Nie ma przypadków, są tylko znaki.
Locations of visitors to this page Pagerank dla www.lonegunman.blox.pl
Web Pages referring to this page
Link to this page and get a link back!
View blog authority
visited 28 states (12.4%)
Create your own visited map of The World or website vertaling duits?
czwartek, 12 listopada 2009
Non omnis Moriarty

Starość nadchodzi, kiedy zamiast, jak każdy normalny meżczyzna, myśleć co 10 minut o seksie, zaczynasz zastanawiać się, czy wolisz zostać skremowany, czy raczej tradycyjnie się rozkładać. Zwolennicy kremacji często podnoszą argument, że oni przynajmniej nie obudzą się sześć stóp pod ziemią.  Przebudzenie w środku pieca kremacyjnego też jednak nie należy do przyjemności.

Jeżeli o mnie chodzi, mógłbym zostać zjedzony. Oczywiście, po wykorzystaniu wszystkich cześci zapasowych. Nawet wymyśliłem sobie kiedyś nick: sorengreen, bo kojarzył mi się z filmem "Soylent green" propagującym takie praktyczne rozwiązanie kwestii żywnościowych. No, ale w sumie i tak zostaniemy ostatecznie zjedzeni i trafimy w wielkie koło troficznej samsary, więc to rozwiązanie niczego specjalnie nie zmienia. 

Podejrzewam też, że to, czy zostanę pochowany w trumnie ze złoceniami i atłasowymi kutasikami, czy w pudełku po butach, w ogródku koło chomika, też nie ma znaczenia, ale w tych sprawach nie można mieć nigdy pewności, a pomyłka może być nienaprawialna.

Już neandertalczycy przywiązywali wielką wagę do pogrzebów (dopóki ich nie zjedliśmy), więc być może los naszych doczesnych szczątków nie jest zupełnie pozbawiony znaczenia. Mogę sobie wyobrazić np. scenę, w której na Sądzie Ostatecznym, Bóg w zdumieniu patrzy na nieliczną grupkę wskrzeszonych i pyta: "Naprawdę nie powiedziałem wam, że zmarłych macie grzebać w piramidach wycelowanych w Syriusza, w pozycji półsiedzącej, z twarzą zwróconą w stronę Mekki? Byłem pewien, że komuś to mówiłem....". Albo w punkcie Omega, kiedy już nauczymy się sterować entropią,  zbierać rozproszoną po Wszechświecie informację i zamieniać ją z powrotem w materię - co będzie stanowiło ekwiwalent wskrzeszenia ciałem- jakiś bug w oprogramowaniu, sprawi, iż będzie to możliwe tylko wobec osób pochowanych w dębowych trumnach: "Sorry, ale podał się Pan kremacji, udało nam się odzyskać Pańskie ciało, ale jedynie w dwóch wymiarach. W tej postaci może Pan zamieszkać w odrestaurowanej specjalnie na Pana potrzeby wersji "Reksia racjonalizatora". Cała wieczność w towarzystwie odgłosów pieczątki przystawianej na taśmie filmowej? Ta sprawa naprawdę wymaga przemyślenia.               

14:13, lonegunman
Link Komentarze (6) »
piątek, 06 listopada 2009
Kraina Chichów

Przed przybyciem (właściwie powrotem, ale "przybycie" brzmi zdecydowanie lepiej) Cesara Manrique na Lanzarote, było to miejsce słynne z pól lawy typu aa oraz z kozich bobków. Pola lawy typu aa charakteryzuje się tym, że chodząc po nich gołą stopą wydajemy okrzyki Aaa! Serio. Hawajczycy to wymyślili*.

 

Ta lawa wlewająca się do domu Manrique to akurat pahoehoe. Chodząc po niej krzyczymy: "Pahoehoe!" 

Cesar Manrique wraca w 1968 roku na wyspę, na której się urodził. Służył u Franco (ale w odpowiednim momencie spalił mundur, więc może być uznawany za bohatera także w obecnej, lewacko-liberalnej Hiszpanii), ma znajomych w samorządzie wyspy, jest malarzem, rzeżbiarzem, architektem i ekologiem. Dzięki talentowi, sprytowi i znajomościom zdobywa absolutną władzę nad wyspą, którą zmienia w swoją pracownię. Zakazuje stawiania wysokich budynków, domy każe  malować na biało z zielonymi okiennicami w głębi lądu i niebieskimi  na wybrzeżu. Zabrania stawiania reklam przy drogach. Sam jeździ drogimi samochodami, ale jest za ograniczeniem ruchu drogowego.  Gdzie to tylko możliwe montuje swoje hasiorowate rzeźby.

Buduje swój dom wtłoczony w pole lawy aa, projektuje Jardin de cactus i jaskinię Jameo del Aqua, wytycza scieżki w parku Timanfaya, przebudowuje Mirador del Rio. Mieszkańcy wyspy posłusznie za nim podażają. Malowanie drzwi i okien np. na różowo uchodzi za groźny przejaw skłonności anarchistycznych i grozi linczem.

W jakiś niepokojący sposób przypomina to Krainę Chichów- świat będącą czystą kreacją artysty. Jestem przekonany, że kiedy Cesar ginie w wypadku samochodowym pod swoim domem (scena ta -odgrywana w tym samym miejscu, ale z innymi bohaterami pojawia się w "Przerwanych objęciach" Almodovara), ludzie z Lanzarote w panice czekają na moment, kiedy oni i cała wyspa zacznie rozpływać się w nicości. Podejrzewam też, że sprawca wypadku zostaje natychmiast wyciagnięty z samochodu przez rozwścieczony tłum i pożarty żywcem.  W tak idylicznych miejscach zawsze czają się jakieś koszmary. Oglądałem "Twin Peaks"  i "Koszmar z ulicy Wiązów", to wiem.  

*Są też co prawda inne tłumaczenia, ale to uważam za najbardziej sensowne.

10:17, lonegunman
Link Komentarze (9) »
wtorek, 03 listopada 2009
Między nami jaskiniowcami

Guanczowie stosowali dosyć nietypowy model rodziny, czyli poliandrię, dzięki której kobieta mogła mieć kilku mężów. Być może była to zaszłość z czasów, gdy na jedna wyspę przypadała jedna kobieta (jeżeli Guanczowie zostali zesłani na Wyspy Kanaryjskie jako przestępcy, mogli cierpieć na dotkliwe niedobory płci pięknej). Była to generalnie cywilizacja o wysokim stopniu równouprawnienia i nic dziwnego, że szybko cofnęła się do poziomu jaskiniowców uważających przepaski biodrowe z kanarków za rozwiązanie high-tech.

Mimo wszystko, Guanczom udawało się powstrzymywać konkwistę Kanarów w sumie przez prawie sto lat (1402-1495), co jest całkiem imponujące biorąc pod uwagę, że wielkie imperia Azteków i Inków upadły w pięć. Co więcej, geografia Wysp Kanaryjskich, a dokładniej sam fakt, że są wyspami,  raczej nie ułatwiał długotrwałego oporu. Musiało to w jakimś stopniu przypominać prowadzenie wojny partyzanckiej w piaskownicy.

W końcu, w 1496 roku, stara kobieta z Teneryfy oznajmiła Hiszpanom, że: "nie ma już z kim walczyć, nie ma się kogo bać, wszyscy są martwi", co było jednym z tych lakonicznych zdań, których wymyślaniem trudzą się podbijane ludy, żeby pozostać na kartach historii.  

 

Znajdź Guancza na powyższym obrazku.  

19:53, lonegunman
Link Komentarze (6) »
czwartek, 29 października 2009
Wakacje na Atlantydzie

Przez wiele lat uważałem Wyspy Kanaryjskie za paśnik dla klasy robotniczej z Niemiec i Anglii, zbyt wiekowej na wpuszczenie do klubów Ibizy. Mój pogląd uległ zmianie po -przynajmniej wiekowym- zbliżeniu się do ww. kategorii oraz osobistej wizytacji na wyspie o wdzięcznej nazwie Lanzarote. W gruncie rzeczy Kanary są dosyć odjechanym miejscem. 

Przede wszystkim jeszcze przed obsługą hoteli, Wyspy zaludnione były przez Guanczów (nazwa nie jest poprawna politycznie, ale o tym w innym miejscu). Nie bardzo wiadomo jak się tam znaleźli żywiąc obsesyjny lek przed wodą niepozwalający im nie tylko na powrót na stały ląd (Afryka jest trochę ponad 100, a Hiszpania 1000 kilometrów stąd), ale również ograniczający komunikację między wyspami. Najbardziej prawdopodobna hipoteza głosi, iż Guanczowie byli potomkami Atlantów, którzy pozbawieni dostępu do Internetu i elektrycznych szczoteczek do zębów, z radościa zdeewoluowali do poziomu człowieka z Cro-Magnon. Mniej przekonująca teoria mówi o plemionach berberyjskich przesiedlonych za karę przez Kartagińczyków (lub w innej wersji Rzymian) na Wyspy Kanaryjskie. Słaby punkt tej hipotezy zawiera się w pytaniu po co? Znacznie łatwiej byłoby ich uśmiercić na miejscu w Afryce albo przeznaczyć na pożywienie dla lwów na arenie. 

Być może cel był kolonizacyjny. Skazańcy mieli przygotować bazę pod przyszłą ekspansję terytorialną. Byłoby to genialne posunięcie przebiegłych Kartagińczyków. Coś jak wysłanie  kilkuset więżniów na Marsa z niewielkim zapasem tlenu i kilkoma roślinami. Po stu latach możnaby ich odwiedzić i sprawdzić, czy planeta nadaje się już do zamieszkania.

Z drugiej strony być może Kartagińczycy stworzyli idealny obóz koncentracyjny. Wywieżli kilka tysięcy niepotrafiących żeglować nomadów na Wyspy położone daleko na oceanie, po to by przypływać raz do roku i zabierać im zbiory w zamian za towary niemożliwe do wytworzenia na wyspie. Tak, czy tak, Kartagińczycy byli szczwani i słusznie Katon domagał się ich zniszczenia.

W końcu Rzymianie go posłuchali, zaorali Kartaginę, a resztki przysypali solą. I teraz wyobraźcie sobie Guanczów, czekających na brzegu na statki z imperium,  z tonami gnijących bananów, które mieli zamiar wymienić na papier toaletowy i inne osiągnięcia zachodniej cywilizacji. Statki jednak nigdy nie przypłyną.  W końcu Guanczpowie zjadają resztki bananów, bolą ich brzuchy i cofają się do poziomu człowieka jaskiniowego. Tę epicką opowieść możnaby nazwać "Ostatni statek z planety Ziemia". cdn.

                

Powyższa przentacja jest w całkowicie zamierzony sposób kiczowata (dla spotegowania efektu zaleca się ogladać w HD).Postanowiłem rozpocząć nową ścieżkę kariery zawodowej jako przygotowywacz czołówek seriali południowoamerykańskich. Podobno to niezła fucha.

10:30, lonegunman
Link Komentarze (4) »
wtorek, 27 października 2009
Podpowiedź

Nooooo...., odzew na konkurs był, jak mówi Zbigu Ziobro - porażający. Dzisiaj zatem drobna podpowiedź.

Kilka słów o samym filmie. Jak widać niewiele na nim widać, bo...ten...zapomniałem przetrzeć szybkę. Z drugiej strony to i tak spory postęp, bo poprzednio utopiłem aparat. Zwracam uwagę natomiast na scieżkę dżwiękową. Według mnie brzmi trochę jakby Lord Vader puszczał bańki z głową w muszli toaletowej.

21:09, lonegunman
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 26 października 2009
Konkurs bez nagród

Co to za miejsce, gdzie:

prowadzi się gruntową uprawę organów zastępczych

obsesyjnie dba się o stan środowiska

za oknami pływają ryby

kwestie prawidłowego oznakowania toalet potraktowano nadzwyczaj poważnie

kratery meteorytowe zarastają ekspansywnym zielskiem z Marsa

hydraulika jest sportem ekstremalnym

w akwariach hoduje się homunculusy

a tubylcy stosują dziwaczne praktyki seksualne (na zdjęciu kaktus z gatunku Straszliwa rozkosz)

09:19, lonegunman
Link Komentarze (7) »
czwartek, 22 października 2009
Pogawędki

Przyznaję, ze mam problem ze small talkami. Przede wszystkim są mało produktywne. "Nicea albo smierć"", "Hasta la vista, baby", czy "Yipikajej", to przykłady zwięzłych, treściwych wypowiedzi budujących efektywne kanały komunikacji z rozmówcami. Small talki wywodzą się tymczasem z naszej mrocznej zwierzęcej przeszłości i atawistycznej potrzeby podtrzymywania więzi społecznych. Jeżeli już nie spędzamy dni na poszukiwaniu pędraków i wyskubywaniu nawzajem wszy z sierści, nie rozumiem dlaczego musimy potrzymywać tradycję niezobowiazujących pogawędek.

Muszę niestety także przyznać, że moja niechęć do small talków, wynika częściowo z faktu, iż zazwyczaj  szybko wyrywają się one spod kontroli.  "Jest pan pierwszym Luxembourczykiem, którego spotykam! To pewnie z tego powodu, że jesteście tacy mali. Musiałem dać masymalnego zooma w googlemaps, żeby was w ogole zauważyć. Jesteście tak mali, że nie macie nawet znanych seryjnych zabójców jak Belgowie. Jesteście księstwem? To urocze! Macie tutaj duke'a? Takiego jak w Ucieczce z Nowego Yorku? Nie sądziłem, że tak mały kraj ma własne linie lotnicze. Ale samoloty małe jak i kraj. Co jeszcze macie małego...? Musi pan już iść? Gwałtowny atak rwy kulszowej? No, oczywiście, rozumiem. Ale miło się gawędziło, prawda?"        

Znowu tiltshifty, ale chodzilo o pokazanie, że w Luxembourgu wszystko takie maluuutkie....

11:22, lonegunman
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 12 października 2009
Lux fiat!

Los pchnął mnie tym razem do Luxembourga. To tajemnicze miejsce. Przynajmniej dla mnie. Jakim językiem tam mówią? Co jedzą? Czy mieszkają tam psiogłowcy?

Lot Lufthansą - znowu bieda - kartki post-it zastąpił plasterek szynki z jakieś zabiedzonej świni, które pewnie ostatnie dwa lata spędziła w Konzentrationslager.

Podczas lotu walczę ze sobą, żeby nie położyć płaszcza w biznesklasie, a potem wdać się w bójkę z załogą. Dopisałem to do swojej listy 100 rzeczy do zrobienia przed śmiercią, ale muszę jakoś wrócić z tego Luxembourga, więc odkładam sprawę na później. Dzielni pracownicy Lufthansy, korzystając zapewne z aparatu do odczytywania myśli, zaprojektowanego jeszcze przez von Brauna, domyślają sie moich zamiarów, bo celowo aranżują moje spóźnienie na przesiadkę, przez co spędzam następne 8 godzin na lotnisku we Frankfurcie, podziwiając hordy azjatyckich turystów w maseczkach przeciwgrypowych zakrywających 4/5 twarzy. Wygląda to na zjazd skośnookich fanów Michaela Jacksona.

Luxembourg ma nawet własne linie lotnicze, które nazywaja się oczywiście Luxair. To szczwany ruch - nazwać kraj tak, aby kojarzył się z luksusem. Nazwanie kraju tak, żeby kojarzył się z muzyką ska jest bardziej odlotowe, ale oferuje mniejszy potencjał pijarowski.

Samolot Luxair jest wielkości proporcjonalnej do wielkości kraju. Zaplątuje się w pasek od torby, dostaję skurczu i napadu klaustrofobii. Po kilku kłopotliwych próbach wyswobodzenia się, przegryzam ostatecznie pasek i możemy lecieć.   

Luxembourg w całej okazałości. To miejsce nazywa się Grund, czyli po naszemu grunt, czyli zdrowie, bo grunt to zdrowie.

Portret typowego Luxembourczyka.

16:00, lonegunman
Link Komentarze (16) »
sobota, 10 października 2009
Nobel dla Osamy?!

Nie, jednak dla Obamy. Ale tak czy tak, co to ma być? Wyjechałem na dwa dnia, a świat od razu stanął na krawędzi szaleństwa? Oczywiście, Obama nie jest Bushem i już za sam ten fakt należy mu się Nobel, przynajmniej w opinii europejskiej lewicy. Mogło też chodzić o wsparcie dla Obamy, w chwili, gdy Amerykanie budzą się z kacem po miesiącu miodowym z nowym prezydentem. Miałoby to sens pod warunkiem, że Amerykanie would give a damn. Może zatem jest to pierwszy Nobel za bycie czarnoskórym prezydentem? Byłaby to wtedy Nobel rasistowski. Najbliżej mi do teorii, że ten Nobel jest prezentem Rosjan dla Obamy za załatwienie sprawy tarczy rakietowej. Ot, taka niedźwiedzia przysługa, która samego Obamę wprawiła w niezłą konsternację. A może było coś o tym w Nostradamusie i emisariusze Tajnego Zakonu Apokaliptycznego w Parlamencie Norweskim, po prostu starają sie wypełnić przepowiednię, która zaprowadzi nas na koniec świata?

I jeszcze dwie ciekawostki - w tym roku na giełdzie kandydatów do nagrody obstawiano chińskich dysydentów. No, ale co, jeżeli Chińczycy by się obrazili i przestali przysyłac podkoszulki? Norwedzy mogliby nie przeżyc tej zimy.  Po drugie, na stronie nagrody Nobla widnieje sonda: Czy znane są Ci wysiłki Baracka Obamy na rzecz rozbrojenia atomowego? Mnie nie były znane. Podobnie jak 54% respondentów.

15:46, lonegunman
Link Komentarze (6) »
wtorek, 29 września 2009
Człowiek renesansu

Tym razem, pomimo sugerującego to tytułu, nie będzie o mnie. Chciałbym wam przedstawić Edmunda Domalewskiego, prof. Veritatologii. Jego dziadkowie byli baronami i posiadali dwa duże majątki w dobrach księcia Lubomirskiego. Rodzice także byli dobrze sytuowani i poza rozległym majątkiem, mieli sklep spożywczy w Omelnym.

Sam Edmund Domalewski, pomimo braków w formalnym wykształceniu, opracował nowy system matematyczny oraz nowy system gramatyczny. Poprawił tablice Mendelejewa, skorygowal Keplera i Newtona. Odczytał poprawnie hieroglify egipskie i pismo klinowe. Poznał przedalpejską kulturę ludów i zreferował dokładne dzieje Sumerów. Ponadto opracował poprawną teorię pochodzenia życia na Ziemi i genezy Kosmosu. Swoje opracowania w liczbie 24 tomów przekazał m.in. Komisji Europejskiej w Brukseli (cytaty z laudacji zredagowanej przez pedagog Teodozję Andrzejewską).

Edmund Domalewski istnieje naprawdę (o ile ustalimy definicję "istnienia naprawdę"). a przynajmniej tak wynika z dokumentów, w których posiadanie wszedłem zgoła nieoczekiwanie. Z Googla mozna się dowiedzieć, że potomek baronów odegrał także ważną lecz tajemniczą rolę w schizmie, która dotknęła Jednotę Braci Polskich.

Edmund Domalewski nie jest po prostu niezgodny w fazie z rzeczywistością, bo takich ludzi Polsce nie brakuje, a właściwie można powiedzieć, że  stanowią oni hałaśliwą wiekszość. Jedyny profesor Veritatologii ma jednak potencjał na zostanie polskim Munchausenem. W kraju w przeważajacej cześci płaskim i szarym jak zagon ziemniaków, potrzebujemy ekscentryków, jak kania dżdżu. Na ekscentrykach zbudowana została potęga Korony Brytyjskiej. Żeby zostać normalnym krajem Polska potrzebuje więcej ekscentryków. Nie sztucznego i wykoncypowanego Palikota, ani jadącego na jednym żarcie Gracjana Roztockiego, ale prawdziwego, krwistego ekscentryka, który ze swego fotela po dziadkach bierze się za bary z Newtonem i rozgryza hieroglify, jak Wałęsa krzyżowkę.            

11:53, lonegunman
Link Komentarze (13) »
piątek, 25 września 2009
Piękni, inteligentni

Czy uważacie się za mądrzejszych, ładniejszych lub dowcipniejszych od średniej w populacji? Hm...pewnie nie, bo więcej czasu spędzalibyście w realu, zamiast sterczeć przed komputerem, lecząc swoje kompleksy anonimowością....No dobra, to było nieeleganckie, ale musiałem jakoś zacząć. 

Może jednak zacznę raz jeszcze, bez wstępów.

Większość z nas (a przynajmniej większość Amerykanów, bo to oni zostali zbadani pod tym kątem) uważa się za dary losu - posiadając cechy zapewniające społeczne uznanie i będąc prawie pozbawionymi cech generalnie uznawanych za niepożądane. Ponad 80% kierowców uważa swoje umiejętności za ponadprzeciętne, 70% studentów ocenia swoje zdolności przywódcze za wyższe od średniej, a tylko 2% za niższe od średniej (to muszą być prawdziwi looserzy, obłożeni klątwą realistycznego spojrzenia na rzeczywistość). Wszyscy badani studenci (a badanie objęło okrągły milion) uznali, że są świetni w kontaktach międzyludzkich, 60% z nich umiejscowiło się w górnej 10%, a 25% w górnym 1% towarzyskich championów. Oczywiście moznaby mieć nadzieję, że życie już wkrótce zweryfikuje ich samocenę, gdyby nie inne badania pokazujące, że 94% profesorów zatrudnionych na uniwersytetach amerykańskich uważa się za lepszych w pracy od swoich kolegów.

Fenomenem, który od lat intryguje socjologów, jest fakt, iż - zarówno w Ameryce, jak i Polsce - oceny  przyszłości świata, czy też kraju sa znacznie bardziej pesymistyczne, niż oceny własnej przyszłości. Wierzymy także, że z większym prawdopodobieństwem będziemy zarabiali więcej od naszych współobywateli, ale z mniejszym - rozwiedziemy się lub zachorujemy na raka.

Jesteśmy potomkami ludzi, którzy dzięki swojemu nieuzasadnionemu optymizmowi wyparli prawie całkowicie z populacji osobniki zdroworozsądkowe i trzeźwo patrzące na światy.

O czym także w nastepnych odcinkach....           

14:35, lonegunman
Link Komentarze (8) »
środa, 23 września 2009
Z poradnika Adama Słodowego

Zapewne wiekszość z Was, młodzi telewidzowie, marzyła kiedyś o posiadaniu superwypasionej łodzi motorowej. W dzisiejszym odcinku postaramy się spełnić to marzenie. W tym celu potrzebne nam będzie: 20cm przylepca, model łodzi motorowej produkcji chińskiej, prosta kamera cyfrowa (można w tym celu wykorzystać np. telefon żony), 5 baterii tzw. paluszków oraz syn lat 4. Syn posłuży nam do usprawiedliwienia pozostałych zakupów oraz wytłumaczenia tajemniczego zniknięcia telefonu. Baterie wkładamy do nadajnika kierującego ruchem łodzi, a  wspomniany wyżej telefon mocujemy przylepcem do modelu łodzi. Następnie włączamy funkcje nagrywania wideo w  telefonie. Po odzyskaniu i osuszeniu telefonu, nagranie umieszczamy na popularnym serwisie internetowym youtube. Biorąc pod uwagę słabą jakość nagrania, możemy bez obaw o dekonspirację podpisać je jako Wspomnienia z wakacji nad Morzem Czarnym. W następnym odcinku zademonstruję w jaki sposób spełnić marzenie o zostaniu Robertem Kubicą oraz o udziale w katastrofie lotniczej.

22:29, lonegunman
Link Komentarze (6) »
piątek, 18 września 2009
Aleja Ofiar Kaczyńskich

Oj, długo Dziennik będzie przepraszał Prezydenta, dłuuuugo..... 

08:53, lonegunman
Link Komentarze (5) »
czwartek, 17 września 2009
Fangs

Nikt nie oglada True Blood? Naprawdę? Moglibyśmy wspólnie ponarzekać na II sezon i stwierdzić, że Anna Paquin to może i dobrze grała, ale jak miała 11 lat, czyli jednym zdaniem poprowadzić przez chwilę small talk, tak skutecznie zastępujący iskanie w budowie społecznych więzi.

True Blood poza byciem tysiącdwusetnym serialem/filmem o wampirach lansuje również napój pomarańczowy o nazwie Tru Blood, sprzedawany (w realu) przez pewną firmę specjalizującą się we wprowadzaniu na rynek marek, które pojawiają się w filmach. Firma ta nazywa się Omni Consumer Products, czyli tak jak pewna diaboliczny korporacja marząca o władzy nad światem, a przynajmniej nad Detroit, w "Robocopie". Tylko mnie wydaje się to przezabawne i interesujące? Tak?...Chyba muszę popracować nad odbudową więzi społecznych w realnym świecie*.


*Co gorsze, mam przeczucie, że tylko ja pamiętam jeszcze Robocopa.

czwartek, 10 września 2009
Człowiek musi sobie polatać

Znaki, znaki...ale skąd mamy wiedzieć co one znaczą? Na polatanie szybowcem wybierałem się już w sierpniu, a dokładniej w drugiej połowie sierpnia, to znaczy w ostatnią sobotę sierpnia. A w piątek rozbił się na Bemowie szybowiec z pilotem i instruktorem. Ale jestem Wulkaninem, kieruję się chłodną logiką a nie emocjami. W czasie nalotu najbezpieczniej jest w leju po bombie, a katastrofy lotnicze nie występują w seriach. W sobotę jednak nie polatałem z powodu zamknięcia przestrzeni powietrznej w związku z pokazami lotniczymi w Radomiu. Pokazami zakończonymi nagłym wzrostem entropii w samolocie Su-27. W następnym weekend, nieco jednak zaburzony emocjonalnie, stawiłem się na lotnisku. W końcu jednak katastrofy lotnicze nie występują w tak długich seriach, prawda? Prawda.

Zawsze dziwiło mnie, dlaczego przy wypadkach szybowcowych ludzie nie ratują się skokiem ze spadochronem. Wiekszość rzeczy dzieje sie jednak tak nisko nad ziemią, że oglądasz ją od spodu zanim jeszcze pomyślisz: O, katastrofa. Co ma swoje dobre strony. Nie musisz się przejmować całą ta plataniną  linek, rączek i zapięć.       

W skali kopa adrenalinowego - skakaniu ze spadochronem przyznałbym jakieś 5 punktów, a szybowcowi 8 (przy czym 10 to skok do basenu z rekinami lub wyprawa do Harlemu z napisem "OJ Simpson did it"). Podczas skoku jesteś tylko ty, szybko zbliżająca się ziemia, no i facet przyczepiony do twoich pleców. W szybowcu jest zgrzytający laminat i narastająca klaustrofobia. Kiedy szybowiec nurkuje  nosem w ziemię, odruchowo zapierasz się nogami, z pełną świadomością, że jeżeli pilot go nie wyprostuje, to za kilka sekund będziesz miał pięty powyżej brwi. Ciążenie zwiększa się do 4 g, dzięki czemu masz wrażenie, że twoje uszy po raz pierwszy w życiu się spotkają.  Na szczęście siła odśrodkowa utrzymuje obiad w dolnych partiach żołądka. Przynajmniej dopóki nie wylądujesz.

Czyli generalnie gorąco polecam.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31