygląd został uznany za "agresywny" lub "zły". To z kolei przekłada się na ocenę zachowania takich zawodników. Grupie profesjonalnych sędziów sportowych pokazano taśmę wideo ukazującą ten sam zespół futbolowy. Jedna grupa sędziów ogladała zespół ubrany na czarno, a druga na biało. Sędziowie oglądający "czarną" wersje uznali ją za znacznie bardziej agresywną, od tych, którzy oglądali wersję "białą". Ci pierwsi wychwycili także więcej sytuacji zasługujących na ukaranie. Wyniki tego badania zbieżne są z danymi historycznymi za ostatnie 20 lat, które pokazują, iż w hokeju i futbolu, członkowie drużyn noszących czarne stroje karani byli częściej niż zawodnicy ubrani "mniej agresywnie". Podobne badania przeprowadzono również dla koloru czerwonego. Najprostsza konkluzja z powyższej notki jest taka, że Gołota powinien ubierać się na różowo, co zapewne pomogłoby mu w karierze. Konkluzja w duchu politycznej poprawności ostrzegałaby nas przed uprzedzeniami wynikającymi z wyuczonych lub genetycznych nawyków przypisywania określonych cech, neutralnym z natury kolorom. Byłaby to konkluzja tyleż budująca, co fałszywa. Całe nasze życie zbudowane jest na - zwykle nieuświadomionych - założeniach. Czasami prowadzą one do całkowicie nieracjonalnych zachowań (patrz świńska grypa), bez nich jednak nie moglibyśmy funkcjonować (gdybym codziennie sprawdzał palcem, czy woda wrze, bo osiągnęła 100 stopni, czy też nastapił gwałtowny spadek ciśnienia atmosferycznego, to prawdopodobnie miałbym później kłopoty z utrzymaniem kubka herbaty w rękach). Skoro czarny kolor postrzegany jest jako agresywny, to nie tylko przez postronnego obserwatora, ale także przez osobę tkwiącą w tym stroju. A to zapewne powoduje, iż STAJE się ona BARDZIEJ agresywna. Jeżeli zatem w ciemnej uliczce stajesz oko w oko z facetem w czerni, to uciekaj szybciej, niż gdyby ten człowiek ubrany był w pastele. Chyba, że to ksiądz. Chyba, że jesteś Nergalem. Wtedy też zwiewaj.
piątek, 15 stycznia 2010
Papież wie!
Jego Świątobliwość nawołuje, żeby nie wierzyć astrologom i wróżbitom. Zapewne w kwestii daty końca świata. A skoro Papież tak mówi, to wie. Gdyby nie miał pewności, że przepowiadacze się mylą, to nie podważałby ich wiarygodności. Czyli koniec świata nastąpi, ale w innym terminie. Osobiście obstawiam 12.12 zamiast 21.12. Zapewne Majowie popełnili w swoich obliczeniach czeski bład, zwany w ich czasach tolteckim błędem. 12.12.12 ma zresztą znacznie większy potencjał apokaliptyczny (trzy dwunastki to dwa razy więcej niż trzy szóstki). Sprawa jest poważna, bo jak wiadomo Papież jest nieomylny, co zreszta niedawno potwierdził wydając negatywną opinią o Awatarze. W tej sytuacji martwi mnie jedynie, iż koniec może być znacznie mniej widowiskowy niż w 2012. Większość z nas pewnie nie będzie miała nawet okazji go zauważyć, tak jak wielu Haitańczyków kilka dni temu. Pozostaje mieć nadzieję, że przynajmniej divine CGI będą bardziej przekonujące niż efekty w filmie Emmericha. The end is nigh! Bestia krąży po ulicach Warszawy...
wtorek, 12 stycznia 2010
Wielki finał
Na pewno przebieracie nóżkami na kontynuację poprzedniej notki. Jeżeli nie przebieracie, to przeczytajcie ją i zacznijcie przebierać. 1. Podaj numer składający się z dwóch parzystych, ale różnych cyfr z zakresu 50-100. Nie widzę całkiem wyraźnie, przekaz telepatyczny jest nieco zakłócany przez minusowe temperatury, ale wydaje mi się, że to będzie 68. 2. Podaj pierwszy numer jaki przychodzi Ci do głowy z zakresu 1-1000. Moja tabliczka quija podpowiada, że będzie to 333. 3. Podaj pierwszą przychodząca Ci do głowy cyfrę z zakresu 1-10. W fusach z kawy wyraźnie dostrzegam 7. 4. Podaj numer z zakresu pomiędzy 50 a 100, składający sie z dwóch różnych, nieparzystych cyfr. Mój astralny awatar podpowiada mi, że będzie to 35 lub 37. Oczywiście powyższe odpowiedzi nie mają nic wspólnego z telepatią ani parapsychologią, a już bardziej z Familiadą. Poza jednym eksperymentem, w którym królicza mama umieszczona na łodzi podwodnej przerywała gryzienie marchewki, w momencie gdy 500 kilometrów dalej ukręcano główki jej potomstwu (serio, amerykańscy militaryści przeprowadzili taki eksperyment, rosyjscy pewnie też, tyle, że wykorzystując populację jakieś syberyjskiej wioski), nie mamy żadnych dowodów na istnienie telepatii. Specyfika naszego mózgu powoduje jednak, iż takie a nie inne odpowiedzi są wybierane przez większość populacji. Więc jeżeli takich właśnie odpowiedzi udzieliliście, to sorki, jesteście zupełnie tacy sami jak reszta ludzkości. Świadomość bycia mentalnym klonem musi być dołująca. Jeżeli udzieliliście innych odpowiedzi, to jesteście dziwolągami, wybrykami natury i nijak nie mieścicie się w normie. Nie potrzebujemy tutaj takich, wracajcie na Marsa albo jakaś inną paskudną planete, z której przybyliście. Trochę inaczej sprawy się mają z dwoma ostatnimi zadaniami. Pierwsze z nich: "Dodaj 400 do 3 ostatnich cyfr w telefonie", jest tzw. kotwicą, wpływająca (przynajmniej w teorii) na odpowiedź na pytanie o zakończenie podbojów Attyli. Zdzwiłbym się, gdyby ktoś pamietał tę datę (nie potrzebujemy tu takich, wracajcie na Marsa), ale jest to rok 451. Jednak im mniejsza suma z działania 5, tym wcześniejszy rok podawany w odpowiedzi. W praktyce ciężko będzie to sprawdzić, więc musicie mi wierzyć na słowo. Jajogłowi stwierdzili, że jeżeli suma z dodania 400 do ostatnich cyfr telefonu wynosi mniej niz 600, to daty podawane w drugim zadaniu zwykle oscylują wokół w roku 600, a jeżeli więcej niż 1200, to podawana data rośnie do ok. 970 roku. Może to trochę skomplikowane, ale dokładnie na takiej zasadzie działają wyprzedaże sklepowe. Cena podstawowa to kotwica, do której odnosimy się przy decyzji o zakupie towaru po obniżce. Krótko mówiąc, jeżeli towar został przeceniony o 70% i kosztuje 100 zł, to chętniej go kupimy niż ten sam towar przeceniony o 10%, mimo, iż jego cena nadal będzie wynosić 100 zł. Zależność niby banalna, ale umiejętnie wykorzystana, może się przydać w życiu. Jeżeli chcemy na przykłade prosić o podwyżkę, należy zacząć od luźnej rozmowy o wysokości ostatniej wygranej w totka albo - i to uczyni Was mistrzami psychomanipulacji - o jakichkolwiek innych liczbach, które będą stanowiły kotwice dla Waszej prośby. Niech to będzie panująca obecnie temperatury lub wielkości złowionej przez Was ryby. Jeżeli np. chcecie dostać podwyżkę o 100 złotych, trzeba wspomnieć o złowionym niedawno szczupaku o długości 150 cm, a jezeli podwyżkę o 5%, to o 10 stopniowym mrozie panującym w Waszym ogródku. Należy unikać jednak słowa "minus", bo to może zakotwiczyć szefa w przekonaniu o konieczności redukcji kosztów.
środa, 06 stycznia 2010
Telepatia i inne patologie
Dzisiaj trzech tajemniczych magów, więc tak a propos chciałem zabawić Was prostymi sztuczkami z zakresu telepatii. Mógłbym zrobić jeszcze jakieś wesołe wprowadzenie, ale ponieważ rzecz wymaga ode mnie absolutnej koncentracji więc walę od razu ad rem. Sprawa jest prosta, należy szybko odpowiedzieć na poniższe pytania, zapisać co tam się wymyśliło, nie zgubić kartki, a ja w piątek podam prawidłowe, tzn te wymyślone przez Was odpowiedzi. Tylko bez oszukiwania, bo spowoduję, że Wam mózgi eksplodują. 1. Podaj numer składający się z dwóch parzystych, ale różnych cyfr z zakresu 50-100. 2. Podaj pierwszy numer jaki przychodzi Ci do głowy z zakresu 1-1000. 3. Podaj pierwszą przychodząca Ci do głowy cyfrę z zakresu 1-10. 4. Podaj numer z zakresu pomiędzy 50 a 100, składający sie z dwóch różnych, nieparzystych cyfr. 5. Dodaj 400 do 3 ostatnich cyfr w telefonie. 6. Podaj datę zakończenia podbojów Attyli (oczywiście bez patrzenia w pomoce szkolne, dla ułatwienia było to przed rokiem 1000) - plus-minus, precyzja nie jest tutaj potrzebna, liczy się liczba, która przyszła Wam w danym momencie do głowy. Poniższy filmik nie ma nic wspólnego z testem, ale za to stanowi fragment japońskiego teletunieju, co gwarantuje dobrą, chociaż niepozbawioną zadumy nad różnicami kulturowymi, zabawę.
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Niech nam żyje młoda para!
Zwykle staram się udowodnić, iż wymyślony przez teoretyków ekonomii racjonalny homo oeconomicus nigdy nie istniał, a my w swoich wyborach kierujemy się przypadkiem, wypaczonymi przez kulturę emocjami i błędną oceną sytuacji wynikającą z nieumiejętnej obsługi własnego mózgu. Dzisiaj jednak dla odmiany zagram adwokata diabła, pokazując racjonalność czającą się za, na pozór ekonomicznie bezsensownym, poparciem dla ślubów par homoseksualnych. Jeszcze tylko disclaimer: w tej króciutkiej analizie nie interesują mnie kwestie obyczajowe, etyczne, czy kulturowe. Przyjmuję natomiast proste założenie, iż ludzie dokonują wyborów w zgodzie z własnym interesem ekonomicznym i unikają decyzji w tej interes godzących. Zgodnie z tym założeniem pary homoseksualne, zamierzające pozostawać w długoletnich relacjach z wybranym partnerem słusznie domagają się możliwości zawierania pełnoprawnych ślubów, a znaczna cześć heteroseksualnej populacji słusznie się tej możliwości przeciwstawia. Zawierając ślub (a nie jakiś jego cywilnoprawny ersatz) homoseksualiści mogą w pełni korzystać z ulg podatkowych (np. dotyczących prawa spadkowego), które ustawodawca przewidział jako - niewielką - rekompensatę za koszta ponoszone przez heterseksualne małżenstwa na wychowanie i wykształcenie dzieci. Oczywiście, takie rozwiazanie jest niekorzystane zarówno dla heteroseksualistów, którzy muszą z tego powodu znosić wyższe podatki (czyjaś ulga jest zawsze czyimś obciążeniem), jak również dla przytłaczającej większości społeczności homoseksualnej, która nigdy nie zamierza zawierać długotrwałych związków (chęć zawarcia ślubu deklaruje zaledwie kilka procent homoseksualistów). Można zastanawiać się, czy w takim razie śluby powinny zawierać tylko te pary, które deklarują chęć adopcji (lub urodzenia - w przypadku par lesbijskich) dziecka. Par takich jest jeszcze mniej niż tych deklarujących chęć wejścia w związki małżenskie, ale to jednak trochę inny temat. Jakie jest zatem ekonomiczne uzasadnienie rosnącego poparcia dla ślubów homoseksualnych? Zgodnie z założeniem - interes ekonomiczny. Obecnie w Stanach Zjednoczonych tzw. biznes ślubny generuje 0,5% PKB (czyli jest wart ok. 70 mld dolarów). Zalegalizowanie ślubów par homoseksualnych oznaczałoby wzrost tego sektora o 17 mld dolarów. Kolejne 2-3 mld generowałyby wydatki związane z interesem homorozwodowym (Forbes 12/2009). Oczywiście nie wszyscy popierający śluby homoseksualne są wedding plannerami, wytwórcami tortów weselnych, przedstawicielami biur podróży ze specjalnymi ofertami dla nowożeńców, prawnikami i pracownikami USC. Jest to jednak dosyć duża grupa lobbyingowa, do której należy dodać także osoby żyjące z promowania poprawności politycznej, czy też liderów ruchu homoseksualnego, ktorym coraz trudniej przychodzi ustalenie nowych celów działania w świecie, w którym upadła już większość barier. Z pewnością istnieje też znaczna grupa ludzi, których nie obchodzą lub którzy nie zastanawiają się nad ekonomicznymi konsekwencji swoich decyzji. Czyli część "pro-weddingowców" zachowuje się racjonalnie, a część jednak niestety nie i ten adwokat diabła słabo mi wyszedł. A tutaj coś w temacie, czyli Brokeback Mountain w konwencji fantasy (+ seks międzygatunkowy), czyli gra Dragon Age, czyli kreatywni marketingowcy w nieustającym poszukiwaniu nowego targetu.
środa, 23 grudnia 2009
Słowo na niedzielę
Jeżeli coś mnie jeszcze trzyma w pionie na tym padole generalnie łez i mozołu, to przekonanie o poczuciu humoru Pana Boga. Przekonanie powyższe skłania mnie do przypuszczenia, że to wszystko nie jest tak do końca na serio. PB czasami stosuje humor sytuacyjny, na przykład zsyłając na Europę zamieć śnieżną w ostatni dzień konferencji poświęconej ociepleniu klimatu. Czasami skojarzeniowy, jak w przypadku nadania matce Buzza Aldrina nazwiska Moon. Dobrze, że nie jest zwolennikiem komedii slapstickowej, bo rodzilibyśmy się ze skórką od banana przyczepioną do stóp. Z drugiej strony obserwując mechanikę aktu seksualnego, trzeba przyznać, że jest w nim coś z burleski. Przynajmniej mamy lepiej od ślimaków, których organa płciowe potrafią się tak zapętlić, iż pozostaje je jedynie odgryźć. Ulubionym rodzajem humoru PB jest chyba jednak humor koincydentalny. Sam wymyśliłem ten termin i nie mam do niego jeszcze dobrej definicji, więc posłużę się przykładem. Czy zastanawialiście się czego właściwie zostaliśmy pozbawieni rankiem 13 grudnia roku pamiętnego? Otóż sławetny, nigdy nie wyemitowany odcinek Teleranka miał być poświęcony zlotowi czarownic na Łysej Górze, a gościem programu był Lech Emfazy Stefański z Polskiego Towarzystwa Psychotronicznego. Czy generał Jaruzelski zadawał sobie sprawę, że stawia tamę zalewowi szatanizmu w Polsce? - jak zapytałby retorycznie Bogusław Wołoszański. Gdyby Stauffenberg stracił w wyniku ostrzału jeden palec mniej, zapewne nie miałby problemu z uruchomieniem zapalników obu bomb, które nosił w teczce. Gdyby obie bomby eksplodowały, żadna dębowa noga od stołu nie uratowałaby Hitlera. Gdyby nie mgła panująca w Monachium 8 listopada 1939 roku, Hitler nie wyszedłby wcześniej ze spotkania ze swoimi towarzyszami partyjnymi, śpiesząc się na pociąg i 40 dni (a właściwie nocy) pracy Georga Elsera, polegającej na dążeniu schowka na bombę zegarową, nie poszłoby na marne, a wojna mogłaby się skończyć 6 lat wcześniej. Te dwa ostatnie przykłady koincydencji i ich konsekwencji wydają się dosyć niepokojące, ale być może Niemcy, nierzucone na kolana, dyktujące warunki zawarcia pokoju i kontynuujące spokojnie pracę nad bomba atomową, rakietami średniego zasięgu i superżołnierzami z wampirzym DNA mogłyby sie okazać za kilka lat jeszcze groźniejsze niż Niemcy rządzone przez Hitlera. Może rzeczywiście istnieje Plan? W ostatnim roku w konfliktach zbrojnych zginęło na świecie ok 26 tysięcy ludzi. Dla nich nie ma to już pewnie znaczenia, ale tak spokojnie po raz ostatni było na świecie gdzieś 3000 lat temu, koło XI w p.n.e, kiedy to poszukiwania innych ludów do podboju zajmowało zbyt dużo czasu i sił, żeby starczało ich na jakiś poważniejszy i dłuższy konflikt. I z tą wesołą refleksją zostawiam Was na Święta.
środa, 16 grudnia 2009
Jak zostać milionerem w 24 godziny. Tym razem na serio.
Jeszcze nie wybrzmiała poprzednia świetna notka, a tu już kolejna, ale wpadł mi w ręce listopadowy numer Przekroju, a w nim artykuł wyjaśniający jak Zderzacz Hadronów spowoduje koniec świata. Otóż Natura kieruje się w swoim działaniu zasadą lenistwa (mógłbym napisać: Bóg kieruje sie w swoim działaniu zasadą lenistwa, ale brzmi to jakoś kacersko). Zasada to mówi, iż Działanie wykonywane jest w taki sposób, aby zoptymalizować jakąś funkcję, najczęściej związaną z wydatkiem energii. Na przykład światło leci po takiej trajektorii, aby dotrzeć w inne miejsce w jak najkrótszym czasie. (tak, zaburza to związek przyczynowo-skutkowy, bo niby skąd światło wie dokąd leci, ale podobno nie takie rzeczy dzieją się w świecie kwantowym) Dwóch fizyków teoretyków, w tym jeden z twórców teorii strun - Holger Bech Nielsen oraz jego japoński sidekick - Masao Ninomiya stworzyli wzór pokazujący, iż odkrycie czasteczki Higgsa (jeden z podstawowych celów budowy Zderzacza Hadronów) zaburzy "zasadę lenistwa", a tym samym nigdy do niego nie dojdzie. Nielsen i Ninjasan starali się w ten sposób wyjaśnić serię dziwacznych zdarzeń, które przytrafiały się Zderzaczowi w ostatnim czasie. Teoria może nieco ekscentryczna, ale za to doskonale weryfikowalna empirycznie. Panowie NN zaproponowali eksperyment, w którym wyciagnięcie jedynego asa z talii liczącej milion kart spowoduje zamknięcie Zderzacza. Jeżeli Natura nie chce, aby kolajder działał, to spowoduje wyciągnięcie z talii właśnie tego asa. Jajogłowi są sprytni, ale mało praktyczni. Ten sam eksperyment można przeprowadzić przy nieco innych założeniach. Należy skreślić 6 liczb w totka (albo jednocześnie we wszystkich konkursach liczbowych odbywających się na Ziemi), przy założeniu, iż połowę zdobytej w tej sposób fortuny wyda się na przygotowanie ataku terrorystycznego na instalację pod Genewą. Jeżeli panowie NN nie pomylili się przy tworzeniu wzoru (a nasz zamach w przyszłości się powiedzie), możemy w ciągu jednego dnia stać się miliarderami, a jednocześnie uchronić Ziemię przed zagładą. Jeżeli bowiem Zderzacz nie zostanie zamknięty, to albo nastąpi kolejna seria dziwnych katastrof albo jedna wielka, w której problem badań nad bozonem Higgsa zostanie rozwiązany na dłużej (a jeżeli założymy, że inteligentne życie rozwinęło się jedynie na Ziemi, to być może na zawsze). Za tym drugim rozwiązaniem przemawia dziwna koincydencja czasowa - eksperymenty w Zderzaczu potrwają około roku, następne dwa lata zajmie obróbka danych. Oznacza to, że na ślad cząstki Higgsa możemy wpaść, a właściwie moglibyśmy wpaść, gdyby nie było to sprzeczne z prawami natury, pod koniec 2012 roku. Pewnie koło grudnia.
poniedziałek, 14 grudnia 2009
More sex is safer sex
Tytuł nie jest mój, a szkoda, bo takie tytuły wręcz zmuszają do sięgnięcia po książkę. Może przynajmniej opalę się nieco w blasku jego atrakcyjności. Autorem genialnego tytułu jest Steven E. Landsburg, z którego korzystałem niedawno przy opisywaniu jak dobrze nam się obecnie dzieje. Landsburg jest ekonomicznym fundamentalistą, dla którego ekonomia jest nauką, a ponieważ jednak jest nauką aspirującą - nie do końca pewną swego - więc stara się podkreślić swoją uniwersalność, unikając jak ognia moralności czy wnikania w różnice psychologiczne pomiędzy osobnikami homo oeconomicus. W wielu przypadkach daje to efekt niejakiego odrealnienia (jak w znanym brodatym żarcie o matematyku zmuszonym do wygłoszenia odczytu podczas zebrania kółka rolniczego: "Weźmy modelową okrągłą krowę...), w innych przynajmniej intryguje. W tym miejscu pora na małe rozczarowanie - więcej seksu oznacza bezpieczniejszy seks tylko dla niektórych. Zacznijmy zatem od naszej okragłej krowy, czyli założenia, że pula seksu dostępnego w populacji jest w zasadzie stała. Barbara może się oddać Stefanowi - 40-letniemu działaczowi organizacji pozarządowych mieszkającemu nadal z matką lub Tomaszowi - agentowi CBA, lat 30. Stefan utrzymuje kontakty seksualne ze średnią liczbą 2 partnerek w roku - w tym jedną stanowi postać z Leisure Suit Larry - a Tomasz z ponad 20 partnerami rocznie. Stefan nie ma nawet opryszczki, a Tomasz jest nosicielem wirusa HIV. Jedyną szansa na uratowanie Barbary przed zarażeniem jest nakłonienie Stefan, aby stał się seksualnym drapieznikiem i podniósł średnią swoich partnerów seksualnych przynajmniej o jeden. Tomasz w tej sytuacji będzie musiał zadowolić się 19 partnerkami rocznie. Michael Kramer z Harvardu policzył nawet, iż do zatrzymania rozprzestrzeniania się AIDS w Wielkiej Brytanii należałoby skłonić wszystkich osobników mających mniej niż 2,25 partnera rocznie do zwiększenia swojej aktywności o dodatkowego jednego lub dwóch partnerów. Co ciekawe, trzy czwarte Brytyjczyków mieści się poniżej tego limitu. To znaczy, ciekawe, że jedna czwarta przekracza ten limit, czemu nie sprzyja przecież zbytnio ani klimat ani atrakcyjność populacji. Dalej Landsburg przedstawia śmiertelne zagrożenie ze strony monogamii oraz sposób na zlikwidowanie prostytucji poprzez zwiększenie liczby zdrad małżeńskich. Nie bardzo wiem, jak możnaby to wykorzystać w praktyce, ale te teoretyczne rozważania znajdują pewne empiryczne potwierdzenie. Otóż rozkwit ruchu wstrzemięźliwości seksualnej w Stanach nie spowodował żadnego widocznego obniżenia zachorowalności na choroby weneryczne. Zupełnie jak z alkoholem - pijąc - szkodzisz sobie, nie pijąc - szkodzisz krajowi.
czwartek, 10 grudnia 2009
Panopticum
Dzisiaj dla odmiany, zamiast normalnie odpowiedzieć leniuchowi w komentarzu, dam pełnoprawną notkę, dzięki czemu odwalę normę blogowania na ten tydzień. Panopticum przedstawione na zdjęciach nie należy niestety do mnie lecz -w pierwszej cześci - do pana Sir Wellcoma, który zasłynął założeniem fundacji Wellcome Trust, wydającej na badania biologiczno-medyczne prawie tyle ile wynosi cały budżet nauki w Polsce. Pan Sir Wellcome poza tym, że był obrzydliwie bogaty, miał również kolekcję większą od kolekcji Luwru (pod względem liczby egzemplarzy), z tym, ze specjalizował się - jak widać - w protezach kończyn, kałamarzach zrobionych z głowy kozła oraz penisach wotywnych. Maski pośmiertne na jednym ze zdjęć należą do panów Newtona, Voltera i Raphaela, kimkolwiek by oni byli. Poza tym wiem, że klikanie na linki to teraz obciach, ale naprawdę rzućcie tu okiem. Druga część galerii pochodzi z kolekcji pana Roberta LeRoy Ripleya, który był kimś w rodzaju naszego Tony Halika, tyle że on podróżował po świecie, aby zbierać takie artefakty jak np. sławetna syrenka z Fidzi, będąca w rzeczy samej sprytnym połączeniem małpki kapucynki z rybą-pilotem, co nie przeszkadzało jednakowoż jej karierze w cyrku Barnuma. Na jednym ze zdjęć widać także gipsowy odlew głowy pewnego chińskiego przewodnika po Pekinie. Dla poprawy swojej atrakcyjności turystycznej wywiercił był on sobie w głowie otwór, w który wstawił świeczkę, stając się tym samym pierwszym człowiekiem ze świeczką w głowie. Obaj panowie mieli w swoich kolekcjach także pomniejszone głowy (prawidłowo zwane tsants, do kupienia za 50 dolców sztuka), które wyraźnie w latach 20-tych ubiegłego wieku uważane były za uroczy bibelocik (tutaj np. wspomniany już Tony Halik z ze swoim małym przyjacielem).
sobota, 05 grudnia 2009
The next big thing
Po nadzwyczaj sprawnie przeprowadzonej akcji wciskania HD (90% posiadaczy supercienkich, wypasionych telewizorów 1080p nadal ogląda na nich telewizję PAL, co oznacza, że równie dobrze mogliby wbijać nimi gwożdzie w ścianę), nie tak już udanej próbie omamienia klientów Blue-ray'em oraz zupełnie nieudanym wyścigu na MHz, masoneria stojącą za koncernami elektronicznymi wpadła na pomysł wylansowania trójwymiaru. Jest to dosyć żałosne posunięcie świadczące o wyczerpywaniu się pomysłów na elektronikę użytkową. Płyty gramofonowe zostały zastapione przez taśmy, taśmy przez CD, ale próba wprowadzenia DVD-audio zakończyła sie totalną klapą, bo różnice w jakości dżwięku były już poza zasięgiem ludzkiego słuchu. Na szczęście pojawiło się MP3. Ale co dalej, że pozwolę sobie na tak dramatyczne pytanie? Ściana. 3D jest rozpaczliwym ruchem, bo już nasi pradziadkowie mogli podziwiać stereowypukłości szwaczek i praczek dorabiajacych jako stereomodelki. Sam pamiętam z kolei kultowy film produkcji radzieckiej "Zabawy zwierząt" wyświetlany w kinie Oko. Było to unikatowe w skali światowej kino wyświetlające tylko jeden film (no, może było tych filmów ze trzy, wszystkie dla miłośników zwierząt). Rewolucja 3D miała nas dopaść przy okazji Beowulfa, z wychodzącą z ekranu tylną wypukłością Angeliny Jolie, zwieńczoną figlarnym ogonkiem, ale nawet on nie wywołał masowego zrywu powstańczego przeciwników płaskiego obrazu. Obecny szturm został już lepiej przygotowany. Od przynajmniej roku wszystkie filmy dla dzieci puszczane są w kinach w 3D, atmosferę podkręca Avatar, NVidia wypuściła okulary 3D, Fuji steoreoaparat, a Hyundai, LG i Samsung monitory do trójwymiaru. Oczywiście, stosowane w powyższych przypadkach technologie są zazwyczaj ze sobą niekompatybilne, a najdalej zaszło Fuji robiąc aparat, z którego zdjęcia można ogladać na nim samym, specjalnej miniaturowej ramce wideo kosztującej prawie 2000 zł oraz na zdjęciach lentikularnych 6 dolarów za sztukę. Po tej przydługiej, rytualnej filipice skierowanej przeciwko konglomeratowi elektroniczno-marketingowemu próbującemu po raz kolejny zmusić nas do zakupu rzeczy, których niepotrzebujemy, z pokorą przyznaję, że jak zwykle uległem kuszeniu i zaopatrzyłem się w Finepix'a 3D. Oczywiście nie mogę wam pokazać zrobionych w ten sposób zdjęć, chyba, że sami go też kupicie. Po przerobieniu na bardziej popularne anglify wygladają one tak jak poniżej. I proszę nie narzekać, ze nieostre, bo do anglifów potrzebne są czerwono-zielone okulary, więc jeżeli macie takie akurat w domu, to uważajcie, żeby się nie przestraszyć, niczym widzowie braci Lumiere po raz pierwszy oglądający wjazd pociągu na stację.
Spragnionych wiekszej ilości trójwymiaru zapraszam tutaj.
piątek, 27 listopada 2009
Hurra! Jest dobrze.
Przez 99,8% istnienia rasy ludzkiej, człowiek żył przeciętnie za dochód rzędu 400-600 współczesnych dolarów rocznie. Oczywiście byli tacy- nieliczni - których dochody były wielokrotnie wyższe. Były także - krótkie - okresy szcześliwości, gdy średni dochód mieszkańca Ziemi rósł znacząco, ale prawie nigdy nie przekraczał dwukrotności podanej powyżej kwoty. Dzieci były tak samo biedne jak rodzice, a oni jak ich rodzice. Wszystko zmieniło się wraz z wybuchem rewolucji przemysłowej. Dochód na głowę mieszkańca zaczął rosnąć w stabilnym tempie ok. 0,75% rocznie. Ludzie, po raz pierwszy od milleniów zaczęli wierzyć, że za rok będa bogatsi niż byli rok wcześniej. W dwudziestym wieku realny wzrost dochodów per capita (na szeroko pojetym Zachodzie) osiagnął 1,5% rocznie, a od 1960 roku -2,3%. Sto lat temu przeciętny Amerykanin pracował ponad 60 godzin tygodniowo, obecnie poniżej 35. Sto lat temu tylko 6% robotników brało wakacje. Obecnie jest to 90% (przynajmniej w USA, w Europie te wskaźniki są wyższe). Na początku poprzedniego wieku, prace domowe zajmowały gospodyni domowej ok. 12 godzin dziennie spędzonych na prasowaniu, praniu, sprzątaniu i szyciu. Obecnie jest to około 3 godzin dziennie. Wzrost realnych zarobków o 2,3% rocznie oznacza dla przeciętnego Amerykanina, iż jego dzieci za 25-30 lat będa zarabiały realnie prawie o 100% więcej od niego. Ich dzieci - już ponad 300% więcej. Przy zachowaniu tego tempa wzrostu przez 400 lat, przeciętny Amerykanin będzie zarabiał około 1 miliona dolarów dziennie (w obecnych cenach, a więc po uwzględnieniu inflacji). Jednym słowem żyjemy w cudownych czasach, w bardzo wąskim przedziale pomiędzy biedą i brakiem nadziei a dekadencją i brakiem celu. Ciekawe, czym na to zasłużyliśmy?
niedziela, 22 listopada 2009
Spotkanie z Innym
Mało jest tak dołujących miejsc w Internecie jak Panoramio.com. Każdy metr kwadratowy ziemi został obfotgrafowany, podróże są bezcelowym wydatkiem energii, wszystko jest do zobaczenia na podrasowanych cyfrowo zdjęciach. Zostaliśmy obdarci ze złudzenia niepowtarzalności swoich doznań. Spotkania z prawdziwą Innością należą do coraz rzadszych i tym cenniejszych doswiadczeń. Z Tajemnicą możemy się tymczasem spotkać nawet w tak banalnych miejscach jak Luxembourg. W moim przypadku było to spotkanie z kapustą. Komu opłaca się hodować sześc główek kapusty w miejscu, w którym metr kwadratowy gruntu kosztuje zentyliony euro? Czy Ksiażę Luxembourga jest miłośnikiem bigosu? Czy dla podniesienia autentyczności tej wirtualnej uprawy sprowadzono także bielinki? Albo modyfikowane genetycznie mszyce? Czy tajemniczy hodowca dostaje dopłaty z unijnego budżetu? W czasach Kapuscińskiego przygoda czaiła się za każdym rogiem. Dzisiaj trzeba się za nią uważnie rozglądać.
|