Nie ma przypadków, są tylko znaki.
Zakładki:
Moja książka, bo sam ją napisałem.

Jak zostac milionerem w 24 godziny
Zaglądam
Locations of visitors to this page Pagerank dla www.lonegunman.blox.pl
Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
View blog authority
visited 28 states (12.4%)
Create your own visited map of The World or website vertaling duits?
środa, 24 października 2012
Chiński obrazek

W zamierzchłej przeszłości można było kupić od zaprzyjaźnionego marynarza chiński obrazek, na którym, dzięki wyrafinowanym chińskim trickom z lampkami choinkowymi, morze falowało, strumyk szemrzał lub wodospad lał wodę.   Dzisiaj, dzięki rozwojowi nauki, możemy takie obrazki robić samemu. Wot, progres.

 

 

16:21, lonegunman
Link Komentarze (1) »
piątek, 20 lipca 2012
Prometeusz

Film okazał się znacznie lepszy niż zapowiedzi w Gazecie Wyborczej, co jest bardzo dziwne, bo GW zwykle ma przecież rację. Z dużą ulgą stwierdziłem, że Scotta nie dopadła Lucasowska starcza demencja i chociaż w Prometeuszu powinno być trochę mniej gadania, a więcej potworów, to i tak kawał porządnego kina. Kina każącego widzowi zadać sobie ważne, ezgystencjalne pytania: dlaczego Noomi Rapace walcząc z potworami jest ubrana w bardziej zgrzebną bieliznę niż Sigurney Weaver, dlaczego bohaterski afroamerykański kapitan statku ma ksywę Janek oraz dlaczego w 2094 roku używa się rowerów z 2012 roku (tak, jestem bardzo spostrzegawczy)?

 

    

 

 

wtorek, 27 grudnia 2011
Szczęki

Rozpakowanie prezentów i zabawa nimi zajęła dzieciakom tradycyjne 6 minut. Po tym czasie mogłem już przejąć kontrolę nad podchoinkowymi zakupami. Zajęły mnie przynajmniej na 12 minut. Niektóre z produktów chińskiej myśli technicznej zdołały się  popsuć, jeszcze zanim wystygły pierogi, ale nadmuchiwane szczęki zdążyłem uwiecznić na poniższym filmiku. Jeżeli dotrwają do lata, zamierzam latać nimi przed oknami sąsiadów, wywołując salwy śmiechu. Swojego.  

Update - rekin wybrał wolnośc i poszybował w przestworza. Ponieważ nad naszym domem przebiega korytarz lotniczy, więc spodziewam się doniesień składanych przez pilotów, o tajemniczym obiekcie latającym w kształcie 2-metrowego rekina-ludojada.

Update updatet'a - rekin sie odnalazł.

09:57, lonegunman
Link Komentarze (7) »
czwartek, 22 grudnia 2011
Antrakt

A w międzyczasie zapraszamy na Dymy i lustra.

16:36, lonegunman
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 12 grudnia 2011
20000 mil podmorskiej żeglugi ze Stevem Zissou

W płetwonurkowaniu, tym, co oddziela mężczyzn od mięczaków jest odporność na brak tlenu. Nie wiem, dlaczego zrobił się z tego taki fetysz, bo w końcu zawsze można po prostu wziąć większa butlę (o ile nurkujesz do 30 metrów), ale generalnie panuje opinia, że im mniej powietrza zużyjesz tym większym jesteś twardzielem.  Niestety, jak łatwo się domyślić, w trudnej sztuce nieoddychania jestem do bani. Co więcej, im mniej staram się oddychać, tym bardziej mnie ciągnie do mocnego sztachnięcia się, a jak dobrze zassać, to pół butli można w ten sposób  wciągnąć. Ostatnio na przykład, musiałem być  holowany do pontonu na rezerwie przewodnika, przez co, jak zapewniał inny uczestnik nurkowania, któremu powietrza pozostało na  całe 5 minut dłużej, ominął mnie widok 3-metrowej manty, rekina-młota i stada baraszkujących delfinów. Zużyłem w sumie 150 atmosfer tlenu, podczas gdy mój egipski divemaster tylko 50, ale jednak trochę mu nie wierzę, bo tyle to zużywają zwłoki w trakcie rozkładu.  

Tak więc, jak widzicie, lubię się zaciągać.

W celu zmniejszenia zużycia tlenu należy podczas nurkowania ograniczyć swoją ruchliwość, zaprzestać trawienia oraz zminimalizować straty energetyczne powstające przy myśleniu. I pewnie dlatego delfiny nigdy nie wynajdą iPada.

ps. I jeszcze pytanie konkursowe: jaki cenny ładunek przewoził, widoczny na obrazkach, legendarny statek Yolanda (obecnie w postaci wraku)? 

13:10, lonegunman
Link Komentarze (7) »
wtorek, 06 grudnia 2011
3DwHD

Obiecywałem, ze wersji 3D nie bedzie, ale ja kłamałem, a Wy i tak nie obejrzycie, więc w zasadzie jesteśmy kwita. Gdybyście z jakis bliżej nieznanych powodów chcieli jednak obejrzeć ten filmik (ale nie tutaj, tylko bezpośrednio na YT, bo tylko tam docenicie głębię obrazu porównywalną z Avatarem), to musicie dysponować telefonem LG 3d, ewentualnie  HTC Evo 3d lub telewizorem 3D (dobry prektekst, żeby go sobie kupić) albo mieć silnego zeza. Podobno zeza można się nabawić od oglądania filmów 3D.

ps. Nie, to nie jest product placement telefonów komórkowych. Reklamuje je całkowicie za darmo.

psps. Obraz migocze, bo to to resztki odzyskane z tej chińskiej 16 Gb karty SD, która okazała się karta 2Gb. Doigracie sie Chińczycy!  

 

     

14:45, lonegunman
Link Komentarze (1) »
wtorek, 01 listopada 2011
Peregrynacje w rytmie rave

Mam jeszcze wersję 3D oraz animowana, ale chyba tyle już wystarczy.  

18:13, lonegunman
Link Komentarze (28) »
niedziela, 30 października 2011
Nadużycia fotograficzne

Jeden z ostatnich setów zdjęciowych. Brak czasu na wspomnienia, zresztą już lekko zwietrzałe. Nie napiszę zatem dlaczego na amerykańskich drogach popada się w paranoję, jak w Moabie spotkałem Amerykanina z Mokotowa, o tym jak nie zobaczyłem kobry, ale widziałem całe hordy chipmunksów (które w sumie okazały się znacznie groźniejsze), jak pojechałem na Mulholland Drive, tylko po to, żeby spotkać kilka setek innych osób, którym  też wydało się to bardzo hipsterskim pomysłem, dlaczego monopole są złe, a szczególnie indiańskie i dlaczego John Wayne jest jednym z głównych źródeł dochodu dla Navajo,  o tym, jak tanio się przespać w Las Vegas i dlaczego jest to wspaniałe miejsce, chociaż tancerki nie są dobrymi striptizerkami, jak dostać deprechy słuchając amerykańskiego radia i jak w państwowej stacji nabijają się z Obamy. Więc w sumie sporo Was ominie, ale za to możecie obejrzeć rezultaty moich ostatnich zabaw photoshopem.

 

ps. Zagadka - co widać na ostatnim zdjęciu (pomijajac fakt, że niewiele widać)? 

15:55, lonegunman
Link Komentarze (12) »
czwartek, 20 października 2011
Anna Grodzka nową świętą

Nie będzie o Stanach, bo dzisiejsza długa podróż do pracy skłoniła mnie do refleksji na ostatnimi wyborami. Generalnie nie było źle, okazało się, że jesteśmy bardziej tolerancyjni niż się nam wydawało. Mamy w Sejmie i geja i transeksualistkę i dwóch czarnoskórych posłów. Biorąc pod uwagę stosunek liczby czarnoskórych Polaków do całkowitej populacji rodaków, to pewnie jest jakiś światowy rekord. Mam nadzieję, że ktoś policzy te proporcje dla Stanów i wtedy okaże się, że relatywnie więcej Euro-Afrykanów zasiada w Sejmie RP, niż Ameryko-Afrykanów w Kongresie (i stanowią oni grupę równą liczebnie grupie posłów Mniejszości Niemieckiej). Ciekawsza jest jednak sprawa pani poseł Anny Grodzkiej.

Wcale nie chodzi mi o to, że dwa lata temu Anna była Krzystofem (co czyni ją trzecim transseksualistą w parlamencie na świecie). Wyczuwalne w opowieściach pani poseł rozczarowanie odejściem żony po zmianie płci jest melodramatyczne i dziwaczne jednocześnie, a przeprowadzenie operacji w Bangkoku zamiast w Polsce rodzi pytanie o zastosowane procedury medyczne, ale sam proces zmiany płci został już społecznie oswojony i o ile wiem, nie budzi większych kontrowersji nawet w Kościele. Użycie pani Anny jako nowego symbolu tęczowej lewicy jest jednak intelektualnie karkołomne. 

On sama jest co prawda aktywną działaczką GLBT, ale nie do końca wiem, jak udaje jej się to logicznie powiązać. W ruchu GLBT istnieją dwa nurty - jeden, bliższy feminizmowi, mówie, że płeć jest pewną rolą społeczną, wyborem, którego dokonuje za nas opresyjne społeczeństwo. Pani Grodzka jest jednak zaprzeczeniem tej koncepcji. Niezależnie od tego, ile kupimy chłopakowi pluszowych jednorożców, i tak będzie ich używał do toczenia bitew. Płeć nie jest wyborem, ale biologicznym imperatywem, tak silnym, że zmuszającym nawet do samookalecznia, jeżeli płeć psychiczna nie odpowiada fizycznej.

Drugi nurt GLBT, właśnie biologiczny, mówi: jestem kim jestem, bo takim stworzyła mnie natura. Jakkolwiek chwytliwie brzmi to hasło,  rodzi ono bardzo ciekawe konsekwencje. Po pierwsze rozróżnia to co naturalne (wynikające z naszej biologicznej natury) od tego co kulturowe (czyli narzucone). Zostawiam na boku całą dlugą,  nudną i prowadzącą zazwyczaj donikąd dyskusję nad tym co jest naturalną normą, a co naturalnym zaburzeniem (naturalny jest zarówno ból zęba, jak i brak bólu, ale tylko jedną z tych sytuacji uważamy za pożądaną). Jest jednak inna kwestia. Jeżeli (na co zresztą wszystko wskazuje) wybór homoseksualny jest przynajmniej w 75% determinowany przez geny plus oddziaływanie hormonów w życiu płodowym, to znaczy, że najdalej za 10-15 lat nauczymy się stosować modyfikowanie behawioralne, zmieniające na etapie życia płodowego  potencjalnego homoseksualistę w potencjalnego heteroseksualistę. Jest to tak nieuchronne jak dojście do etapu, na którym będziemy modyfikować płeć przyszłego dziecka. Heteroseksualni (w większości) rodzice będą mogli dowolnie kształtować przyszłe wybory dziecka. Niezależnie od tego, jak wyedukowane i otwarte będzie wówczas społeczeństwo, cała homoseksualna część populacji stanie wówczas przed perspektywą zniknięcia (drobne zaburzenia dystrybucji genów mogą doprowadzić do ich usunięcia  z populacji*). Nie zdziwiłbym się,gdybyśmy w niedługim czasie byli świadkami wielkiego pojednania pomiędzy ruchem GLBT a ruchem ProLife, opartym na haśle podmiotowości zarodków i ich prawie do samostanowienia. Zatem pani Grodzka tak naprawdę równie dobrze nadaje się na symbol tęczowej lewicy co LPRu.  

*pewnie nie istnieje jeden gen homoseksualizmu, ale albo jest to zespół genów dziecka albo zespół genów matki sprzyjających rozwojowi homoseksualnego potomka.     

12:16, lonegunman
Link Komentarze (22) »
sobota, 08 października 2011
Tradycyjny klip muzyczny

Właściwie coś tam powinienem napisać, ale obraz jest wart tysiąca słów, a ruchome obrazki nawet dwóch tysięcy. 

 

Tagi: USA
22:34, lonegunman
Link Komentarze (6) »
wtorek, 20 września 2011
Wyroby domowe - Koyanisquatsi

Zdaję sobie sprawę, że niebezpiecznie balansuję na granicy kiczu, a nawet czasami śmiało ją przekraczam, ale zawsze chciałem zrobić film animowany. Być może niniejsza etiuda zostanie rozbudowana w egzystencjalny film drogi. Wszelkie drgania kamery, nieostrości i złe kadrowanie są zatem z góry założonymi efektami artystycznymi.


 

13:12, lonegunman
Link Komentarze (9) »
piątek, 16 września 2011
Wakacje w USA. Część II i nie ostatnia

Przejście graniczne na lotnisku w Los Angeles (na LAXie, jak my mówimy) zdecydowanie przypomina granicę amerykańsko-meksykańsko,  przy czym ma się wrażenie podróży raczej z północy na południe. Ujmując to delikatnie, typ kaukaski zdecydowane  nie jest tu typem dominującym. Nielegalni imigranci w drugim pokoleniu strzegą granic przez kolejną falą imigracji. Tym większe było wrażenie, gdy pan ze straży granicznej powitał mnie swojskim "Jak sze masz?" (myślę, że wziął mnie za rodaka Borata).

Poźniej niestety nie było już tak miło. Przeczuwając, iż w wyniku niezwykłego zbiegu okoliczności zostanę uznany za członka Al-Kaidy podróżującego do Stanów w oczekiwaniu na fajerwerki z okazji 9/11, starałem się być wyjątkowo spolegliwy i otwarty. Na tyle otwarty, że w formularzu wjazdowy zadeklarowałem przewożenie 10 batonów energetycznych (znanych już skądinąd czytelnikom tego bloga) oraz trzech puszek z fasolką po bretońsku. Przywożenie puszek do USA jest dosyć żałosne i mogłem to także wyczytać z oczy pana pogranicznika, gdy długo patrzył na mnie w milczeniu.  Uznałem, że nie będę  wyjaśniał, iż są to amerykańskie, wojskowe, samopodgrzewające się puszki, absolutnie genialne, chociaż trochę ciężkostrawne. Tłumaczenie, że kupiłem puszki na amerykańskim ebay'u,  żeby teraz wwieść je powtórnie do Stanów, pewnie skończyłoby się dla mnie darmowymi wakacjami w Guantanamo.

Podsumowując, następne dwie godziny spędziłem w tłumie Filipińczyków, Meksykanów i Chińczyków, wykłócających się z celnikami o przewożone w bagażu podręcznym hektolitry sosu sojowego, tony makaronu, dwumetrowe pęta kiełbasy, butelki peyotlu, pieczone prosiaki, i tym podobny  stuff. Gdy nadeszła moja kolej, smutne trzy puszki fasolki zostały zbyte machnięciem ręki, dzięki czemu już po chwili mogłem postawić stopę w kraju wolności i benzyny po 3,6 za galon.

CZAS

Czas jest skomplikowanym pojęciem. Ta błyskotliwa myśl nawiedziła mnie podczas podróży, w której najpierw cofnąłem się w czasie o jedną godzinę (Londyn), później o kolejne osiem (LA), a na koniec jedna godzinę zniknęła mi z życia po przekroczeniu granicy Utah. Oczywiście pogubiłem się już w Londynie.   

SAMOCHÓD

Człowiek zajmujący się wynajmem samochodów stoi na drabinie zaufania społecznego tylko nieco wyżej od sprzedawcy samochodów. Przed podróżą wczytałem sie uważnie w dramatyczne historie ludzi wypożyczających w Stanach auta, którzy zostali wmanipulowani w dziesiątki niepotrzebnych ubezpieczeń, oszukani na benzynie, obciążeni kosztami naprawy zadrapania na klamce i trzy dni czekali na podmianę swojego samochodu, który rozkraczył się tuż po wyjechaniu z wypożyczalni. System ubezpieczeń samochodowych jest w USA dosyć skomplikowany i nie do końca go rozgryzłem. Jeżeli chodzi o odpowiednik AC, to należy postarać się o tzw. Super CDW (chociaż czasami CDW zwane jest LDW), które pokrywa wiekszość szkód, chociaż zazwyczej nie te związane z szybami, kołami lub podwoziem. Zamawiając samochód przez internet zwykle dostajemy SuperCDW w pakiecie (tak jest np. w www.traveljigsaw.com). W pakiecie jest także OC (zwane SLI), chociaż tutaj sprawa sie komplikuje. Otóż osoba poszkodowana w wypadku spowodowanym przez Ciebie może się domagać odszkodowania. Wysokość odszkodowania zależy od wartości Twojego majątku. Jeżeli udowodnisz, że w Polsce utrzymujesz się ze zbiórki puszek po coli, zapewne odszkodowanie wyniesie jakieś 25 do 100 tysięcy dolarów i zostanie pokryte z ubezpieczenia. Jezeli jednak jesteś prawnikiem lub chirurgem plastycznym, powinienes wykupić OC przynajmniej na milion dolarów. Oficjalna porada na stronie uznanej amerykańskiej firmy prawniczej mowi, że nawet w sytuacji, gdy przejechałeś 80-letnią staruszkę na pasach dla pieszych, w żadnym wypadku nie przyznawaj się do winy. Zaprzeczaj wszystkiemu i spróbuj znaleźć świadków gwałtownego wtargnięcia staruszki na jezdnię.  

Koszt wypożyczenia samochodu zależy także od wieku kierowcy (dużo drożej do 24 roku życia), liczby kierowców (im wiecej kierujących tym wyższe ubezpieczenie), a także tego czy oddajesz samochód w tym samym miejscu, z którego go wypożyczyłeś (oddanie go w innym miejscu może prawie podwoić koszt).        

Wypożyczenie na lotnisku jest znacznie droższe niż na mieście. Lotniska narzucają wypożyczalniom swój własny podatek, mimo, że "wypożyczalnia na lotnisku" jest tylko marketingowym hasłem, i w LA dojeżdża sie do niej specjalnym busem (ale darmowym).  Wypożyczenie GPSa (niezbędny!) kosztuje ok 12-15 dolarów za dobę, więc powyżej tygodnia warto go po prostu kupić. Wbrew licznym poradom, wypożyczalnia nie wymaga posiadania międzynarodowego prawa jazdy, aczkolwiek podobno przydaje sie ono w kontaktach z policją. Tak, czy inaczej warto wziąć i krajowe i międzynarodowe.

HDR - love it or hate it.

Canyonlands - Islands in the sky. 

Page - Lower Antelope

Stowepipe Wells - Death Valley

W następnym odcinku: trick kompaktowy.        

19:31, lonegunman
Link Komentarze (18) »
czwartek, 15 września 2011
Rzadko spotykany na tym blogu praktyczny poradnik. Jak pojechać na wakacje do USA. cz. I

USA nie sa popularną wśród rodaków tzw. destynacją wakacyjną, a szkoda, bo mają tam największe dziury w ziemi i Taco Bell, a poza tym wyjazd do Stanów jest kwestią patriotyczną. Im więcej dolarów zostawimy w Taco Bell, tym większe szanse na zniesienie wiz, żebyśmy mogli zostawić jeszcze więcej dolarów.

Z tymi dolarami to ciekawa sprawa, bo na fali obaw o ostateczny upadek amerykańskiego imperium ich wartość  gwałtownie wzrosła, co nie jest jakoś logicznie wytłumaczalne, za to doskonale wpisuje się w tradycję rzucania mi kłód pod nogi przez los. Na tej samej zasadzie zostałem zmoczony przez deszcz na pustyniach Utah, a 11 godzin lotu do Ameryki spędziłem z jakimś gościem leżącym mi na kolanach.  W całym samolocie typu Boeing 747 był tylko jeden taki wredny kretyn i siedział akurat przede mną. To zresztą pewien powtarzający się rytuał - kiedy tylko wchodzę do samolotu, człowiek przede mną rozkłada fotel do pozycji leżącej. Zastanawiam się nawet, czy to zawsze nie jest ten sam facet, podążający za mną w każdą podróż lotniczą w zemście za jakąś niewyobrażalną zbrodnię, którą popełniłem w innym wcieleniu.       

Udając się na wypoczynek do USA potrzebujemy wizy i biletu samolotowego. Co prawda, możemy popłynąć statkiem lub nawet spróbować podróży samochodem przez Syberię do Cieśniny Beringa, ale nic jednak nie zastąpi tych kilkunastu godzin spędzonych w wyziewach ciał naszych współpasażerów, przy spadającym poziomie tlenu.

Zakup biletu jest najboleśniejszym wydatkiem, który pewnie można zmniejszyć lecąc z Berlina, szukając pomyłek w komputerowych systemach rezerwacji, czy rozbijając podróż na 12 etapów i korzystając z takich linii jak Air Afghanistan, czy Kyrgystan Airways. Ja jednak wybrałem najprostszą opcję i kupiłem bilet w okienku, co kosztowało ok. 2,5 tys złotych (British Airways), ale dzięki temu mogłem się napić dobrej herbaty (moja prośba o cytrynę wywołała powszechne zgorszenie, zarówno wśród obsługi, jak i współpasażerów).

Początkowo miałem nadzieję kupić bilet za mile w programie Miles-and-More, co jedynie świadczy o mojej naiwności. Ponieważ nie miałbym szans otrzymania wystarczającej liczby mil za samo latanie, już jakiś czas temu postarałam się o kartę kredytową Citi-LOT. Za 5 złotych zakupów dostaję 1 milę lotu i w dodatku mile te nie przepadają po roku (jak to zwykle bywa w programach frequent flyer). Mogłoby sie wydawać, że to niezły deal, gdyby nie fakt, że po trzech latach płacenia kartą nawet za bułkę w sklepie, zgromadziłem około 80 tysięcy mil (co, gdyby pojęcie "mila" brać literalnie, powinno pozwolić mi oblecieć Ziemię dookola prawie trzy razy), a koszt biletu do LA właśnie podniesiono do 170 tysięcy. Pewnie gdybym kupił kartą całego Beinga, to akurat by wystarczyło. Podsumowując, system znowu wygrał. W ramach zemsty mogłem jedynie zabrać z samolotu nadprzydziałową pastę do zębów.  

Największe dziury w ziemi i największe skały z dziurką w środku. Arches National Park.

W następnym odcinku:  jak batoniki energetyczne pozwolą Ci poznać ciężki los Meksykanów i czy warto wykupić OC na milion dolarów.           

czwartek, 08 września 2011
Route 666
Dzisiaj rozmawiałem z prawdziwym Navajo. Malcolm Goldentooth. Wszyscy pytają, czy naprawdę ma złote zęby. Nie ma. Chciałby mieć, ale takie zęby są drogie. Chciał piątaka. Chyba zbiera na zęby.
09:03, lonegunman
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Top 20 apps na iPada

Ku zaskoczeniu wiernych czytelników/a wpis będzie tym razem o tym co w tytule, więc jeżeli ktoś nie ma iPada, to może zająć się innymi, pożyteczniejszymi zajęciami.

Długo prześladowała mnie myśl, dlaczego nie kupiłem akcji Appla, kiedy jeszcze były tanie jak frank, w chwili gdy brałem kredyt hipoteczny? Odpowiedź jest prosta, a jednocześnie pozwalająca mi na zachowanie szacunku dla samego siebie -  po prostu Apple nie jest aż tak dobrą firmą, jakby to wynikało z wyceny rynkowej. Ich produkty są ładne, ale mają ograniczoną funkcjonalność, ich polityka wobec konkurencji jest wredna (próba zablokowania sprzedaży Samsunga w Europie na podstawie photoshopowanych zdjęć Taba 10.1'), ich polityka wobec deweloperów jest wredna (podwyższenie opłat za zamieszczanie aplikacji w iStorze tuż po sprzedaży bzylionowej aplikacji), ich polityka wobec klientów jest wredna (dlaczego iPad 2 ma tak słabą kamerę? Żebyś musiał kupić iPada3 Dlaczego IPad 3G nie mam możliwości prowadzenia rozmów? Żebyś musiał kupić iPhona, itd, itd).

Apple jest silny swoimi fanboyami, którzy jak wynika z ostatnich badań są egotycznymi snobami, potwierdzającymi swoja wartość modnymi gadżetami (w odróżnieniu od użytkowników Androida, którzy są otwarci, innowacyjni i niepokorni - trochę mnie jednak zastanawia kto sponsorował te badania?). Dlaczego zatem używam iPada? Bo, niestety, konkurencja jest głupsza (np. Asus Transformer ma slot SD, ale nie w tablecie, tylko w dołączonym dock'u z kawiaturą, co czyni go netbookiem z wejściem SD, a nie tabletem z SD. Acer Tab A501 jest droższy od Pada, Xoom spowoduje przykurcz ręki i wypali ci dziurę w spodniach). Gdyby zebrać najlepsze rzeczy z tych wannabee iPad-killerów, to rzeczywiście wyszedłby świetny tablet, bezdyskusyjnie lepszy od jabłecznikowatego (tak jak Samsung Galaxy II jest lepszy od iPhona). Każdy z osobna jest słaby, jak Gołota w ostatnich walkach.  

Po tym, jak zwykle przydługim wstępie, pora przejść do konkretów. Jak wiadomo, Apple rozwala konkurencję liczbą aplikacji na iOS. Nawet fakt, że 99% z nich to śmiecie, niczego nie zmienia, bo pozostały 1% i tak skutecznie pozwoli ci zmarnować czas, który powinieneś przeznaczyć na życie. 

Musthave'y  IMHO, to:

Good reader - świetny czytnik pdf-ów. Wystarczy tylko...hm...pozyskać wszystkie roczniki Playboya w tym formacie, żeby mieć rozrywkę do końca życia (a przynajmniej okresu gwarancji na oczy)

Kindle - wiadomo, kundel, z funkcjonalnością amazonowskiego kundla i możliwością ściagania książek on-line.

VLCplayer - to ciekawostka w zestawieniu, niedostępna już w iStorze, bo wycofana przez samego dewelopera, który uznał, że iStory to Babilon, a on nie będzie wspierał Babilonu. Z pewnością najlepszy player na iOs, ale można dobrać coś innego (tzn. odtwarzającego coś więcej poza applowskim mp4).

Zite - niedawno odkryty klejnot, podajesz słowa kluczowe, a on tworzy dla ciebie dedykowaną gazetkę. No, normalnie jak w Raporcie Mniejszości.

Stereolizer - wygląda jak rozbudowany Grundig, pozwala słuchać radia internetowego i nagrywać piosenki, jak w czasach Harcerskiej listy przebojów.

Skype - i masz telefon.

Dropbox - wrzucasz coś do dropboxa na komputerze, a to samo w magiczny sposób pojawia sie na iPadzie. Fajne i w dodatku ma coś wspólnego z "Chmurą", a wiadomo, ze teraz trzeba być w "Chmurze".

Touch Hockey - jak touch hockey, tylko na iPada.

Comic Zeal - czytnik komiksów. Właśnie skończyłem Walking Dead.

WGPW - prościutki, ale użyteczny programik do śledzenia kursów akcji. Ciekawe, że nikt nie zrobił żadnej porządniejszej aplikacji.   

Office - troche dla szpanu. Notatnik wystarczy w większości wypadków.

Instapaper - znajdujesz stronę z ciekawym tekstem, nie masz czasu przeczytać, więc zapisujesz w Instapaper (podobno iOS 5 bedzie to miał zaimplementowane za darmo). Mam już ponad 500 tekstów do przeczytania, wiem, jak spędze emeryturę.

Touch LCD - zegarek z budzikiem. Głupie, ale czasami sie przydaje.

Skyfire - teoretycznie przeglądarka obsługująca flesha. W praktyce jedynie do oglądania RedTube'a. Ale ładna.

Strip Designer - nie to co sugeruje nazwa. Programik do tworzenia komiksów ze zdjęć.

The Onion/TED/Collage Humor - coś jak podcast, tylko w formie programu

2 Screens - do puszczania prezentacji z iPada na projektor

Star Walk - w wersji dla iPada 2 pozwala np. znaleźć na niebie Międzynarodową Stacje Kosmiczną. Albo Księżyc.

Wired - jedyna gazetka w wersji ipadowej, która polecam (drugą byłby Popular Mechanics). Chłopaki wiedzą, jak wykorzystać igizmo. Ale w końcu to Wired.

Garage Band - orkiestra dla iPada. W samochodzie zajmuje dzieciaki nawet na 20 minut.   

Resztę pamięci iPada można zapchać takimi programikami, jak iMovie, mapy GPS off-line, Photo editor, ipla, iplex, Firendly Plus for Facebook, Tablet scanner, Weather bug i oczywiście Ar drone free flight.

Tagi: iPad
15:06, lonegunman
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 29